Thursday, September 13, 2012

Igłoterapia


Ostatnio zostałam fanką Grupona. Mój najbardziej oryginalny zakup to 5 sesji akupunktury...

Zabukowałam się, pani okazała się oryginalną Chinką z dość długim stażem w Szwecji.
Kiedy już sie skomunikowałyśmy, że ja bardzo marnie mówię po szwedzku a ona marnie po angielsku (jej szwedzki też nie jest 100% szwedzkim) nie pozostawało mi nic innego niż dać z siebie wszystko, żeby opisać swoją przypadłość po szwedzku. Zaliczyłam już tych 5 sesji ale wciąż nie jestem pewna czy pani Chinka tak do końca zrozumiała z czym mam problem...

Zastanawiałam się na co przeznaczyć tę akupunkture i postanowiłam spróbować wyleczyć swoje zatoki. Od lat prześladują mnie, prawie codziennie rano wstaje z zadżumionymi zatokami, dopiero jak już trochę poprzebywam w pionie jest lepiej.
Pani zmierzyła mi puls, w jednej ręce, potem drugiej, obejrzała język - ta procedura będzie się powtarzała przy każdej wizycie – i oceniła, że to z pewnością ma zwiazek z żołądkiem i że może mi pomóc. 


Zaległam więc na leżance, mniej więcej wiedzialam czego się spodziewać, bo parę lat temu przy jakiejś okazji, w ramach rozrywki czy z ciekawości zaserwowałam sobie raz akupunkturę twarzy (chyba przeciw zmarszczkom).
No więc Pani Chinka po kolei pakowała we mnie igły, czasem wręcz nieodczuwalnie, czasem trochę brutalniej - w sensie boleśniej, kilka w czoło, po jednej na czubek głowy, dłonie, na środek brzucha, łydki i przy kostkach. Przykryła mnie czymś w rodzju aluminiowej folii i sobie poszła. A ja zaczęłam oddychać. Zaczęłam oddychać i stwierdziłam, że nie mogę za głęboko oddychać, bo ta igła w brzuchu strasznie mnie kłuła. Dyskomfort to za mało żeby określić ten ból. Przez moment wpadłam w panikę, drzwi zamkniete, kobieta sobie gdzieś poszła a ja tu leże naszpikowana igłami... przecież coś się może stać a nikogo obok nie ma! Oczami wyobraźni już widziałam siebie pędzącą przez korytarz w poszukiwaniu ratunku, z tymi igłami oczywiście wbitymi w miejsca wczesniej opisane... Oby tylko sie nie potknac... chocby w wyobrazni;)
Potem zaczęłam stosować wprowadzanie w życie wiedzy teoretycznej, z jogi i paru filmów (np dokument o bezbolesnym porodzie) że tak naprawade ból nie „boli” brzucha tylko mózg otrzymał takie sygnały i panikuje. Więc zaczęłam ignorować ten brzuch i udawać, że nic mnie nie boli i trochę pomogło.

Za drugim razem natomiast miałam kompletny odlot, zasnęłam błogim snem i  byłam rozczarowana jak pani Chinka wrocila i oznajmila, że już koniec. Dodatkowo dogrzewała mi brzuch jakąś lampa, to chyba mnie wprowadzilo w letarg jak kota wygrzewajacego sie na parapecie.

Za trzecim razem po standardowej sesji miałam położyć się na brzuchu a Pani wbijała mi się dokładnie wzdłuż kręgosłupa, przy każdym kręgu z prawej i lewej strony. Po czym powiedziała, że mogę wstać. Ja na to, słucham?’ Ona, że wstać i nawet ubrać się... Myślę sobie naprawde marny ten mój szwedzki albo jej... jak to wstać? Z tymi iglami? W końcu sama pytam ‘mam wstać?’ Ona, że tak... Pomyślałam, ze może żeby wzmóc efekt mam się poruszać z tymi igłami, cos zrobic... no to wstaję, ostrożnie na ile potrafię, ruchami jeżozwierza. Po czym ona powtarza, że moge się ubrać!!! Oszalała kobieta! W końcu patrzy na mnie zdezorientowaną i wybucha salwą śmiechu. Okazało się, że nie miałam w plecach żadnej igły, bo ona tylka nakłuwała mnie, nie zostawaijąc igieł, po prostu ‘podziurkowała’ mi plecy...
Dzisiaj mialam piata sesje i znow niemal godzinny odlot...

Pewnie niektórzy zastanawiają sie czy jest jakiś efekt. Sama nie wiem, chyba troche tak ale nie tak do konca. Na pewno jest uboczny, dziwny – mialam strasznie suchy język. Jeszcze dam sobie i jej szanse i zalicze pare sesji... 


Ona ciagle mowila/pytala o bol glowy a ja tlumaczylam, ze ta glowa mnie nie boli tylko mam 'zadzumione' zatoki rano i czasem nos. Dlatego nie mam pewnosci czy tak do konca sie dogadalysmy....

Tuesday, September 11, 2012

Mmmm... zdrowe i słodkie



Tak się zastanawiałam od czego by tu zacząć po tak długiej przerwie... i samo z siebie wyszło, że będzie słodki temat. Kiedys już wrzuciłam tu przepis na ciacho bananowo-jabłkowe z płatkami owsianymi. Sama zrobiłam je z 10 razy (a moze mniej) aż nam sie znudziło i więcej nic już nic nie wypiekałam.
Ale niedawno w jakimś kolorowym piśmie natknęłam się (całkiem przez przypadek, normalnie nie studiuję za bardzo stron kolinarnych w gazetach:) na przepis na domowe ciacho musli. Wcześniej jakos nie wpadłam na to, że można samemu sobie przygotować taka zdrowa slodka przekaske....

Gazetę gdzieś zgubiłam ale zagooglałam i najbardziej przypasował mi przepis dostępny pod tym linkiem: Jak-zrobic-batony-zbozowe

Nasi weekendowi goście sprzed paru tygodni byli całkiem zachwyceni moim słodkim dziełem a conajmniej im smakowało, bo poproszono mnie o przepis, który to obiecałam tu wrzucić, co niniejszym czynię.

Dla zainteresowanych pare praktycznych uwag;  
* moje ilości były trochę na oko ale  polecam podwojoną porcję orzechów (różnych)
*dodałam m.in. suszone morele ale kiepsko mi się smakowo komponowały, lepiej sprawdzily się suszone śliwki.
*w przepisie sugerują, żeby wszystkie suche produkty razem podpiec jednak pewne rzeczy lepiej osobno podpiekać czy podsmażać, bo moga miec inną temperature podpiekania, okazało się, że szczególnie prażone orzeszki ziemne niekoniecznie potrzebują kolejnego podprażania...
Ja włączyłam całość (nie z własnej inicjatywy) na opcję grillowania w piekarniku i po bardzo krotkiej chwili cały wierzch zrobił się czarny, co doprowadziło mnie do porzucenia pracy do następnego dnia, ponieważ trafił mnie szlag. Zatem grillowania nie polecam.
Za drugim razem (bo tydzień pozniej zrobiłam je jeszcze raz) osobno podprażałam słonecznik, dynie, płatki (prażonych orzechów już nie)
*Największe wyzwanie to, oprócz uniknięcia przypalenia, wymieszanie wszystkich produktów sypkich ze spoiwem-karmelem. Chciałoby się dorobić i dolać tego karmelu żeby lepiej się mieszało, czego nie polecam, żeby nie przegiąć ze słodkością.

Ciacho czy raczej baton musli w rozmiarze XXXXL jest zdrowe na maxa ale też na maxa słodkie od tego cukru i miodu. Zastanawiałam sie z czego innego mniej słodkiego zrobić takie spoiwo i nic mi nie przyszło do głowy... Może ktoś ma jakiś pomysł?

Saturday, March 24, 2012

Radosna twórczość


I
Są tacy, których bolą uszy i nie mogą tego słuchać... natomiast Hania wprost uwielbia jak ja śpiewam. Ostatnio hitem są chyba wszystkim znane „Pieski małe dwa” (i „Psie smutki”).
Codziennie wieczorem przed snem przerabiam kilka razy cały text, do znudzenia... Ulubione zwrotki Hani to ta o biedronce (bo jak wiadomo do biedronek Hania ma słabość) i o pająku Zbychu. O Zbychu muszę zacytować, bo może nie wszyscy znają..

Pieski małe dwa poszły do obórki
Zobaczyły tam kiszone ogórki
A w ogórkach tych
Mieszkał sobie pająk Zbych (i tu rozlega się głośne "łaaaaa" Hani)
Sibą, sibą, sialalalala itd....

Ponieważ miałam już trochę dość wałkowania cały czas tego samego postanowiłam dopisać parę zwrotek... W każej jest jakieś kluczowe słowo, które wiem, że trafi do Hani i wywoła jakąś reakcję. A texty są oczywiście absurdalne (ale oryginał nie był lepszy;) ale się rymują;)


Pieski małe dwa poszły nad jezioro
Rozejrzały się dokładnie wokoło
Wskoczyły we krzaczki
Szczekały na kaczki.


Pieski małe dwa poszły do piwnicy
Zakopały się w ogromnej donicy
Kopią, kopią wciąż
Aż tam wylazł wieeelki wąż! (a tu sie rozlega "ssssssssss")


Pieski małe dwa wąchały krokusy
I cieszyły się jak małe dzikusy
Skakały do góry
Jak małe kangury. (hopa, hopa)
(Hania ma świra na pukcie krokusów, od kiedy zakwitły u nas na podwórku, z 10 razy dziennie trzeba ją podsadzać do okna, żeby mogła sobie popatrzeć i regularnie je odwiedza) 


Pieski małe dwa zapaliły trawkę
Odleciały tak, aż dostały czkawkę
Napiły się wody
I poszły na lody. (mniam, mniam)


Pieski małe dwa szorowały ząbki
Zamiast szczotek wzięły kąpielowe gąbki
Gdy ząbki umyły
Do łóżek wskoczyły.
(ta zwrotka ´- w przeciwienstwie do poprzedniej - ma miec charakter edukacyjny, bo Hania z myciem ząbków jest trochę na bakier... )

Pieski małe dwa marzyły o kocie
Który siedział tu, na pobliskim płocie
Kotek zrobił bam!!!
Pieski myślą mniam, mniam, mniam...
 
Pieski małe dwa biegły przez pustynie
Biegły, biegły aż znalazły jaskinie
Usiadły se w srodku
I śniły o kotku.... (kiti, kiti)


Pieski małe piły coś w jaskini
To co piły to nie było martini
Nagle słyszą: kwik, kwik, kwik
Bo tam mieszkał dziiiki dzik.


dopisane 09/04/;


Pieski małe dwa weszły raz do budki
Zobaczyły tam śmieszne krasnoludki
A krasnale skakały
Aż nóżki złamały.


Pieski małe dwa wyszły na podwórko
Zobaczyły tam kolorowe piórko
I ganiały koguty
Aż zgubiły buty...


Jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy to dopiszę... Jeżeli ktoś ma ochotę - zapraszam do podzielenia się swoją radosną twórczością...

Przy okazji w celach kronikalnych chciałam jeszcze tu odnotować, że od ponad tygodnia Hania z własnej woli i inicjatywy zasypia sama w swoim łóżeczku. Wcześniej były niekończące sie chwile ‘kotłowania się’ w łóżku, przutulania (i szczypania) a po zaśnięciu przenoszenie do łóżeczka ukradkiem.
Jak ulga stwierdziliśmy... Ale wczoraj poczułam, że brakuje mi tego wieczornego przytulania... chciałam ją trochę potulić po wejściu do sypialni ale Hania zdecydowanym „tam,tam” wskazując na łóżeczko ucięła temat... dzisiaj też... 

Wednesday, March 21, 2012

Wydarzyło się wczoraj cz1. Foto-story o kwiatkach.

1. Spoczęła Hania na ławeczce, bo to zwykle przez chwile jest niezła 'rozrywka' posiedziec sobie na takiej 'ławeczce' w nowym pokoju...  (często zmuszona jestem zasiąść obok dla towarzystwa).
2. Spoczynek był krótki, zerwała się na równe nogi, zrobiła spacer 'po równoważni' po czym dojrzała coś nowego, ciekawego...

3. To co nie umknłeło jej uwadze to kwiatki. A kwiatki były niesamowite, jak jakieś zaczarowane w ciągu jednej doby od zakupu urosły chyba z 10cm (a przynajmniej 5), a pączki  wyraźnie pęczniały z godziny na godzine i w ciągu niecałych 2 dni rozkwitły piękne żokilonarcyze (wyglądają jak żonkile a pachną jak narcyze).
4. Hania przyjrzała im się z bliska i przestudiowała pod kątem ewentualnej przydatności do zabawy...
5. Podrapała się w ucho, zastanawiając się jeszcze co z tym fantem zrobić...

6. Po chwili już wiedziała. Zafascynowały ją pozostałe pączki. Hania odnalazła szczególną przyjemność w ich... miażdżeniu
7. Zabawa stawała się jeszcze bardziej ekscytująca im bardziej oczywistym stawał się fakt, że jest to czynność: nielegalna, niedozwolona a wręcz zabroniona....

8. No i tu kończy się krótka historia o kwiatkach. Zafrasowała się Hania: "Ale jak to, dlaczego, niech ktoś mi wytłumaczy czemu nie można miętolić pączków kwiatów...?"








Saturday, March 17, 2012

A.

I
Hania niezmiennie od około 3 miesięcy twierdzi, że ma na imię A. Po prostu. A.

Na pytanie ‘jak masz na imie’ pada odpowiedź: A. Kto tu zrobił bałagan? A. (kto to posprząta? mama) . Kto tu napluł? A. Kto tak pięknie wygląda? A. (mówi Hania biegnąc do lustra). A powiedz Hania. A. Powiedz Ha-nia. A. I tak dalej...

My wciąż mówimy do niej Hania ale jak pisałam Hania należy do upartych bestii i może tak jej zostanie... Zastanawiałam więc się czy urząd szwedzki czy polski zaakaceptowałby i zarejestrował imię A... Chociaż to się pewnie jakoś załatwi ale czy ktokolwiek ma pomysł jak zdrobnić A...? Oprócz tego, że tak... A? :)



Sunday, March 04, 2012

Mały uparciuch

I
Od dawna obserwuję, że Hania ma swoje zdecydowane zdanie w wielu sprawach i jest do tego zdania niezmiernie przywiązana. Przejawia się to tym, że zupelnie nie zakłada innych opcji niż swoja własna idea. I najczęściej kompletnie nie mieści jej sie w głowie, że może być inaczej niż by tego chciala.

Chyba nie jest to tylko mój wlasny subiektywny pogląd, bo niezależnie od niego panie z Siedmiomilowego Lasu (przedszkola) wyraziły podobną opinię już po kilku dniach Hanii pobytu w przedszkolku. Niedawno opowiedzialy, że Hania wymyśliła (i w jakiś sposób je przekonała czy może raczej wymusiła?) żeby na zajęcia grupowe do pokoju przynosiły i sadzały ją w wysokim krzesełku do stołu/jedzenia. Panie łamały więc święte zasady demokracji (tak ważne tu w szwedzkim społeczeństwie) i sadzały ją w tym krzesełku pośród dzieci grzecznie usadowionych po turecku na ziemii, pod ścianami...

W domu przejawia się to w różnych sferach życia ale najczęściej dotyczy ubrania i jedzenia..

Na przyklad: zauważy czapke i życzy sobie żeby jej zalożyc i chodzi w niej po domu – chwilę albo i pól dnia. Bywa, że przy okazji ja też jestem ‘zaproszona’ do  ubrania swojej czapki i paradowania w niej po domu dla towarzystwa (czasami Czarek też – wiec śmigamy w tych czapkach jak jakaś rodzina czapeczników;). Ale to akurat nie jest szkodliwe - dobra prewencja dla moich zatok....

Sprawa dotyczy często butow lub skarpetek. Czasami Hania uprze się żeby założyc jej w domu kozaki i nie ma szans ściągnąć ich przez cale popoludnie – chyba, że brutalnie. Ostatnio na topie są jesienne buciki -  traktujemy je już jako ‘kapcie’. Parę tygodni temu nie udalo mi sie jej przekonac żeby sciagnac te buciki przed snem, zasnęla w nich, mi to jakoś umknęło i tak sobie spala w tych butach przez parę godzin, aż się nie zorientowaliśmy...

Raz uległam i pozwoliłam jej wykąpać się w skarpetkach. Oczywiście poprzedzone to było rozpaczliwym zamanifestowaniem tego kaprysu. Nie będę sprzeciwiać się dziecku w przypadku takiego drobiazgu i odmawiać radości  a jeszcze skarpetki się wypiorą – pomyśałam sobie....

Przy następnej kąpieli skarpetki nie wystarczyły. Hania siedząc w wannie domagała się ubrania... butów. Czy jej założyłam? Ha, zgadnijcie;)

Jeżeli chodzi o jedzenie ma Hania kilka swoich ulubionych produktów (np.kukurydza, makaron, maslo, ciacha, suszone śliwki, orzeszki, oliwki, jogurty, goji, paluszki) i dokładnie wie, gdzie, w której szafce, szufladzie czy półce w lodówce są ulokowane w kuchni. Jak przyjdzie jej na coś ochota, czy jej sie coś przypomni wędruje tam zaciągając kogoś i żeby nie było wątpliwości o co chodzi mówi „am, am”, próbuje otworzyć szafkę, wdrapywać jak jest wyżej, wiesza się na niej, itp.- wszelkimi sposobami wyraża swoje zdesperowanie i pełne zaanagażowanie sprawie.

Kiedyś naklonila niczego nie świadomą babcię żeby przystawila stołek, podsadzila ją nieco wyżej do odpowiedniej szafki i podala jej pudelko, w ktorym schowane były – ku zaskoczeniu babci (ale nie Hani) -  ciasteczka...

Ostatnio hitem jedzeniowym są suche chrupki/płatki śniadaniowe (takie do mleka). Hania najchętniej jadałaby je na śniadanie, obiad, kolację i podwieczorki. Nosi je sobie w kubeczku i podjada – są o różnych smakach, kształtach więc całkiem atrakcyjne (i na szczęście bezcukrowe i po części pełnoziarniste). My się cieszymy, że w ogóle coś je a Hania w euforii ich uwielbienia ostatnio dwa razy się z nimi kąpała i dwa razy z nimi zasypiała.

 A przykładów można by mnożyć...

Hmmm a co sie dzieje jak sprawy nie idą po jej mysli...? cóż, następuje rozpacz i bunt niby nie do poskromienia, człowiek ma wrażenie że świat się dziecku zawalił na głowę.....

Po czym okazuje się, że najczęściej dramat jest całkiem krótkotrwały, szczególnie po zaproponowaniu alternatywnych form rozrywki – chociaż w extremalnych przypadkach to nie zawsze działaJ
I

Sunday, October 30, 2011

Koncert! Alleluja!!! ;)



To warto odnotować. Hania zaliczyła dziś pierwszy w swoim życiu koncert. Przyczyniła się przy tym do znacznego obniżenia średniej wieku publiczności, my w sumie też. Średnią – przy uwzględnieniu naszej trójki – oceniam na oko na 60 lat.
Koncert odbywał się o przywoitej godzinie 17-tej w jeszcze bardziej przyzwoitym miejscu w ... kościele. Przyznam, że nie często i niezbyt chętnie chadzam... ale ten mnie zauroczył. Zupełnie różne te kościoły od tych naszych zimnych, monumentaalnych w Polsce. Te tutaj są takie skromne, swojskie, normalne, ciepłe. Jest mini-garderoba z wieszakami, można się rozdziać i od razu człowiek czuje się jak w domu. Sala do celebrownia mszy - tam właśnie odbywał się koncert - wcale nie była największa w tym przybytku. Nie zwiedziłam całego budynku, widziałam tylko sporą salę jadalną i salę do gier czy zabaw – dzieciaki grały w ping ponga. Są też przyzwoite toalety. Ta przeznaczona dla małych dzieci oczywiście wyposażona w przewijak, ale też pampersy, mokre chusteczki, a nawet ubranka do przebrania jak by była potrzeba...
Pamiętam, że sąsiadka namawiała mnie kiedyś, jak Hania byla maleńka, do odwiedzin naszego kościoła, i to wcale nie na modły, tylko żeby socjalizować się, dzielić dole i niedole z innymi mamami. Podobno można przynieść swoją wałówkę, wypić herbatkę, kawę, coś zjeść, dzieciaki mogą się bawić a rodzice pogadać, poczytać... znaczy miło spędzić czas. Nie byłam więc nie jestem w stanie więcej na ten temat napisać. A teraz myślę sobie, że szkoda.

Pani ksiądz powiedziała pare słów i zaingurowała koncert. Potem muzycy dawali czadu, jeżeli mogę tak się wyrazić, bo też byli wiekowi. Koncert był raczej kameralny ale publicznośc dość żywiołowo reagowała. Hania tańczyła w stylu flamenco, kręcąc rączkami, czasami biła brawo. Najczęściej z pewnym obsuwem w stosunku do braw publiczności. Znajdowała sobie różne zajęcia i obiekty zaintersowań, np. bardzo kręciła ją torebka pewniej pani powieszona na krzesełku no i linki od żaluzji. Zainteresowała ją też biblia, czy to może był śpiewnik, nie przyjrzałam się dokładnie, w każdym razie jakaś książka - Hania ją kartkowała wnikliwie.
Po raz pierwszy zdarzyło się, że z chęcią sami wtykaliśmy jej smoczka - znaczy kneblowliśmy ją trochę w niektórych momentach, żeby nie była za głośna.
Myślałam, że posłuchamy max 2-3 kawałki i trzeba będzie się zwijać, tymczasem zaliczyliśmy cały koncert!

Aha, nie wspomniałam jeszcze, że koncert był jazzowy. Mi się podobało. Czarek twierdził, że brakowało mu dysonansów (cokolwiek miał na myśli) i że słodzili i coś tam jeszcze... Ja się nie znam, ale dla mnie wokal babki był boski, brzmiał jak z płyt sprzed lat... Gdyby to było w knajpie, w półmroku, przy butelce wina spokojnie przeniosłabym się w czasie...

Sunday, October 23, 2011

Hania, kaczki i ślimaki

i

Hania 'plombuje' dziurę w pomoście chlebem,podkradzionym kaczkom

Uwielbia Hania wszelkie zwierzaki, nie mamy swojego więc się czasem uganiamy za jakimiś psami czy kotami w okolicy... Ma też słabość do kaczek (potrafi nawet powiedzieć jak mówi kaczka czyli ‘kła-kła’),  zaprzyjaźniła się z tymi dzikimi nad jeziorem, poza tym kaczki często przewijają się w książeczkach. Do kąpieli ma kilka różnych egzemplarzy ale od zarania jej dziejów, non stop, na topie są silikonowe, plaskate kaczki do przyklejania i odklejania na ściankach wanny czy szybie.


W ogóle Hania lubi coś przyklejać i odklejać... Z tego powodu prześladuje liczne ślimaki, które w pocie czoła wpełzają na nasze murki i dom. Ślimaki są śliczne, przeważnie malutkie, pasiaste i ku uciesze Hani strasznie ich dużo u nas. Na ich widok ciężko ją powstrzymać od oderwania biedaka a jak już oderwie... często próbuje przykleić z powrotem... Dziwi się, że sie nie da... chyba myśli, że to magnesy na lodówkę. Tym sposobem niweczy ich wielogodzinny trud wspinaczki uciążliwej, bo przecież pod górke, w pionie, po chropowatej powierzchni.
Jeszcze częściej traktuje je jak swój łup i długo, dłuuugo nie wypuszcza z garści, wykonując wiele innych czynności w międzyczasie z zaciśniętą dłonią. Ale to jeszcze nic... pech wielu polega na tym, że w muszelce jest dziura, a na widok jakiejkolwiek dziury paluszki Hani automatycznie wędrują w wiadomym kierunku... i pół biedy jak sie ślimak głęboko zamknął w sobie... Nie będę wnikać w szczegóły, bo ortodoksi z Ligi Ochrony Przyrody zainteresują się nami... Osobiście nie przestaję poszukiwać alternatywnych rozwiązań, raz znalazłam porzuconą muszlę ślimaka i Hania miała zabawę bez moich wyrzutów sumienia...

Pożytek z Hani nr 1

No... doczekaliśmy się... W końcu jakis pożytek z Hani... Już wcześniej się przymierzała ale przedwczoraj i dzisiaj w pełni profesjonalnie asystowała mi przy wyjmowaniu naczyń ze zmywarki. I dobrze, bo ta czynność do moich ulubionych nie należy... powiedziałabym nawet, że to dość uciążliwe zajęcie. Ale w towarzystwie Hani robi się z tego niezła rozrywka.
Najpierw, dawno temu, próbowała się wdrapywać na otwarte drzwiczki zmywary, potem uczyła się przy nich stać, potem grzebała w łyżeczkach i innych sztućcach, następnie robiła bałagan przewalając wszystko w swoim zasięgu a teraz.... Teraz pojedyńczo z ręki do ręki podaje całkiem zgrabnie wszystkie naczynia... kubeczki, talerze, miseczki, sztućce... Robi to z wielkim namaszczeniem i powagą i jest z siebie niezwykle dumna. Podaje wszystkie naczynia z dolnej półki, zatrzymuje się tylko na łyżeczkach, bo wciąż lubi nimi się zabawić....
Ot rośnie nam siła robocza:) Szkoda tylko, że Hania nie rozumie idei tej zabawy i nie rozróżnia naczyń umytych od nieumytych... W międzyczasie trzeba ukradkiem przemycać brudne naczynia, bo na widok uchylonych drzwiczek Hania błyskawicznie stawia sie w ‘miejscu pracy’ i nijak nie daje sobie wytłumaczyć, że akurat teraz, akurat tych naczyn wyjmować nie będziemy...



Monday, October 10, 2011

Szok! To już rok!


Właściwie należalo się tego spodziewać. I to dokładnie 30-go września. Śmignął rok, Czarkowi - kolejny a Hani – pierwszy. Duuuże to święto. Celebrowaliśmy je 2 dni. W Polsce. Najpierw z rodzinką w Łośnie potem w Bajkolandii w Barlinku. Torty też były dwa, w tym jeden – biedronkowy. Barbarzyńsko rozkroiliśmy i zjedliśmy tę biedronkę niemal na Hani oczach, chyba jej się to za bardzo nie podobało...

Zgodnie z tradycją piewrszych urodzin Hania stanęła przed życiowym wyborem. Poukładano przed nią kilka przedmiotów. Z trwogą czekałam na wybór. Padło na długopis. Uffff... Czyżby czekała ją wielka kariera pisarska? Czy też może przyszłość gryzipiórka...?;)

Jak widzicie na zdjęciach, mamy z Hanią na sobie niecodzienne stroje. Przyjechały do nas prosto z Indii. Zaskoczona, w podziękowaniu za prezent napomknęłam, że są tak śliczne, że chyba przyodziejemy je na Hani urodziny. Moja indyjska koleżanka się bardzo ucieszyła i zażyczyła sobie zdjęcia... Nie było innego wyjścia, tylko zrobić tę szopkę. Potem okazało się, że ciuchy  idealnie się nadają na tę okazję. Hania wyglądała zjawiskowo, jak wcielenie aniołka, chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości?;) A mnie było całkiem wygodnie.

Po urodzinach, mamy jeszcze mniej przestrzeni w domu (zabawki czają się wszędzie) i zrobiło sie u nas jeszcze bardziej biedronkowo. A biedronkomania Hani wciąż trwa więc spoko. Do kolekcji doszły kolejne biedronkowe pluszaki, no i magnesy na lodówkę, kapcie a nawet gumowce...
W tym czasie Hania miała po raz pierwszy okazję spotkania na trawce oko w oko z prawdziwą biedronką. Była zachwycona (jak wszystkim innym robactwem) i z powodzeniem łapała ją za nogę. Serio, kilkukrotnie jej się udało. Z trudem ale wywalczyliśmy dla niej wolność.

Jeszcze musze napisać o wybryku natury i tych ponad 30-tu stopniach, które nam się szczęśliwie przydarzyły w tych dniach. To był niemożliwie upalny weekend, ciekawe czy to się kiedykolwiek powtórzy w kolejnych latach...

A jeszcze dziękujemy cioci Iwonie za imprezkę w Bajkolandii. Bajkolandia w Barlinku jest cool:) Muszę zadbać o reklamę.


Sunday, October 09, 2011

Reaktywacja


Dawno nie pisałam... Zdobędę się na szczerość i dodam, że podyktowane to było głównie tym, że mi sie nie chciało. Chociaż mogłabym mnożyć preteksty o braku czasu itp., co w sumie jest poniekąd zgodne z prawdą, bo czas mi się skurczył ostatnio.
Tak czy owak szkoda... tyle się wydarzyło w międzyczasie... chyba nie uda mi się tego nadrobić...

Status na dziś jest następujący; Hania to prawdziwy mały ludzik, przemieszczający się o własnych siłach (chociaż w pionie potrzebuje jeszcze wsparcia), lekko kapryśny, mało cierpliwy, czasem uparty i całkiem już komunikatywny – ale bardziej niewerbalnie niż werbalnie. W tamtym tygodniu podeszła ‘na czterech’ pod lodówkę i powiedziała ‘am’, domagając sie kolejnego plastra słonej szynki.
Werbalnie też jej już trochę wychodzi... najczęstszym wyrażeniem jest ‘co to?, co to?’, poza tym, dużo śpiewa jak jest w dobrym humorze. Tekst jest zawsze ten sam: „aaaaaaa” w różnych tonacjach. Myślę, że są to jogowe mantry – na swój sposób Hania już medytuje... Poza tym coś tam sobie gada a nawet awanturuje się delikatnie jak coś jej się nie podoba, zaczyna walczyć o swoje.
A w ogóle to jest zabójczo urocza, przesłodka, śmieszna... nic, tylko ją przytulać i przytulać...

A ja, z początkiem września wróciłam do pracy... Hania bawi więc przez większość dnia z tatą - i nie wiem jak to możliwe - znakomicie sobie radzą beze mnie... Zdarzyło nam się już jednonocne rozstanie, w tym tygodniu wyjeżdżam na 2 noce... a to już będzie wyzwanie...