Friday, August 22, 2008

Jeden dzien z zycia w PuyoPungo

Sezon na mrowki
Wczesnie o poranku nawoluje mnie Liset, zrywam sie, po czym przypominam sobie gdzie jestem i najpierw ostroznie rozgladam czy nic nie wisi mi na moskitierze, nic… patrze obok – tarantuli tez nie ma. Schodze i patrze, ze Liset pod moja chata grzebie maczeta w ziemii… mrowek szukala, na deser… Sezon na mrowki to sierpien, polowa wrzesnia, jak nie pada az tak duzo, wtedy wczesnie rano wychodza polazic po powierzchni, jak wchodza z powrotem to zostawiaja dziurki, ktore to Liset rozkopywala, zeby dorwac je na koncu korytarza. Byla naprawde bardzo nieszczesliwa, bo znalazla tylko kilka. Mrowki “ucuy” sa nieszkodliwe, Liset pozwolila im polazic po swoim ramieniu, zeby mi sie zaprezentowaly;) Urywa im sie skrzydelka i nozki i smazy po czym mozne je schrupac ze sola – to chyba taka ich przegryzka a la chipsy;) No to mi zaimponowala… teraz moja kolej, wyciagam aparat i pokazuje w czyim towarzystwie spalam tej nocy... chyba przebilam jej mrowkowa “atrakcje”, wooow tarntula, mowi… pojawia sie Carmela. Carmela zaklopotana mowi, oj “possiblemente que se fue a pasear un poquito” czyli, ze prawdopodobnie wyszla sobie pospacerowac... Ale to raczej nie tarantula, to wygladalo jej na ponzoñe (czy cos takiego), tarantula podobno jest jeszcze wieksza… Bylo jej przykro, ze sie to zdarzylo ale ja jej mowie, ze spoko, ze niezla historia, ze wczoraj bylam troche w trwodze ale traktuje to jako extra przygode;) tylko ma jeden problem - poniewaz gdzies zniknela to nie wiem czy nie zaszyla sie np. w moim bucie… wiec Carmela poszla na zwiady, przerzucila wszystkie moje manele i krzyczy, ze “czysto”. Moglam zaczac poranna toalete...

Oczyszczenie ze zlych mocy
Przy sniadaniu mowie, ze to byla dziwna noc, mialam wrazenie, ze caly czas slysze szum plynacej obok rzeki, do tego calonacna ulewe a jednoczesnie snila mi sie praca… bardzo wyraznie, po raz pierwszy od poczatku wakacji. Carmela mowi, no to idziemy do wodospadu! Dowiedzialam sie, ze Indianie wierza, ze kapiel w wodospadzie jakby oczyszcza dusze, znikaja zle sny, pech itp… No to poszlyszmy, sciezka przez dzungle, sporo ponad 2 godziny. Carmela po drodze pokazywala mi dzunglowe ciekawostki, czy co bardziej interesujace rosliny przy czym wywijala maczeta niczym Wolodyjowski szabla;) Az w koncu ukazal nam sie wodospad “hola vida”, piekny, wzburzony, bo padalo cala noc; mial jakies 40m, wynurzal sie z dzungli i wpadal do turkusowej niewielkiej ale dosc glebokiej laguny… coz za blogosc zanurzyc sie w niej… i jaki zal potem wychodzic. Spadajaca woda swoja sila mogla zabic nie tylko moje zle sny ale i mnie wiec az tak bezposrednio w sam srodek opadajacej wody nie podplywalam…

Po drzemce w hamaku w towarzystwie nienazartych komarow, po poludniu wloczylysmy sie z Liset i mala bardzo zwawa Gabi, troche pogralysmy w pilke a potem Liset poczula misje i pokazawyla mi przydomowe lecznicze rosliny – prawdziwa apteka! Nie kapalysmy sie w Rio Puyo, bo w ciagu tej nocy krystalicznie czysta rzeka zamienila sie w brazowo-mleczna breje – efekt calonocnych opadow. Do Rio Puyo z wiekszym impetem wpadaly inne rzeki i po wymieszaniu sie woda sie strasznie zamulila…

Ech, Keczua…
Wieczorem wrocilysmy do naszych lekcji. Niezle jej szlo, miala bardzo dobra pamiec ale troche kiepska wymowe angielskiego. Ja natomiast w silnych meczarniach nauczylam sie liczyc do pieciu w keczua, co nie jest takie proste (szuk, iszkaj, kimsa, czusku, piczika) i paru innych przydatnych wyrazen, np hakujakuma, hakuhuasima (idziemy do rzeki, idziemy do domu), kajagama (hasta mañana), wszystkich czesci twarzy (ñaui, szimi, singa, kiru, rinri, atcza). Ciagle jednak nie moge zapamietac jak jest “kocham cie”: ñuka kanda munani aszkata…. Wedlug mnie keczua jezeli chodzi o poziom trudnosci jest podobny do szwedzkiego:)

Urodziny. Fiesty nie bedzie
To byl dzien moich urodzin… Miala byc fiesta w karaibskich rytmach w Atacames nad Pacyfikiem tymczasem bylam w srodku dzungli… ani kropli caipirinii ani kropli wina… skromna kolacja tylko. Nic nie mowilam dziewczynom o urodzinach, zeby nie robic niepotrzebnego zamieszania… w koncu sama zapomnialam;) Trzeba bedzie nadrobic...

TYlko dla wytrawnych smakoszy...





























Thursday, August 21, 2008

Puyo Pungo. Szukajac ukojenia we mgle...




















Beznadzieja w Puyo.
Przyjechalam do Puyo (Puyo w jezyku keczua znaczy mgla). Jest to niewielkie miasteczko skad rzut beretem do dzungli. Ale nie jest ani turystyczne ani szczegolnie przyjazne… przynajmniej ja odnioslam talkie wrazenie. Ale moze dlatego, ze mialam chwilowy kryzys, chyba nastapilo zmeczenie materialu, tak po prostu nie mialam sily na nic… (hehe, chyba ten uplywajacy rok dal sie we znaki;) nawet na podjecie decyzji co dalej… chcociaz to akurat jest zawsze najtrudniejsze:)
Nie wiedzialam czy zostac w tym Puyo ale znalazlam hotel zeby zrzucic plecak i sie rozejrzec. Rozejrzalam sie – beznadzieja (ale moze mi sie tak tylkko wydawalo:). Wracam do hotelu nicnierobic i jest fajnie dopoki nie dopada mnie mysl o traconym czasie… A wiec decyzja: albo bardziej turystyczna dzunglowa Tena albo jakies Puyo Pungo (kecz: brama we mgle). O Puyo Pungo wspomnial mi pewien przewodnik na Cotopaxi…ze blisko Puyo, sa tam Indianie i chyba jest gdzie spac. Nic wiecej nie wiedzialam, babka w recepcji hotelu tez nie. Wychodze, pytam pierwszego napotkanego taxowkarza ile do Puyo Pungo, 20usd mowi jakos tak bezczelnie i wyraznie widze, ze chce mnie orznac. Wkurzylam sie, 20usd niby nic ale nie lubie jak sie mnie naciaga… Chrzanic to mysle sobie, ide lapac autobus do Teny. Ale wychodze juz z plecakiem z hotelu a babka z recepcji, ktora wykonala pare telefonow w miedzyczasie - obrotna bestia - wiedziala juz sporo… To osada indianska - mowi - niecala godzine z Puyo, taxi kosztuje ok 15 usd ale wynegocjowala 12usd. Jade? Claro!!!

Nadzieja odzyskana w Puyo Pungo.
Jedziemy sobie po drodze cwiczac polski z kierowca, bo okazalo sie, ze pracowal w Stanach i znal tam jakichs Polakow. Kierowca sam nie mial do konca pewnosci gdziej to jest ale nagle ukazala sie spora tablica PuyoPungo i tam mnie wysadzil i odjechal. Taaaak, rozgladam sie, jakby dzungla, zielono tu bardzo, plynie rzeka, jest most - czegos takiego chcialam chyba... ale standardowo zapytuje sie co ja tutaj robie powoli zarzucajac plecaki i w koncu ruszajac. Nalezalo przejsc przez dlugi, wiszacy most, przez rzeke Rio Puyo. Stamtad prowadzila w lewo, wzdluz rzeki, ladnie zrobiona sciezka, wylozona kamieniami. Ide sobie ta sciezka, i ide… i ide…i ide…i nic. Taka ladna sciezka, mysle sobie, gdzies musze dojsc… tylko czemu z tymi 18kg na plecach:) W koncu sciezka nagle ostro skrecala w gore, prawie sie podczolguje, patrze a tu jakby duuuza polana i drewniane chaty ale zadnych ludzi, tylko psy. W koncu wypada z jednego domku starsza babka (Carmela), mloda dziewczyna (Liset) i male dziecko (Gabi)… Dodam, ze bylu to Indianki ale ucywilizowane, w sensie w ubraniach, bez dzidy itp...
Cabaña? (nocleg) tak, oni maja cabanie. Za ile? 3usd, 3 usd… Booooze, zatrwozyla mnie ta cena, wolalabym chyba zeby powiedzialy 30usd… obym tylko nie spala z kurami;) Natychmiast prowadza mnie zebym obejrzala.
Cabane byly jakies 300m od osady – byly to 2 chaty na palach, z 6ma lozkami kazda, przy czym jedna podzielona na 2 “pokoje”. Rzeczywiscie przeznaczone dla ewentualnych turystow ale nie bylo nikogo. Zupelnie. Moglam sobie wybrac gdzie chce spac… wybralam przytulniejsza trojke i srodkowe lozko, tam Carmel przygotowala mi poslanie, 2 boczne lozka stanowily moje polki.
Wyszlysmy abym rozejrzala sie po okolicy i po 2 minutach spaceru dalej wzdluz rzeki oniemialam z wrazenia… jaki widok! Jakie trzeba miec szczescie! Okazalo sie, ze jestem, mieszkam dokladnie na cyplu pomiedzy dwoma rzekami, gdzie Rio Puyo wpada do Rio Pastaza! Usiadlam na lawce w towarzystwie dziewczyn, gapiac sie i nie wierzac… To mi wystarczylo, zeby napiecie zaczelo mi puszczac, zawislam w hamaku wyluzowac… Potem rozpoczelam sesje zdjeciowa ale Liset (corka Carmel, 17l.) wyciagnela mnie na kapiel w rzece (Puyo). Przyjemnie bylo sie zanurzyc w chlodnej, krystalicznej wodzie ale kapiel zaklocalo kamieniste dno i dosc ostry nurt rzeki, plynac pod prad na maxa nie ruszalam sie z miejsca. Ale przynajmniej prysznic mialam z glowy:)
Wieczorem przy swieczce i latarce dawalysmy sobie nawzajem z Liset lekcje, ona mi z keczua, ja jej z ang. Carmel w miedzyczasie szykowala kolacje probujac lapac slowka z angielskiego a potem poopowiadala troche jak wyglada tu zycie. Ale nie przeciagalam wieczoru, bo juz wiedzialam, ze musi wstac o 5tej, zeby zajac sie krowami (pojsc na pastwisko oddalone o prawie godzine i przepiac je w inne miejsce, zeby mialy co jesc).


Tej nocy mialam byc sama...
Weszlam do swojej chaty ze swieczka w reku i zaczelam krzatanine, rozbebeszjac plecak na jednym z lozek jak zwykle nie mogac nic znalezc… zaangazowalam sie w poszukiwania ale w pewnym momencie cos jakby mnie tknelo albo mi mignelo, zerkam w gore na zwinieta moskitiere i… wymiekam... Bo tuz nad moja glowa siedzial sobie wieeelki pajak, i zeby to zwykly pajak byl… ten byl naprawde ogromny, wielki jak dlon dziecka, owlosiony… Jeeezu, przeciez to tarantulaaa!
I to jest po prostu niesamowite co zrobilam. Gdybym sobie wyobrazila siebie w takiej sytuacji to widzialabym siebie szalejaca ze strachu, biegajaca po scianie i suficie - przeciez mnie brzydza nawet male pajaczki. Ale nie wiem jak dziala ten mechanizm, wydaje sie, ze czlowiek znajdujac sie juz w extremalnej sytuacji, nie majac wsparcia z zewnatrz (w sensie nie ma po co wrzeszczec) chyba godzi sie z losem i probuje sie w spokoju w tej sytuacji odnalezc:)
Wiec ja, po kilkuminutowym bezruchu (tarantula tez w bezruchu), zrobilam sobie z niej po prostu atrakcje turystyczna i zaczelam trzaskac jej fotki… myslac sobie aaale historia! Ale potem, po odlozeniu aparatu, znow trwoga… co teraz… powoli zdawalam sobie sprawe ze swojego marnego losu, ze przyjdzie mi spac z tarantula pod jednym dachem. A propos dachu – wysoki, spadzisty, na dwa pokoje – unosze latarke badajac teren, czy cos jeszcze sie nie czai… Zaobserwowalam, ze od swiatla latarki, mojej tarantuli swieca sie oczy, na dachu wysko byly jeszcze dwie pary… ale luz – bardzo wysoko. Wtedy tez zdalam sobie sprawe, ze jestem gdzies w dzungli, sama w chacie oddalona od innych ludzi o jakies 300m.
Moja oaza mialo byc moje lozko, chronione moskitiera, ktora nie przed moskitami miala mnie uchronic tej nocy. Zapakowalam sie do niego, zabezpieczylam moskitiere, chowajac jej konce glebiej pod materac, ograniczajac mozliwosc rozkopania jej. Przy glowie - patrze - nie ma zabezpieczenia to wepchnelam 2 poduszki. Skulilam sie, bojac sie dotykac moskitiere, zeby nie zniszczyc sobie powloki ochronnej i probuje zasnac, na sile probujac nie myslec o tym, co czai sie za rogiem (i snila mi sie praca!). Martwil mnie poranek, nie wiedzialam, czy lepiej byloby, gdyby tarantula siedziala w tym samym miejscu czy lepiej zeby jej nie bylo... a gdyby jej nie bylo, to co jak tarantula postanowila zejsc metr nizej i zamieszkac w moim plecaku, bucie czy gdzies posrod moich maneli…
Ale wiecej jej nie widzialam.

Ta historia brzmi pewnie troche banalnie, taaaka typowa przygoda w dzungli.. ale przezylam to naprawde a bylo to przezycie dosc dotkliwe wiec pisze o tym:)
Cdn.



Monday, August 18, 2008

50km wzdluz Rio Pastaza. Rowerem.












Przez Los Banos przespacerowalam sie wieczorkiem w niedziele. To nie troche ale bardzo turystyczna miejscowosc. Ale nic dziwnego... Lezy w pieknej dolinie, otoczonej gorami i wulkanami, blisko rzeki Pastaza i przy poteznym wodospadzie, na oko ma z 50m ale moge sie mylic, przy ktorym zbudowano basen i plawia sie w nim tlumy ludzi, bo to wody termalne, zdrwotne etc. Jest tu sporo niezlych restauracji, kilka pizzerii (taaak zatesknilo mi sie za pizza... Kasia pojdziemy do Italianskiej a nie do GP jak wroce:), niezliczone ilosci kafei internetowych otwartych do poznego wieczora, nocy... bo Banos tetnia zyciem za dnia ale noca jeszcze bardziej. Wypoczywa tu duzo Ekwadorczykow ale zauwazam, ze zakotwiczylo tu tez sporo gringos.
A okolice Banos to po prostu nieograniczone mozliwosci spedzenia czasu w ciekawy, mniej lub bardziej aktywny sposob. Lenie moga plawic sie w licznych okolicznych zrodlach termalnych albo pojechac na autobusowa wycieczke po kaskadach, ktorych jest tu bez liku. Ale w miescie jest kilkanascie agencji turystycznych oferujacych wyprawy do dzungli, na wulkan, rafting, trekking po gorach itp. Ja postanowilam po prostu wypozyczyc rower, na caly dzien (chociaz bylo juz poludnie nim sie wygrzebalam). Dostalam calkiem przyzwoita maszyne z dodatkowym sprzetem (klucze, zapasowa detka, pomka, klej itp.) ktorego i tak nie wiedzialabym jak uzywac... no, moze poradzilabym sobie z pompka:)
Wsiadlam na ten rower i jechalam nim przed siebie wzdluz rzeki Pastaza az zrobilo sie ciemno... Droga wiedzie z Banos do Puyo, podazajac nia, zjezdza sie z gor do dzunglii. Przewaznie jechalo sie wiec w dol, czasami bardzo mocno, niepokojaco w dol, a wtedy poziom adrenalizny rosl mi proporcjonalnie do rozwijanej predkosci. Palce caly czas na hamulcach ale szkoda bylo hamowac, bo nigdy nie wiadomo co tez bedzie za zakretem - bo bywalo ze droga nagle wiodla w gore a wtedy trzeba bylo przyplacic to morderczym wysilkiem...
Wyjedzajac z Banos rzeka Pasaza ciagnie sie w glebokim kanionie a zboczami splywaja, wpadaja do niej liczne kaskady a niektore obledne... Co za widoki! Jak dla mnie ten krajobraz to cud natury. Przy tych wiekszych, bardziej spektakularnych wodospadach mozna sie zatrzymac by zejsc wytyczona sciezka ekologiczna posrod buszu do jego stop aby potem przez jakies 40 minut wejsc z powotem na gore na droge. Przy jednym z nich ´Manto de Novia´ zainstalowana byla kolejka linowa, mozna bylo przeleciec z jednego brzegu rzeki na drugi, pare metrow nad wodospadem. A potem zejsc na tzw ´mirador´ czyli punkt widokowy dokladnie w miejsce, gdzie rodzi sie wodospad, po prostu 2 metry odkad zaczyna spadac woda! Potem drozka wiodla zupelnie na dol przez manadrynkowy ogrod i mozna bylo przejsc sobie wiszacym dlugim, drewnianym mostem a nastepnie wdrapac z powrotem do drogi... Zeszla mi chyba z godzina na te rozrywke ale byl czad! Zrobilam jeszcze jedno zejscie na wodospad Pailon del Diablo, potem widok wodospadow lekko mi spowszednial:) Po drodze byl tez wysoki most, z ktorego mozna bylo skoczyc na bungee - odpuscilam sobie - raz w zyciu mi wystarczy:)
Tak wiec pomijajac przerwy na blizszy kontakt z wodospadami jechalam i jechalam po prawej stronie caly czas niezmiennie majac Rio Pastaza. Ale prawie z kazdym kilometrem bylam nizej czyli blizej niej. Wraz z pokonanymi kilometrami zmienial sie tez klimat i roslinnosc byla coraz bujniejsza, droga wiodla na Wschod - jak wspomnialam - w kierunku dzungli tzw. ´Oriente´.
Byla to droga w wiekszosci asfaltowa wycieta w zboczu gorskim, niestety uczeszczana przez ciezarowki wiec troche olowiu odlozylo mi sie w plucach:( Ale bywaly tez drogi alternatywne, bardziej dzikie, urokliwe a wtedy przejezdzalo sie czasem pod kaskadami i to nic ze troche mozna bylo zmoknac:)
Potem zaczelo robic sie ciemno a rower oczywiscie nie mial oswietlenia. Zalozylam wiec latarke na leb, majac nadzieje, ze z tylu mnie widac i nie majac sil przyspieszyc modlilam sie zeby jak najszybciej dojechac do jakiejs miejscowosci i zlapac powrotny autobus do Banos. Z kiepsko skserowanej, odrecznie rysowanej mapki, ktora dostalam z wypozyczanlni, wynikalo, ze cos powinno juz byc... No i na szczescie wyroslo przede mna pueblo Mera. A wtedy nastala zupelna ciemnosc. Bo tutaj bardzo szybko robi sie ciemno, doslownie w pol godziny od 18.15 zaczyna lekko zmierzchac a o 18.45 jest ciemno. Po bandzie ale udalo sie.
Ten dzien i ta wycieczka to bylo naprawde cos pieknego! Szczegolnie biorac pod uwage fakt, ze nie zgubilam roweru:) no i nie mialam zadnej awarii.

A wczoraj pozno wieczorem pojechalam chiva (taka ciezarowka-autobus dla ludzi, bez bocznych scianek, pozwalajaca ogladac swiat, z muza na maxa) popatrzec na poczynania wulkanu Tungurahua ale niestety akurat nie byl zbyt aktywny... ale organizatorzy u jego stop zaaranzowali rozrywki alternatywne typu rum z panela i ulicznych komikow rzucajacych ogniem i zabawnymi skeczami - przynajmniej bylo wesolo:) Poznalam gosci, ktorzy buduja tu tunele i wyraznie wydawali sie zmartwieni moim pomyslem na tak odlegla rowerowa wycieczke, musialam do nich zadzwonic, ze jest OK:)

Jutro ruszam na Wschod, ta sama malownicza droga, po ktorej dzis pedalowalam, tylko troche dalej. Planowane przystanki to Puyo, Tena, Misuhuali. Dzungla.

Sunday, August 17, 2008

Cotopaxi. Krew, pot i lzy. I Porazka:(












Niestety, nie udalo sie... Troche bylam nieszczesliwa z tego powodu, wlasciwie jeszcze jestem, jutro mi przejdzie mam nadzieje. Czegos mnie jednak to doswiadczenie nauczylo... gor nie mozna ignorowac. Dzieki tej probie zrozumialam ze wysokie szczyty to nie zarty ani zadna zabawa, ze nie da sie tak z marszu bez bolu wejsc niemal na 6000m. Oprocz tego, ze to nie zabawa i niezwykle ciezkie jest wejscie na szczyt to jeszcze nie mialam szczescia do przewodnika, ktory w duzej mierze przyczynil sie do mojej porazki. Ale od poczatku...
Ivo, rekomendowany mi przewodnik mial 2 Holendrow (brata i siostre) nagranych na ten weekend wiec dla mnie skolowal jakiegos innego przewodnika. Ale o tym, ze ten gosc to byl moj przewodnik dowiedzialam sie po fakcie, jak trzeba bylo zaplacic... wydawalo mi sie, ze to tylko pomocnik i my w trojke stanowimy grupe.
W sob rano zgarneli mnie z Latacungi i po 1,5 godzinie zaparkowalismy w Narodowym Parku Cotopaxi. Stamtad z calym sprzetem na plecach trzeba bylo wdrapac sie do schroniska na ok.4800, szlak wiodl dosc mocno w pion, wysokosc juz dawala sie we znaki i zeby nie dzwigac w plecakach wlozylismy od razu na nogi buty do wspinaczki (przysiegam takie jak narciarskie!!! tylko przypina sie do nich raki a nie narty, wyobrazacie sobie zatem, ze nie sa to wygodne trampki) wiec sie niezle zasapalismy przez te 1.5 godziny. Po poludniu poszlismy z Holendrami i Ivo jakies 100-200m wyzej, gdzie juz sniegi i lod potrenowac chodzenie w rakach, uzywanie czekanow, lin itp... Bylo extra! Naprawde bardzo mi sie spodobalo bieganie w rakach po twardym sniegu, po lodzie trzeba bylo bardziej uwazac...
Dalszy rogram byl nastepujacy: 18.00 kolacja, 24.00 sniadanie, 01.00 wyruszamy na szczyt. Czekalo nas 6 godz podejscia (w tym ponad 5 po sniegu i lodzie w sprzecie) i 3godz.zejscia.
Roos (Holenderka) juz po poludniu wymiekla - miala straszne problemy z powodu wyskosci, caly czas zwracala i zrezygnowala z proby podejscia. Mnie dopadlo w nocy - trzaskajacy bol glowy... Ale taka jest reakcja organizmu w stanie spoczynku na wysokosci, jak sie czlowiek rusza, krew krazy szybciej i nie jest tak zle. Wstalismy o tej 24tej (nie zebym choc oko zmruzyla do tej godziny... a wierzcie mi oczekiwanie bylo naprawde meczace, perspektywa 9godz walki z Cotopaxi nie pozwala zasnac), zadne z nas nie czulo, ze sniadanie to dobry pomysl, ubralismy sie, spakowalismy sprzet, energetyzujacy prowiant, ktory wygladal jak paczka dla dzieci, pelen roznych slodyczy, i wyszlismy. Oprocz nas jeszcze kilka innych ekip, bo to wysoki sezon, weekend a ponadto... to miala byc piekna noc! I byla! Mielismy pelnie ksiezyca! Niebo rozgwiezdzone, pelen ksiezyc, wlasciwie nie trzeba bylo latarek uzywac, fantastycznie bakowy krajobraz, bo Cotopaxi i bez takiej oprawy jest piekny.
Idziemy. Ja z Miguelem (niby moim przewodnikiem) a Martin (Holender) z Ivo.
Juz pierwsza godzina zawazyla o tym co sie stalo potem, mielismy dosc szybkie tempo z Miguelem, o czym ja nie wiedzialam, po prostu podazalam za nim a Martin z Ivo dotarli do ´krainy wiecznych sniegow´, gdzie wkladalismy sprzet prawie 10min po nas.
Miguel zamiast od poczatku spokojnie prowadzil mnie wiec za szybko, bylismy zwiazani lina wiec czulam troche presje no i po kilkudziesieciu metrach, juz potem w rakach, opanowaly mnie mdlosci. Ale szlismy, juz powoli, krok za krokiem, mialam wrazenie, ze tak wolno jak na czterkokrotnie zwolnionym filmie. Ale wszyscy tak szli. Jednak nie dosc, ze my szlismy tak powoli to ja jeszcze co kilkanascie krokow potrzebowalam sie zatrzymac, zeby opanowac mdlosci. W miedzyczasie Miguel nie robil nic zeby mi w jaki sposob pomoc, doradzic czy zmotywowac a wrecz przeciwnie... Bylo cholernie, po prostu okrutnie ciezko. Makabrycznie. Serce bije jak szalone, mdlosci, mroz, wiatr zacina, marzna mi usta do krwi, z nosa leje sie woda (ale nie robily sie jeszcze sople:), dretwieja mi rece... juz wiem, ze to nie mozliwe ale idziemy.... A im wyzej tym zimniej, wiatr mrozniejszy a kazdy krok to niemilosierny wysilek, nie ma jak przyspieszyc zeby sie rozgrzac (bo ja oczywiscie stwierdzilam, ze po cholere mi takie grube spodnie i kurtka, ktora Ivo przywiozl dla mnie... mialam swoje - bardziej wygodne ale tez lajtowe).
Czuje, ze Miguel idac tylko czeka na moja decyzje, ze wracamy wiec ja na przekor, na zasadzie ´na zlosc mamie odmroze sobie uszy´ ledwie sie wlokac pne sie za nim w gore. Szlismy juz jakies 2.5-3 godziny. W niewyobrazalnym trudzie ale szlismy. No i w pewnym momencie stalo sie cos, co tylko mi sie moze przydarzyc... chcialam wyciagnac cos z plecaka i spadla mi rekawiczka (ktorej to nie przypielam do kurtki), spadla mi i odjechala.... a ja przez kilkanascie sekund stalam w bezruchu obserwujac jak sunie sie w dol, w biala dal, majac zupelnie nieuzasadniona nadzieje, ze moze zaraz sie zatrzyma... Oczywiscie nie zatrzymala sie, zniknela z horyzontu i juz. Miguel mowi, nieee bez rekawiczki nie da rady, jak to nie da rady bede sobie zmieniac wymyslilam sobie... Ale po kilku minutach mialam zamarzniete palce, po prostu biale, sztywne i czulam nieznosny bol w paznokciach... czy to pod nimi. Nie ma co sie wyglupiac, palce w dloniach to przydatna rzecz, szkoda byloby je sobie odmrozic... Zawrocilismy. A bylismy gdzies na 5400m. Poczulam ulge po podjeciu tej decyzji ale bylam wkurzona i schodzilam nieostroznie wiec Miguel mial troche roboty zatrzymujac mnie na lince kilkukrotnie. Dobrze mu tak:)
Potem jak wrocilismy do schroniska, rozwinal swoj spiwor przy moim i zaczal sie bardzo wyraznie przyklejac, prowokujac jednoznaczna sytuacje... chyba nie wiedzial, ze chce go zabic. Zamknelam sie w spiworze, maxymalnie odseparowujac, zeby sie odpieprzyl. I caly czas zadaje sobie pytanie czy on celowo nie zrobil wszystkiego zeby wrocic wczesniej do schroniska... Rozmawialam z Ivo o tym jak to mnie Miguel na szczyt prowadzil (Ivo z Martinem weszli!), wyrazajac swoje rozczarowanie, niezadowolenie itp. ostatecznie dostalam ´rabat´ ale pieprzyc to... niesmak i rozczarowanie pozostalo.
Pomijajac historie z Miguelam, pewnie i tak trudno byloby mi wejsc na sam szczyt ale na pewno weszlabym wyzej, co tez sie liczy... Ale trudno... tak czy owak ciesze sie ze sprobowalam i posmakowalam co to krew, pot i lzy na gorskich szczytach:)

Prosto z Cotopaxi w niedzielne popoludnie dotarlam do Los Banos, ktore mam po drodze do dzungli... To taka troche turystyczna miejscowosc, jakies zrodla termalne tu maja... nie wiem czy skorzystam. Zmeczona jestem po nieprzespanej nocy i zmaganiach z Cotopaxi ale chyba pojade dzis wieczorem ogladac explodujacy wulkan Tungurahua:)

Friday, August 15, 2008

Aklimatyzacja w Quito na chacie ´u znajomych´ i opowiesci z pn nabrzeza Pacyfiku





Jeden dzien w Quito, przypadkowo...
Przez Quito mialam w zasadzie tylko przejezdzac jadac z Esmeraldas do Latacungi, tylko przesiasc sie w inny autobus. Ale mialam tez ´odmeldowac sie´ u Byrona (tak jak ten poeta) znajomego, mieszkajacego w Quito – handlarza kokosami z Limones, spotkanego pare dni wczesniej tam w ´kokosiarni´.
Zadzwonilam z dworca, a ten przyjechal i zwinal mnie do swojego domu na lunch. A tam pelna chata, rodzice, bracia, zony, dzieci, 2 psy… Ciekawa rodzinka – rodem z Esmeraldas. Dostalam obiad a potem przeszlismy na salony i popoludnie uplynelo nam na ciekawych opowiesciach z polnocnego wybrzeza w obecnosci 2 sporych butelek whisky… Rzeczywiscie niezla aklimatyzacja… zrobilo sie na tyle pozno, ze wg nich nie bylo mowy o mojej dalszej podrozy. No dooobra, w koncu Quito lezy na tej samej wysokosci npm co Latacunga, organizm sie przyzwyczaja… Zalapalam sie wiec jeszcze na kolacje, nocleg i sniadanie.




Opowiesci z polnocnego nabrzeza Pacyfiku i kokosowy biznes
Byron jeszcze dzis rano namawial mnie na wspolny interes – jak mam troche cashu do dyspozycji. Zeby zakupic wieksza ilosc kokosow w Limones np 3000szt. za 700usd i zarobic jakies dwa, trzy razy tyle… ALE… Zapomnial, ze wczesniej uswiadomili mnie o ciemnych stronach tamtych okolic. Po pierwsze i Limones i Borbon sa infiltrowane regularnie przez kolumbijskich paramilitaries. Robiacy interesy w tamtych stronach z czasem maja nalozony przez nich ´podatek´ tzn haracz. Ze wzgledu na bliskosc granicy kontrabanda jest tam na porzadku dziennym, Byron mowil, ze tego dnia kiedy wloczylam sie po Limones, potem po poludniu widzial kilkunastu paramilitaries z dlugimi giwerami przeladowujacych/przezucajacych benzyne z Ekwadoru do Kolumbii. Potrzebuja jej w duzych ilosciach, jako ze jest to jeden z niezbednych skladnikow do produkcji kokainy, a w Ekwadorze litr benzyny kosztuje jakies pol dolara…
Uswiadomil mnie tez, ze moja wizyta w Limones to bylo bardzo niecodzienne zjawisko, nie dosc, ze gringa to jeszcze SAMA i w ogole to po co wlasnie tam i czemu sama, czego tam szukalam – zastanawiali sie w kokosiarni. Jakos histora, ze ogladalam z lodzi manglarowe nabrzeza i skoro zacumowala lodz w Limones postanowilam sie przejsc – nie przemawiala do nikogo… Ani Borbon ani Limones najwyrazniej nie leza na trasach turystycznych i juz, nie teraz…
A jeszcze w Limones zyl taki gosc, wtyka paramilitares, platny zabojca, co po prostu nie pozwalal zeby obcy krecili sie po okolicy. Nie, ze ich zabijal od razu – ale jak juz przyplyneli lanczja, to najczesciej musieli wracac ta sama do La Toli… Mialam szczescie, dwa dni przed moim przyjazdem podobno go zabili 20 strzalami w glowe. Historia brzmi niewiarygodnie… ale jak czytam tutejsza prase i slucham ludzi to juz nic mnie nie dziwi. Borbon jest zdaniem Byrona jeszcze gorsze. Tak wiec zupelnie nie mylilam sie majac dziwne przeczucie pojawiajac sie w obu pueblach, czujac jakies ciezkie powietrze zaraz po pierwszych krokach po ulicy…
Przygraniczna selva i nabrzeze przy Kolumbii to rzeczywiscie strefa dzialan guerilli i paramilitares. Poznani w Las Penas ekwadorscy marines tez mowili ze z plaz Las Penas nocami bywaja ladowane i wysylane lodzie z kontarbanda do Panamy, Kolumbii… (a chcialam tam ziemie kupic…)
Zatem biorac pod uwage powyzsze okolicznosci, mysle, ze kokosow na kokosach chyba robic nie bede… (no wlasnie, czy z tym biznesem ma cos wspolnego nasze powiedzenie ´zarabiac kokosy´?:) To bylaby oczywiscie ciekawa przygoda, tylko troche kosztowna, bo tak niewiele trzeba zeby lodz z kokosami zaginela w wodach rzeki Santiago, badz gdzies w manglarowych chaszczach. Chociaz mam dac znac Byranowi po Cotopaxi…



Ze daleko od rzeczywistosci
Dzisiaj w poludnie dotarlam do Latacungi (moze potem pare slow o miasteczku). W barze gdzie jadlam kolacje gosc sie pyta skad jestes, z Polski… oooo naprawde? wlasnie wasz zawodnik rzucil kula i zdobyl zloto!!! Aaaa, bo to przeciez olimpiada w Chinach sie dzieje… Eeextra! I tak sobie pomyslalam, ze od dluzszego czasu jestem daleko od reality, ciagle nie mam czasu zajrzec na jakis portal zobaczyc co sie dzieje (wpadam do kafei przewaznie jak sie robi ciemno – czyli po 19tej - zeby nie tracic dnia i jak juz cos dam rade napisac, sprawdzic to mnie wyrzucaja, bo zamykaja…) i tez ciagle zapominam wlaczyc tv w hotelu jak juz go mam…
Dzisiaj zakupilam gazete, weszlam na chwile na onet i patrze, ze goraco w Europie, Rosjanie Gruzje okupuja, w dziennikarzy strzelaja, nam wygrazaja, Amerykanie delikatnie kontratakuja. Ajajaj bede teraz na biezaco sledzic sytuacje, bo moze bezpieczniej mi bedzie tu pozostac (nawet pomimo aktywnosci paramilitares)…?:)



Uwaga - w weekend atakuje Cotopaxi!



No wlasnie jutro i pojutrze bede probowac wczolgac sie na to Cotopaxi… Zyczcie mi szczescia, Ivo (przewodnik) martwil sie ze za dlugo bylam na wybrzezu na poziomie morza i te dwa dni na 2800m to moze sie okazac za krotka aklimatyzacja… Zdecydowalam sie dolaczyc do dwojki ludzi ktorych ma nagranych na ten weekend, bo nie chce mi sie czekac na niego 2 dni... Ale moze dam rade, dla wsparcia zakupilam 6 energizerow w ampulkach:)




Thursday, August 14, 2008

Atacames - powiew Karaibow. I co dalej?























Piekne plaze, biale piaski, palmy, niemal lazurowe wody Pacyfiku, na plazach bary kryte strzecha oferujace egzotyczne trunki a z kazdego brzmi muza na maxa - salsa, merenge albo stare letnie przeboje. Sporo ludzi ale nie dzikie tlumy, bo to srodek tygodnia. Atmosfera jak na karaibskim wybrzezu. Dalej w tle restauracje serwujace swieze owoce morza i ryby. Mniami. Atacames to nadmorski kurort dla Ekwadorczykow, o dziwo przez ta chwile nie spotkalam tutaj obcokrajowcow (w Esmeraldas rowniez), cumuja bardziej na poludniu wybrzeza.
Ech - czujecie klimat? - la playa bonita que dolce vida... coz mi bylo robic, w miare mozliwosci musze unikac kontaktu ze sloncem, (dramat! alergia na slonce) szczegolnie tutaj, ono po prostu spala bez wzgledu na to jak zachmurzone jest niebo a sunblocker dziala tylko przez chwile. Zawislam wiec sobie w hamaku pod strzecha jednego z plazowych barow raczac sie swiezym sokiem z ananasa i caipirinia, rozkoszujac sie chwila. Juan, barman na biezaco dbal o serwis, a na koniec podzielil na pol wszystko to co wypilam i podal mi rachunek. Bardzo milo, chociaz i tak nie ma to wiekszego znaczenia skoro duza szklana caipirinii (mocnej) kosztowala 1.5 usd. Wyobrazacie sobie???!!! Poznalam jeszcze wlasciciela baru, starego Kolumbijczyka, zartownisia. Umowilismy sie na moja urodzinowa fieste, mowia, ze takiej fiesty jaka mi zgotuja nigdy nie zapomne... kuszace, tylko nie wiem czy dam rade wrocic tam na 20go...
W miedzyczasie troche sie pokrecilam, zakupilam jakies pierdoly na przyulicznych starganach i dalam sie poniesc chwili pozwalajac zaplatac sobie pare warkoczykow. Aaaa w koncu wakacje... Zaczekalam jeszcze na cudowny zachod slonca i odjechalam, majac nadzieje na powrot...

A teraz o tym co dalej...
Potrzebowalam takiego blogiego dnia w obliczu podjetej decyzji co do dalszych planow. Otoz od kiedy postanowilam nie wchodzic na Cotopaxi (jeszcze przed wyjazdem), bo wydawal mi sie za wysoki (5897m), temat nie dawal mi spokoju. Tym bardziej, ze podobno nie jest az tak bardzo trudny... Juz w Polylepis od spotkanych Ekwadorczykow dostalam namiary na dobrego przewodnika Ivo. Myslalam, myslalam i wymyslilam, ze nie moze byc latwo caly czas, trzeba sobie rzucic jakas klode pod nogi - a ze troche wysoka ta kloda - trudno;) Wczoraj rano zadzwonilam wiec do Ivo, pogadalismy i sie wstepnie umowilismy. Moze bedzie mial grupe w ten weekend ale nie wiem czy chce z grupa, bo jak ktos po drodze wymieknie to nikt z grupy nie wejdzie... Przewodnik na wylacznosc to troche droga zachcianka ale rozwazam te opcje pod pretekstem prezentu urodzinowego. W nocy przemiescilam sie do Quito skad pisze do Was. Docelowo zmierzam do Latacungi - potrzebuje jakichs 2 dni na aklimatyzacje przed zmierzeniem sie z - jak by nie bylo - jednym z najwyzszych aktywnych wulkanow swiata...


Esmeraldas. Niekoniecznie szmaragdowo tu…

Esmeraldas – tak nazywaja sie szmaragdy po hiszpansku… piekna nazwa ale niekoniecznie ma przelozenie na piekno tak nazwanego miasta. Bo po pierwsze samo miasto to nic szczegolnego jezeli chodzi o wyglad ale to jeszcze nic...Po miescie chodzilam caly czas spieta czujac sie jak na ringu, czekajac na cios. Juz ksiazka-przewodnik ostrzega, rowniez wszyscy ludzie kolejno napotykani podczas podrozy a lokalesi potwierdzaja – tutaj trzeba uwazac. ´Hay que tener cuidado´ - mowia mi to wszyscy i wszedzie, kilkakukrotnie w ciagu dnia, w restauracjach, barach, museum, taxowce, hotelu… do przesady, nie mozna wyluzowac na chwile. Esmeraldas rzeczywiscie cieszy sie zla slawa ze wzgledu na przestepczosc, rozboje, kradzieze itp… Na mapce wrecz zakreslono mi ´zakazana strefe´, gdzie lepiej sie nie wloczyc. Tak wiec probuje miec oczy dookola glowy, wklejam w siebie plecak, nie osmielam sie wyciagac aparatu… Schiza niczym w Medellin w Kolumbii (tam bezpodstawna zreszta). A z drugiej strony tylu dobrych ludzi wokol a trzeba wszystkich traktowac jak potencjalnych zlodziei czy bandytow. Nawet z hotelem mam pecha tutaj, niby w centrum a obok 2 zaklady pogrzebowe.. . niby z clima, tv, telefonem ale standardem nie jest juz zmiana poscieli… Co do poscieli zorientowalam sie dosc pozno wieczorem, wkurzylam sie, chodze, chodze, i dochodze do wniosku, ze przeciez nie bede na tym spac. W spiworze tez nie, bo za goraco. W miedzyczasie przyszedl gosc z recepcji naprawiac clime (cos nie chodzila a doplacilam za nia) i unizenie poprosilam o zmiane poscieli. Spoko, bez slowa przyslal Murzyna, ktory przebral lozko. Potem okazalo sie ze clima wrecz mrozila (oprocz tego, ze warczala i rzezila), a poniewaz pokretlo nie dzialalo i tak w srodku nocy wpakowalam sie w spiwor… Byla to bardzo krotka wizyta w tym miescie, przedwczoraj zalatwilam sprawy organizacyjno-techniczne typu wyciagniecie kasy (odetchnelam z ulga, bo wygiela mi sie karta i nie mialam pewnosci czy bankomat bedzie ja czytal), zaliczenie pralni. Wyskoczylam jeszcze na chwile do Las Palmas, lokalnej plazy ale zupelnie nic ciekawego, procz dobrej ryby w przyplazowej karczmie. Najciekawszym punkem tutaj w Esmeraldas bylo muzeum lokalnych kultur preinkaskich, ktore odwiedzilam wczoraj rano. Naprawde interesujace… okazalo sie, ze te tereny (ekwadorskie wybrzeze Pacyfiku) zamieszkane byly juz przed ponad 6000 lat przez ludy z kultur-plemion Las Vegas i Valvidias. A tam gdzie bylam pare dni temu (Limones) preznie ale duzo pozniej rozwijala sie kultura la Tolita a zajmowala sie m.in. wydobywaniem i przetwarzaniem zlota, platyny… (podobno do tej pory lokalesi biegaja tam z sitkami w poszukiwaniach zlota…). W okolicach zylo jeszcze conajmniej cztery czy piec innych plemion. Jakby ktos pytal (ja zapytalam)zadne z tych ludow nie bylo kanibalami... Przedwczoraj nie podjelam decyzji co do dalszych planow wiec dalam sobie jeszcze jeden dzien na ´przemyslenia´. Jednak aby nie meczyc sie w Esmeraldas pojechalam sobie na pare godzin do oddalonych o pol godz. Atacames (cos jak ekwadorskie Miedzyzdroje) - aaale fajnie tam (o tym powyzej). Przed opuszczeniem Esmeraldas nocnym autobusem do Quito troche sie zgubilam szukajac dworca, napatoczylam sie na grupke 6ciu gosci, okazalo sie radiowcow (wlasnie wyszli z pracy/z radia, patrze na szyld budynku - faktycznie). Byli autentycznie zdziwieni, za ja tak sie wlocze sama i mnie jeszcze nie napadnieto. Twierdzili, ze mialam naprawde duzo szczescia. Dzien wczesniej jednemu z nich przystawiono rewolwer i go ograbiono. Dlatego po zmierzchu staraja sie wychodzic razem z radia. Pojelam wtedy, ze tu rzeczywiscie nie ma zartow. Chlopaki odprowadzili mnie do autobusu. Ciesze sie, ze opuscilam to miejsce.

Tuesday, August 12, 2008

Jak dzieci pokazaly mi manglarowy las in kawalek selvy w Limones






























Wysepka i pueblo Limones lezy u ujscia rzeki Santigo do Pacyfiku. Dostac sie tam mozna tylko lodka. Zajmuje to jakies 40 minut z La Tola, do ktorej dotarlam autobusem (jakies 30 min z Las Penas). Wlasciwie celem tej wyprawy byla sama trasa do Limones, bo wiodla przez ekologiczny rezerwat Las Manglares. Manglares (czy mangrowce) to rodzaj drzewa-krzaku rosnacy w slonej wodzie, stanowiacy siedlisko niezliczonych gatunkow i ilosci ptakow i roznych zwierzaczkow. Drzewa te porastaja wybrzeza i wysepki Pacyfiku i sa charakterystyczne tylko dla tego zakatku swiata (ciagna sie dalej na wschod, dlatego widzialam je juz w Kolumbii). Co ciekawe mangrowce ´chodza´, tzn ich galezie zwisaja niczym liana i gdy dotkna ziemi ukorzeniaja sie, rozrastajac sie dalej.

Wyglada mi na to , ze jestem jedyna gringa w okolicy (po raz ostatni widzialam gringos na rynku w Otavalo) w zwiazku z tym raczej na zorganizowane eskapady nie ma co liczyc. Wcale tez za tym nie tesknie zreszta, ale tez nie pozwalam sobie na fanaberie w postaci wynajecia lodki na pare godzin po to zeby na przyklad powloczyc sie po mangrowcach.
Stad idea wybrania sie rejsowa lodka (lanczja, takim wodnym autobusem) do Limones. Na lanczji do Limones byla nas tylko trojka pasazerow, wiec kierujacy lodka widzac jak sie rzucam z burty na burte z aparatem zatrzymywal sie lub podplywal jak byly jakies ciekawe sceny czy ptaki do sfotografowania.
Dotarlismy do Limones. Widok z wody to drewniane, polatane chaty na palach, straszna bieda (w interiorze rowniez chaty murowane). Brudno. Woda przy brzegu brudna a lad nie lepszy. Takie troche Borbon ale atmosfera nieco ´sympatyczniejsza´ jesli mozna tak powiedziec… Wszedzie muza, ludzie ´przed domami´, siedza, jedza, petaja sie zwierzeta (nie wykluczajac swin), chlopaki graja w noge, albo w monety, kobiety w drzwiach z dziecmi na reku, mezczyzni na wybrzezu wyciagaja polow, przerzucaja worki z kokosami lub dziergaja czy rozplatuja sieci, dzieci biegaja, bawia sie z psami, bujaja na karuzeli ze sznurkow… Jest kilka skromnych sklepikow ale nie ma zbyt duzo ´ulicznych´ sprzedawcow.
Skoro juz tu dotarlam to coz… zarzucilam plecak, zacisnelam zeby, uzbroilam w usmiech i ruszam przed siebie rzucajac ´buenas dias´ na prawo i lewo, gdzie starszyzna albo gdzie wypada. ´Buenas´ i usmiech byly odwzajemniane, to chyba zawsze dziala..
Najpierw napatoczylam sie na ´kokosiarnie´. Miejsce, gdze zeskladowane byly ogromne stosy kokosow a ludzie maczetami obierali je z wierzchniej lupiny. Pytam czy moge zrobic zdjecia. Spoko. Gadamy, dostalam na droge kokosa ze slomka dla zaspokojenia pragnienia i mam koniecznie zajsc jak bede wracac. Mysle sobie, zrobie mala szybka rundke po wiosce i to by bylo na tyle… odhaczam Limones.
Ale chwile potem pojawily sie dzieci. Z kazdym krokiem coraz wiecej dzieci. I czulam sie srednio komfortowo idac przez pueblo ze swita, w asyscie kilkunasciorga dzieci w roznym wieku. A wszystkie po kolei lub na raz chcialy zeby im pstrykac fotki… a baterie jecza… (albo to ja jeczalam:)
Na skraju wioski pozostalo rowno 10ciu najbardziej wytrwalych chlopakow w wieku mniej wiecej 9-13, chyba najwiekszych rozrabiakow w okolicy. Wymyslili sobie, ze na pewno zmierzam do plazy to tez postanowili mnie tam zaprowadzic. Ja wprawdzie nie mialam pojecia o istnieniu plazy, ale idziemy… No i weszllismy w gaszcz mangrowcow. Na prawde piekna sceneria, posrod nich przeswitywaly malutkie ciemne plaze ale raczej nie zakwalifikowalabym ich dla plaz kapieliskowych (wg moich kryteriow, dzieci twierdzily cos innego). Chlopaki bedac mi przewodnikami (szczegolnie dwoch czulo misje i objasnialo mi wszystko na biezaca) idac, zyli jednoczesnie swoim zyciem, to znaczy, klocili sie, bawili, szturchali. bili, smiali z siebie, przezywali (ze np. ktorys ma dziewczyne ale taka co sie nie myje itp.). Jednoczesnie przescigali sie w pomyslach na moje zdjecia – zarowno krajobrazow, roznych obiektow jak i siebie. A wiec wskazywali mi co wg nich powinno mi sie spodobac albo sami organizowali ´ciekawe´ scenerie. Chodzili po drzewach, wisieli, bujali sie i latali w powietrzu, uzywajac galezi mangrowcow jako lian twierdzac, ze sa tarzanami. Albo robiac salta w powietrzu, skaczac z pniaka w tyl… Albo dorwali goscia, ktory wracal z buszu z upolowanymi ogromnymi kangrehonami (cangrejones - cos jakby kraby, ale wieksze, wygladaja jak stwory z innej planaty ale zyja w ziemii, blisko wybrzeza) i kazali mu pozowac do zdjec. Koles nie mail szans:)
Na pewno nie byl to nudny spacer… Potem doszlismy do mostu-kladki, dluugiej, waskiej, podejrzanej… Chlopaki mieli dar przekonywania – idziemy dalej. A za kladka z wolna zaczynala sie selva, najpierw wysokie trawy a potem dzunglowe zarosla, drzewa. Po prawej stronie sciezki wysoka palma kokosowa, na jej owoce mowili pipas, z tego co zrozumialam jest to wczesna forma kokosa. W pare sekund jeden z nich znalazl sie na szczycie palmy i zrzucil kilka sztuk. Drugi zaczal kombinowac jak by go otworzyc dla mnie ale ulatwilam mu sprawe wyciagajac swoj noz z plecaka, wtedy poszlo szybko i dostalam do reki slodki napoj. Maszerowalismy dalej w glab, chlopcy zaatakowali jeszcze drzewo cytrynowe i guajanaby. Tymczasem ni stad ni zowad pojawily sie nieznosne sancudos a im dalej w glab tym ich wiecej (to moze sa komary, tylko tak sie tu na nie mowi…sancudos). Chmary nie do opanowania.
Rozwazni ci moi mali przewodnicy sie okazali, tylko dwoch chcialo mnie ciagnac dalej, reszta oprotestowala, wlasnie ze wzgledu na komary. Boja sie chorob roznoszonych przez tych krwiopijcow i zaczeli wymieniac ze zgroza : denga, malaria, zolta febra i jeszcze inne... Wymieniali, powtarzali i nie mieli litosci… wolalabym zeby sobie odpuscili w obliczu faktu, ze odkrywalam na sobie kolejne ugryzienia. Ale dzieci mowia, ze luz, ze te komary nie sa az takie zle, tam dalej, troche glebiej sa wieksze ´potwory´ i to glownie one sa zrodlem chorob.
W kazdym razie zawrocilismy. Przy wyjsciu z selvy zapozowali do grupowego zdjecia a wtedy przyszlo mi do glowy, ze dziwna to byla wycieczka, taka troche inna niz zwykle, odwrotnie proporcjonalna… to nie jedyna osoba dorosla opiekowala sie grupa 10ciorga dzieci, a wrecz przeciwnie:) Posiedzielismy jeszcze troche na moscie (kontynuowali temat chorob) i ruszylismy do puebla. Doszlismy do ich ´podworka´, pozegnalismy sie i zaproponowalam, z cos im kupie, co chca… No to chcieli 2 duze 2.5 litrowe fanty, mowie spoko, cos jeszcze? nie… albo jeszcze cos, albo nie… ostatecznie wymienili jedna butelke fanty na slodkie bulki... Mysle, ze przechadzka z gringa to byla calkiem niezla rozrywka dla nich. A dla mnie to na pewno niezapomniane chwile.
Zaszlam jeszcze do ´kokosiarni´. Po poludniu wsrod pracujacych przy kokosach bylo sporo malych chlopcow (z maczetami albo dlugimi nozami!) Od bossa dostalam 1 kokosa do zjedzenia na miejscu i 3 na wynos do plecaka ale zmiescily sie tylko dwa i tak obciazajac niemilosiernie mi plecak. Pisze, ze ten kokos na miejscu byl do zjedzenia nie wypicia, bo to byl taki coco-manzana (kokos-jablko) posiadajacy w srodku miazsz a nie sok, nigdy wczesniej tego nie widzialam ani probowalam, calkiem dobre ale nieco mdlace…
W powrotnej lodce rejsowej do La Tola znalazlo sie ponad 30 osob… chyba sporo za duzo, bo troche babki narzekalaly… i faktycznie bujalo mocno i pomyslalam sobie, ze jak juz sie za bardzo przechylimy to ja dam rade ale na pewno nie uratuje swojego plecaka obciazonego kokosami, niczym kamieniami…

Limones bylo przedwczoraj, wczoraj jeszcze blogie Las Penas a dzisiaj troche cywlilizacji w rozczarowujacym Esmeraldas (pare slow moze pozniej). I na razie jeszcze nie wiem co jutro, rozne rzeczy, kierunki chodza mi po glowie...

Saturday, August 09, 2008

Las Penas nad Pacyfikiem. Wakacje…
















Las Penas to niekonczace sie dziewicze, czarne plaze, nakrapiane tysiacami odlamkow bialych muszelek, z zacumownymi dziesiatkami starych rybackich lodzi. Zadnej palmy. Koneserzy plazowania uzaliby je pewnie za brzydkie.. Ale mi sie podoba, chociaz rzeczywiscie, gdy zajdzie slonce krajobraz jest troche smutny.
Plaza jest szeroka, choc zalezy to od pory dnia, bo Pacyfik tak ma, z co 4 godziny woda cofa sie o kilkadziesiat metrow ale potem wraca… Kapac sie mozna wtedy, gdy sie cofa chociaz i tak istnieje ryzyko napotknia jakichs zwierzatek, zyjatek – parzacych, klujacych, gryzacych… Kiedy jest przyplyw lepiej nie ryzykowac, bo woda niesie ze soba swieza, bogata kolecje stworkow-potworkow.
Tak wiec dotarlam tu dzis rano a ¨siatkarze¨z Otavalo postanowili mi towarzyszyc, zeby sie wykapac w Oceanie nim wroca w swoje gory. Pedro -oryginalny indianin- dal mi w miedzyczasie pare lekcji keczua (pamietam ze, rece to maki a usta to szimi). Kolo poludnia juz wyjechali a ja zadzwonilam do Betty Sanchez, wlascicielki hotelu, ktory polecil mi Fernando. Okazalo sie ze Fernando, mnie juz zapowiedzial i Betty oczekiwala mnie juz wczoraj. Od razu przyslala po mnie motor, bo hotel jest jakies 2-3 km od wioski. A jest to hotel nie byle jaki… warunki na conajmniej 3,5 gwiazdki, przy plazy - jakies 40m od wody (przy przyplywie) a na sodku znajduje sie otwarty basen z fontanna…
Przespacerowalam sie z powrotem do wioski, gdzie przy okazji trzaskania fotek poznalam trzy Ekwadorki (bo mi ladnie zapozowaly:). Wyluzowane babki: Cecilia z Quito i Marta, Alba z Ibarry (wszystkie 3 siosty zreszta, jedna z synem Izraelem).
Poplazowalyzmy razem, poplywalysmy a wieczorem wybieramy sie bailar, chociaz nie wiem czy to mozliwe w tej ´dziurze´…
Po plazy krecilo sie pelno czarnych sprzedawcow (glownie z Borbon) z domowymi wyrobami – aaaj jakie pyszne ciacho ze swiezego kokosa mieli.. albo deser – cos a la marmolada, zrobiona z banana i guajawy, zapakowany w liscie bananowca. Oczywiscie krolowaly tez potrawy z ryb i owocow morza. I pech chcial ze nadjechal ze swoim wozkiem sprzedawca seviche (potrawa z surowych ryb lub owocow morza z przyprawami, cebula, pomidorami). Mial polsurowe krewetki, surowe malze i zywe ostrygi. Dziewczyny mowia – MUSISZ sprobowac. Ja patrze i mowie NIE. Sprzedawca nie poddaje sie (nie wiem po jakich treningach sa ci sprzedawcy:), wymiekam i mowie – krewetki spoko, ostrygi na pewno nie, malze nie wiem. Przecina wiec malze, wyciaga zawartosc – ze tez musialam na to patrzec – conajmniej lekko obrzydliwa z krwia, miesza z przyprawami i daje mi sprobowac. Przezulam, przelknelam i przezylam. Dobra, niech bedzie…ale z krewetkami. A on, ze malze maja tyle witamin… No i wyszlo, ze z krewetkami i malzami… cala duza micha. Ponoc to lokalny delicates w koncu. Dalam rade zjesc polowe, potem sobie mysle, ze w imie czego mam sie wyzywac na sobie:)
Ale najwieksze rozrywka okazal sie banan, taki jaki maja np. w Miedzyzdrojach… tutaj ciagniety przez lodke z silnikiem. Naturalnie skorzystalam wraz z Alba z i Izrealem I byl czad! Wywrocilismy sie 3 razy. Woda w Pacyfiku strasznie slona, dane bylo mi sie napic… ale wnioskuje rowniez stad, ze jak sie polozyam na bacznosc w wodzie to mnie milo woda unosila po powierzchi…
Siedze sobie pod strzecha teraz, klikanascie metrow od Pacyfiku (przyjemnie powiewa) w tle merenge na maxa… Betty uzyczyla mi kompa (bo w Las Penas o internecie mozna zapomniec) i pisze do Was. Brzmi calkiem niezle, co? Tak tez sie czuje:) Ale sancudos - cos w stylu komarow, tylko jeszcze gorsze - nie daja zyc...
Ps. Dzisaj konczy mi sie kuracja antybiotykowa… wszystko co dotychczas pisalam, pisalam na trzezwo:)

Borbon. Mala Afryka.

Opuscilam Ibarre ze smutkiem. Ominal mnie sobotni festival tancow lokalnych i sobotnia walka kogutow, na ktore mialam zaproszenie. Ale coz… nie sama Ibarra czlowiek zyje:)
Obralam nowy kierunek - Las Penas i w piatek o poranku wsiadlam w autobus. Autobus jechal do San Lorenzo i aby dotrzec do Las Penas musialam wyskoczyc po 3 godzinach na krzyzowce i zlapac inny autobus. Przez cala droge toarzyszyly nam cudowne widoki… przez jakies 1,5 godziny zjezdzalismy z gor aby wjechac w tropiklane, zielone niziny. Wjechalismy w klimat rownikowy i wtedy cos wstapilo w kierowce. Mknal z predkoscia, ktora nie pozwalala mi skupic sie na niczym innym niz ta predkosc i nadziei, ze jak juz wylecimy z ktoregos z licznych zakretow, to nie bedzie tam glebokiej doliny… Przezylismy jednak te jazde i z wielka ulga wysiadlam jak juz dojechalismy do tej krzyzowki. Wraz ze mna wysiadlo jeszcze 3 gosci – Pedro, Flavio i jego syn. Okazalo sie, ze zmierzamy w tym samym kierunku, tylko, ze oni do Borbon (pol godz.przed Las Penas).
Stoimy, czekamy i tak sobie gadamy. Byli z Otavalo. Pedro handluje tam artesaniami i uswiadomil mnie, ze moje czerwone sombrero, za ktore zaplacilam 8 usd (zbilam z 14!), warte jest 1 usd… taaa, ubawila mnie ta historia:)
Chlopaki jechali do Borbon grac w siatkowke na pieniadze, ktos dal im cynk, ze w Borbon w piatek graja. Coz tu duzo mowic… zabrzmialo interesujaca. I skoro juz sie zaprzyjaznilismy to tez dalam sie namowic na to Borbon (ktore i tak rozwazalam wczesciej ale mi odradzono).
Wysiedlismy, i poczulam sie jak w srodku Afryki. W Ekwadorze, tak samo jak w Kolumbii, pn wybrzez Pacyfiku zamieszkuje czarna ludnosc, potomkowie zeslanych niewolnikow… Borbon, jest malym, biednym pueleblem, polozonym na rzeka, okrutnie zanieczyszczona od strony wioski i smierdzaca troche. Jakies 99% to rzeczywiscie Murzyni. Zycie puebla toczylo sie na ulicy. Atmosfera wydala mi sie tam dosc ciezka, lepka, i to nie tylko za sprawa wilgotnego, goracego powietrza. Ich spojrzenia wydawaly mi sie inne… Sama nie wiem, ale mialam wrazenie, ze moj samotny spacer z aparatem na szyi to bylaby prowokacja. Ale od czego ma sie przyjaciol:) Pedro, Flavio i syn towarzyszli mi przez caly czas, najpierw w poszukiwaniu jakiegos hotelu. Dwa pierwsze napotkane byly zamkniete na 3 spusty, ostatecznie dotarlismy do jedynego otwartego i ku mojemu zdziwieniu znalazlam sie w fajnym niebieskim pokoiku, z lazienka, wiatrakiem, tv i koronkowa moskitiera. Byla jeszcze godzina do rozgrywek wiec powloczylismy sie razem po okolicy az dotarlismy do boiska za pueblem, gdzie juz gromadzil sie tlumek. Chlopaki wybadali teren, udalo im sie wkrecic w rozgrywki (ale tylko dwoch na dwoch) i po dosc intensywnym meczu roztrzaskali rywali, zgarniajac 80 usd. Wracajac zahaczylismy o inne boisko, takie malo przyjazne… Juz sie sciemnialo a okolica byla lekko podejrzana. Zaczeli namawiac lokalesow na mecz, ci najpierw nie chcieli, potem sie zgodzili, potem sie poklocili, potem cos uzgodnili… nie nadazalam za rozwojem sytuacji. Ale rzucili mi swoje rzeczy do pilnowania, znaczy beda grac – trzech na trzech.
A ja stoje, powoli robi sie ciemno, pilke ledwo widac, wp… mnie komary i zadaje sobie pytanie co ja tutaj robie… A jeszcze te komary gryzly mnie ´bezprawnie´, bo moga dopiero od niedzieli, kiedy wezme druga dawke lariamu, antymalarycznych tabsow.
Na szczescie amigos z Otavalo szybko sie uwineli… znaczy zwyciezyli, zgarneli kase i poszlismy cos jesc. Rybe oczywiscie (mam nadzieje, ze nie z tej rzeki) w knajpie, po ktorej scianach i suficie biegaly biale male jaszczurki.
W miedzyczasie zauwazylismy, ze na srodku puebla buduje sie duza scena na 12 wielkich beczkach i rozstawiane, podlaczene sa instrumenty – bebny, 2 gitary.. Myslimy – bedzie fiesta! Ale fiesta okazal sie event (a moze msza?) Evangelistow. Kurcze, ale koncert! Niezla muza, solista (zapewne jakis pastor), chorki, ´tancerki´… sama podrygiwalam do piosenki i textu ¨si Senor, si Senor¨ (tak Panie, tak Panie) a wokol conajmniej 50 lokalesow tez dalo sie porwac… My dokonalismy jednak odwrotu, rozegralismy jeszcze kilka partii w bilarda i zakonczlismy dzien… Chlopaki tez sie zabukowali w hotelu, bo za pozno bylo na powrot.

Friday, August 08, 2008

Skarby Pepita

Weszlam. I oniemialam. Kompletnie. Spodziewalam sie jakiejs kanciapy z kilkunastoma, kilkudziesiecioma eksponatami a tu prawdziwe prywatne muzeum z jak sie okazalo 800-ma exponatami sprzed setek czy tysiecy lat. Liczne figurki, przedmioty codziennego uzytku, bron, bizuteria, normalnie wszysko.. z ceramiki, kamieni, skal, czegos a la marmuru, zlota, brazu… Reprezentowaly wiele roznych kultur preinkaskich i pochodzily zarowno sprzed 600 lat jak i jeszcze sprzed naszej ery…
Pepito pomito swoich 73 lat na karku to calkiem wyluzowany i zwawy jegomosc. Zywiolowo opowiadal mi hisotrie niektorych przedmiotow, energicznie demonstrujac jak byly uzywane – szczegolnie bron i instrumenty muzyczne. Bardzo chetnie i z blyskiem w oku sciagal z polki figurki przedstawiajace akty sexualne Indian w roznych pozycjach (bo to zadne tabu wsrod Indian przeciez), zwracajac moja uwage na ich… twarze. Otoz na twarzach facetow wyraznie widac bylo odczuwajaca przyjemnosc, natomiast twarze kobiet nie wyrazaly nic, w sensie wygladaly jak przy normalnej codziennej czynnosci, np. obieraniu ziemnkaow:) albo zwyklym zamysleniu…
Ale chyba najbardziej zaskakujacym a jednoczesnie najprostszym przedmiotem byl pre-inkaski… wibrator! Tzn. nie wibrujaca maszynka ale po prostu penis, figurka w odpowiednim ksztalcie, z kamienia lub ceramiki... i naprawde nie wiem czy byl uzywany- tak twierdzil w kazdym razie Pepito ale nie wiem czy nie zartowal... Spodobaly mi sie tez korale z jejeczek skorpionow.

Nie wiem czemu, ale juz tak mam, ze po 15 minutach w muzemum spac mi sie chce. Ale tym razem to bylo prawdziwe szalenstwo... Moglam pobawic sie dzida, lukiem, dmuchawka, pograc na piszczalkach przymierzyc korone krolowej i przy okazji otzrymac spory zastrzyk wiedzy... Nie wiem kiedy minely 2 godziny.
Kolekcja Pepita wydala mi sie bezcenna, za niektore exponaty oferowano mu niebotyczne sumy, ale on nigdy nie sprzedal ani nie sprzeda nawet jednego drobiazgu ze swojego ´muzeum´.
Pepito mowi, ze guaceros wciaz znajduja spore iloci preinkaskich ´skarbow´…

Thursday, August 07, 2008

Polylepis Bosque. Zaczarowany las.


Taaak, dzis bylam w zaczarowanym lesie. W miejscu, ktore trudno opisac slowami, a nawet zdjecia nie oddaja piekna tego zakatka swiata.
Znow mialam szczescie. O Polylepis nie pisze zaden przewodnik, dlatego nie mialam pojecia o co chodzi z ta wycieczka Fernanda. Mialam jednak przeczuie, ze warto poczekac…
Fernando okazal sie wlascicielem sporego skrawka ziemii, gdzie na wysokosci ponad 3000m spotykaja sie 2 ekosystemy: paramo porosniete frailejones i magicznego lasu, ktory tworza niezwykle, unikalne drzewa Polylepis. Gatunek endemiczny dla tego miejsca, nie spotka sie ich nigdzie indziej na swiecie. Sa dziwnie powykrecane a ich glowna cecha charakterystyczna jest kora a raczej jej brak, bo stanowia ja liczne warstwy luszczacych sie cienkich powlok czy lisci (stad ich nazwa poly-duzo, lepis-lisci). Przez wijace sie sciezki idzie sie z rozdziawiona geba, co jakis czas mijajac malutkie laguny, waskie zrodelka czy male kaskady… Jest po prostu bajecznie, troche jak w tropikach ale inaczej, a klimat jest tutaj rzeczywiscie wilgotny. Co najciekawsze wystarczy pare minut aby wejsc w zupelnie inny swiat - chlodne, ubozej ale tez pieknie porosniete frajlejonami paramo (pierwszy raz widzialam 5-metrowe frajlejony!).
Nie wiem coz tu dodac, nie wiem jak opisac bajkowy krajobraz, brakowalo mi tam tylko biegajacych elfow (albo wilkolakow:) ale moze ich nie zauwazylam. Rzeczywiscie czulam sie jak w jakiejs scenaríi filmowej, trudno bylo uwierzyc, ze tak moze byc naprawde… Na parugodzinna wycieczke po lesie i paramo dolaczylam do grupy 7 ekwadorskich turystow, ktorzy byli rownie mocno oszolomieni ta kraina.
Fernando odkryl ten swiat jakies 8 lat temu, zaryzykowal wszystko aby ocalic to miejsce a jednoczesnie pokazac swiatu. Od 4 czy 5 lat rezerwat zostal udostepniony dla turystow. Jest to w tej chwili scisly rezerwat, gdzie dziennie nie moze przewinac sie wiecej niz 50 osob. Chyba powoli staje sie znany w Ekwadorze i kilka agencji ma Polylepis juz w swojej ofercie wiec turística rozwija sie dosc szybko a Fernando po drodze nie nadazal odbierac swoich 3 komorek (ale tez dobrze wie i sam sie dziwi ze przewodniki nie zainteresowaly sie jeszcze tematem, ale oni zawsze chca byc niezalezni i nic im nie mozna narzucac). Zbudowal tam superowy osrodek, naturalnie wkomponowany w okolice a wszystko jest wrecz perfekcyjnie zorganizowane, oznakowane… a teraz jeszcze weszlam na ich strone (polecam obejrzec fotki jak macie czas www.polylepislodge.com) i zaskoczylo mnie jak niezle jest zrobiona. Gratulacje dla tego goscia! I muchas gracias oczywiscie…

Jeszcze tylko moge dodac, ze 1.5 godzinna jazda z Ibarry do Polylepis to niekonczace sie fan-ta-sty-czne malownicze krajowbrazy – paramo, wulkany, kolorowe kwadraciki pol uprawnych, male puebla o uroczych nazwach jak np. Angel, Libertad (aniol, wolnosc)… A zaserwowany 3-daniowy przepyszny obiad dopelnil szczescia…
Aha, ostatecznie umowilismy sie z Fernandem na 8-ma i zjawil sie o 8.20 wiec punktualnie;) Potem tylko po drodze odwiedzilismy conajmniej 6 roznych miejsc, gdzie Fernando zalatwial rozne sprawy, robil zakupy, dopompowywal powietrze w kolach, tankowal itp:) Ale jak juz wspomnialam – warto bylo…

Przy okazji dzisiaj dowiedzialam sie, ze Pepito (wlasciel mojego hotelu) i Fernando sa wlascicielami niezlych kolekcji preinkaskich ´skorup´… Skupuja je od okolicznych guaceros tj. poszukiwaczy zakopanych w grobach skarbow czy inaczej - hien cmentarnych). Pepito jest znakomitym znawca kultur preinkaskich… dzis wieczorem obiecal mi pokazac swoje zbiory… jaaaacie!


A jeszcze... Na koniec Fernando rozpisal mi program na kilka nastepnych dni na polnocy i w interiorze kraju, dorzucajac kilka namiarow na hotele swoich znajomych, w zwiazku z tym mam jakis plan na niemal najblizszy tydzien. Czas mi chyba opuscic Ibarre, mysle, ze jutro zanurze stopy w Pacyfiku...

Wednesday, August 06, 2008

Artesanias. Z czego slynie region Imbabura.

Jest dobrze. Ze mna. Megadawki antybiotykow, max-gripexow itp..wyzwalaja mnie od bakterii i wirusow. Wstalam dzis nawet o 7-mej z wlasnej woli zeby nie marnowac dnia (ale tez dlatego, ze o 8 - 8,30 mial mnie odebrac Fernando, ktory mial sie mna dzis zajac). Jak tylko uchylilam drzwi zjawil sie wlasciciel hotelu i mowi, ze Fernando cos mial pilnego do zalatwienia i zjawi sie o 10-10,30. No to bedzie jak nic conajmniej 11-ta mysle sobie... Ale nic to, zalatwilam sprawy bankowe, sniadanie, poranny przeglad prasy (wulkan nadal grozny a campesinos nie chca dac sie ewakuowac z pobliskich wiosek). I przed 11-ta pojawia sie Fernando. I mowi, ze jest troche pozno, ze moze jutro zrobimy ta ´wycieczke´, bo tam jest tak pieknie, ze szkoda zebysmy zrobili ja w pospiechu. A ja spakowana, przygotowana stoje z plecaczkiem i mina mi rzednie... To on mowi, ze jak chce dzisiaj to jedziemy... No to jedziemy! Ruszylismy. Fernando zaczyna opowiadac i ubolewa, ze tak malo czasu bedziemy mieli, no ale skoro mam tak skrupulatnie zaplanowany czas tutaj i napiety program pobytu to trudno... Ja? skrupulatnie zaplanowany czas? w ogole nie mam nic zaplanowane, mowie... no i Fernando przemowil mi do rozumu, zeby odlozyc to do jutra, start o 7.30 (hmm zobaczymy). W ramach rekompensaty rozpisal mi program na dzisiejszy dzien.
A byl to calkiem uroczy dzien. Wpadlam najpierw do pobliskiego Otavalo. Otavalo jest w pierwszej trojce na liscie miejsc do odwiedzenia w Eq. A slynie z ogromnego rynku, na ktorym swoje wyroby sprzedaja campesinos. Mialam tam nie jechac ze wzgledu na tlumy turystow... ale skoro dzielilo mnie tylko pol godziny jazdy z Ibarry no i Fernando wpisal w program to wsiadlam w autobus i pojechalam... I cale szczescie! bo spotkala mnie tam wielka niespodzianka. Jak sie okazalo tlumnie to tam bywa tylko w weekendy (w przewodnikach pisza ze rynek jest w weekendy)... I przysiegam, nigdy w zyciu nie widzialam takiego natloku malowniczego folkloru i tylu kolorow na raz!!! Normalnie czad! A co najlepsze - glowny tlum stanowili sprzedajacy campesinos, paru tylko gringos sie krecilo. Natrzaskalam troche fotek i cos tam kupilam - naprawde, nie ma szans sie oprzec! W sumie nic takiego, jakies tam koraliki... no i krwistoczerwone sombrero... ale mam nadzieje, ze je zgubie bo troche glupio w nim wygladam;) W kazdym razie fajne to Otavalo - ja polecam.
Potem w programie mialam Cotacachi - parenascie minut autobusem – leniwy spacer i look na wyroby ze skory (kilkanascie jak nie kilkadziesiat sklepikow przy jednej ulicy), bo z tego znane jest Cotacachi. Jaaakie fajne torebki! i ceny... Wpadla mi do glowy nawet idea zaimportowania tego towaru do Polski, bo z pewnoscia oplacalby sie ten biznes. Tymczasem nic tam nie kupilam, nawet uroczej pomaranczowej torebki, ktora ogladalam 3razy. Ale przeciez nie bede ponad 3 tygodnie jezdzic po Ekwadorze z lekko laluniowa pomaranczowa torebka;)
Z Cotacachi jest rzut beretem do Cucocha, laguny, ktora uformowala sie w kraterze wulkanu na wysokosci 3500. Widok dosc spektakularny. Woda ma intensywny kolor ultramaryny (chociaz wlasciwie nie wiem dokladnie jaki to kolor ta ultramaryna ale pasuje mi tutaj ta nazwa;) a na srodku laguny utworzyly sie 2 wysepki (podobno Inkowie zrobili z nich wiezienie niegdys ). Wulkan jest lekko aktywny i na wierzchu wody w niektorych miejscach pojawiaja sie babelki, ale takie delikatne. Zaliczylam 25min rejs lodka po lagunie wokol wysepek i zwialam stamtad, bo zimno tam na tych wysokosciach.
I na koniec , juz w drodze powrotnej pozostalo mi San Antonio – mekka wyrobow z drewna – rzezb, mebli i innych rzeczy… Rzezby powstaja glownie z drewna Nogali, ktore ma 2 kolory i owoce o wygladzie i smaku orzecha wloskiego. W jednym sklepie-warsztacie zostalam poczestowana nimi a dla lepszego efektu musialam zagryzac przeslodka panela. Niezly deser.
I taki to byl dzien… poznalam troche artystyczno – rzemieslnicza strone regionu Imbabura, ktory jest chyba najbogatszym regionem w Ekwadorze (wlasnie z tego powodu).

Tuesday, August 05, 2008

Moj pierwszy dzien. Troche aktywna bezczynnosc w Ibarra (gdzies w Andach) i troche subiektywny przeglad prasy krajowej

Dzisiejszy dzien i wieczor przeznaczylam na aklimatyzacje, kuracje i - pasowaloby by mi tu slowo -libacje ale to dzis nie wchodzi w gre :)

Oh, jak mi slabo
Moje kiepskie samopoczucie (cd.przeziebienia) wzmogla lekka choroba wysokosciowa, bo przeciez tak znienacka dzis o poranku znalazlam sie na wyskosciach sporo powyzej 2000m... I tak dobrze, ze zjechalam z Quito do Ibarry, bo Quito lezy blisko 3000m, Ibarra 2200. Tak czy owak w takich okolicznosciach nawet bezczynny odpoczynek jest meczacy, spac sie nie chce, bo ciagle pic sie chce i serce bije troche szybciej przez te wysokosc... ale to przejdzie, to tylko 2000 z kawalkiem, oby do jutra...
Ale, skoro juz tak ubolewam nad soba - jeszcze moje biedne podraznione nozdrza okrutnie cierpia przez giagntyczne stezenie spalin unoszace sie w miescie, przy ulicach, wszedzie gdzie jest tu troche cywilizacji... kazde przejezdzajace auto to maly dramat - ale to tez kwestia przyzwyczajenia... (hmmm pewnie Latynosi mysla ze jak maja Amazonie - pluca ziemii - to im wszystko wolno)

Ah, jak mi smacznie
Powloczylam sie wiec troche po miescie, ktore ozywilo sie dopiero pozno po poludniu. Zdegustowalam nowy nieznany mi wczesniej owoc - Pepino, ktory smakowal jak krzyzowka ogorka i melona ale to nie byl ogorek choc pepino po hiszpansku znaczy ogorek. Niezly, a na pewno orzezwiajacy. A potem w comedorze na lunch zaserwowano mi kurczaka (powiedzialabym ze w Am.Pld.mieszkaja kurczakojady - pieczony kurczak to niemal standard na obiad) do tego ryz i 2 kulki wygladajace jak pieczone ziemniaki. Ale w srodku nich cos bylo i w ogole w srodku nie wygladaly juz jak ziemniaki. Po skonsumowaniu zapytalam pania co zacz - a byly to Las bolas de verde - pieczone kulki zrobione ze zmielonych zielonych bananow (tych takich pastewnych;) a do srodka zapakowane byly rozne rzeczy mieso, jajko etc... moze cos z wczoraj... ale spoko, z powodu przeziebienia i tak prawie nie czuje smaku. A skoro o jedzeniu - to na kolacje mialam smazonego slodkiego banana z przydroznej garkuchni z gruba warstwa posypki ze slonego sera... ten smak poczulam :)))

Historia Samotnego Georga
Z powodu tej ogolnej dzisiejszej niemocy i ograniczonej aktywnosci postanowilam dowiedziec sie czym Ekwador zyje i kupilam gazete.
I co sie dowiaduje z ostatniej strony? (prawie zawsze zaczynam od konca). Ze wielka radosc zapanowala wczoraj na Wyspach Galapagos. Stalo sie to za sprawa pewnej zolwicy, co zniosla jaja. Niby nic, bo przeciez to nie byly zlote jaj ale... Z tych jaj maja sie wykluc potomkowie Solitario George´a (Samotnego Georga), a ow Samotny George to ostatni zywy okaz Tortugas Gigantes. Skombinowano mu wiec 2 narzeczone, zolwice o numerze 106 i 107, z gatunku zolwi podobnego do Tortugas Gigantes i... udalo sie! Zolwica nr 106 zniosla wczoraj 8 jaj (przynajmniej znaleziono wcz), poddano je natychnmiast ogledzinom, sprawdzono je pod katem wagi, wielkosci i formy, u 2 szt.stwierdzono anomalie, reszta wydaje sie byc OK. Jaja niestety rodzicom zabrano i zabezpieczono w inkubatorze, teraz trzeba czekac 120-130 dni na rozwoj czy raczej wyklucie wydarzen. Nie wiem czy dobrze zrozumialam ale jak beda je trzymac w 28stopniach to beda dziewczynki a jak w 29.5 to chlopcy albo odwrotnie... Tak czy owak miejmy nadzieje ze Samotny George nie bedzie juz sam. I ciesze sie, ze nie mam w planie jechac na te W-y Galapagos przesladowac te biedne zolwie...

Wulkan Tungurahua atakuje
A jeszcze z tej samej gazety (z pierwszej i ostatniej strony) dowiedzialam sie, ze wulkan Tungurahua (pld. Ekwador) wczoraj dosc mocno sie uaktywnil. Wybuch byl na 8km w gore i popioly przykryly okoliczne pola i nie wiadomo co dalej... Ten wulkan caly czas ostatnio jest lekko aktywny ale wczorajsza erupcja byla zaskakujaco silna. Calo zdarzenie mozna bylo obserwowac z Riobamby i 2 innych miasteczek. Mam w planie zahaczyc o te okolice, to musi byc ciekawe zjawisko/widowisko... podejrzewam, ze jeszcze sie porzadnie tli... eeech, zawsze mi sie marzylo trakie extremalne przezycie: proba ucieczki przed wyciekajaca lawa;)))

No dobra, to jestescie na biezaca... Nie moge nic innego robic to pisze glupoty - ale prawdziwe!
Ide zdrowiec i poczytac sobie ksiazke, wzielam 3szt, bo myslalam ze nie bedzie co robic w tym Ekwadorze.. ale zapowiada sie calkiem ciekawie. Wlasciwie po jednym dniu czuje sie jakbym byla tu od tygodnia...

Bienvenidos de Equadorrr !!!

Witam Was z Ibarry, miasteczka oddalonego na polnoc od Quito o jakies 2,5 godz. Jeszcze przez wiekszosc lotu mialam w glowie ogromny zakrecony znak zapytania nie majac pojecia od czego by tu zaczac te przygode. Ale sprawa rozsrzygnela sie bez mojego wiekszego czynnego udzialu. Juz dzien, czy dwa przed wyjazdem odczuwalam jakies przeziebienie a z kazda godzina lotu czulam tylko pogarszanie sie stanu. W tej chwili mam totalnie zadzumione gardlo, nos i zatoki wiec w takim stanie nie moge pakowac sie do dzungli czy wyzszych gor. Moj sasiad z samolotu - Ariel - polecil Ibarre i okolice (a takze duzo innych miejsc)... ruszylam wiec na polnoc, aby docelowo dotrzec do pn wybrzeza Pacyfiku.
Prosto z samolotu Ariel mial podrzucic mnie taxi na dworzec a sam udawal sie do rodziny w Santo Domingo (mam tam wpasc jak dam rade na dzien czy dwa..) ale kierowca mowi, ze po cholere na dworzec - gdzies przy drodze zlapiemy autobus. No i zatrzymalismy sie przy drodze, po 5 sekundach pojawia sie ten wlasciwy autobus, kierowca taxi wyskakuje i go lapie, Ariel otwiera bagaznik, wybiega koles z obslugi autobusu i porywa moj plecak - wszystko w tempie mgnieniaoka - dawaj, dawaj - krzyczy, to wpadam do tego autobusu a tam muza na maxa - kilku sprzedawcow roznych rzeczy biega po pokladzie, a wsrod pasazerow brazowe wyraziste indianskie twarze. Opdalam na siedzenie lekko zdezorientowana, nawet nie majac pewnosci czy ten autobus jedzie rzeczywiscie do Ibarry... ale co za roznica przeciez. No i wtedy poczulam gdzie jestem, ze w Ameryce Poludniowej:) Symbolicznie cofnelam zegarek o 7 godzin.
W autobusie placi sie przewaznie pozniej w tzw. miedzyczasie. A ja sie nagle zorientowalam, ze chyba nie wzielam dolarow w gotowce albo gdzies zgubilam - jeszcze nie wiem (aha , bo tu obowiazuje USD), mialam tylko 20 EUR... kierowca z autobusu mowi ze wymieni mi ja na 10usd, ja mowie ze to nie tak ten przelicznik dziala, a on na to ze trudno;) ale go chyba ktos uswiadomil, bo w pewnym momencie zatrzymal autobus, przyszedl i mowi, ze OK - 20USD; a ja mowie 30, ze tak sie w Europie przelicza... no i nie zawarlismy transakcji ostatecznie, bo nie lubie jak sie ze mnie frajerke robi (jeszcze sie to stanie nie raz na pewno podczas tej wyprawy); dopiero jak dotarlismy na miejsce chlopaki ´aresztowali´ moj duzy plecak i dali 5min, bo potem jechali dalej... wpadlam wiec na dworzec, wepchnelam do kolejki i wyciagnelam gotowke z automatu... uff! Ale nadal nie wiem jaki przelicznik USD/EUR stosuje sie w Ekwadorze:)
Ibarra przywitala mnie palacym sloncem... miasteczko - coz, nic szczegolnego raczej (nawet glowna Plaza Bolivar w remoncie), to takie typowe miasteczko andyjskie, gdzie po ulicy kreca sie panie siegajace mi do pasa (w kapeluszu dodam - takim czarnym meloniku:)
Na razie zalatwilam hotel, prysznic (dzika radosc po 25h podrozy:) i wyszlam sie powloczyc i cos napisac.
Wiem tylko, ze okolice Ibarry sa przepiekne... wlasciciel hotelu ma dla mnie program na jutro, bo jego przyjaciela przyjaciel (tutaj networking dziala wysmienicie!) moze zorganizowac taki jednodniowy tour po paramo, lagunach i parku Angel na jakies 25usd... I chyba podoba mie sie ta idea. Mam nadzieje ze zadziala wlasnie rozpoczeta kuracja antybiotykowa i
bedzie bonito :) Saludos!!

Sunday, August 03, 2008

Have to go somewhere... and why to Ecuador

That was a long thinking process to decide where I should get lost this summer. No doubts it should have been South America. No doubts – northern part of South America (I like when it’s warm:) and definitely Spanish language area. Considering mentioned conditions and a fact that I have already walked a little bit through Venezuela and Colombia it was obvious long time before thinking process started that it has to be Ecuador… so probably will sound strange if I say that despite that Im still surprised that go to Ecuador. But I am:)
Of course Ecuador is not a big challenge after Colombia done last year but I thought - let it be. There is all I need – jungle, mountains, vulcanos, wild pacific coast, rum and something else in the air, that is only in Southamerican air.
So, just 4 weeks before holiday I’ve bought a flight ticket and now with a guidebook in my pocket in theory I’m ready to go, although don’t feel it at all… but the feeling will come - probably after arriving to Quito... or at least when my bagpack will be ready (a job for this night;)
Have no specific travel plans for the time being. But I know what I will not do. I will not try to climb Cotopaxi (6000m – simply too high), will not go to Galapagos Islands (everyone go there, poor turtles..) and I will avoid some other touristic highlighted sites like mitad del mundo or market in Otavalo (it’s just too crowded). I’m also a little bit bored with some activities in the jungle like fishing piranias (never ever success!), watching caymans, swimming with pink dolphins… Hope for some new exciting experiences, if not – it will be enough just to be there. Hanging in hammocks, eating sweet mango, listening local music, killing mosquitos etc… and I will let life to write scenario.

Sunday, July 20, 2008

Gdzieś trzeba pojechać... i dlaczego własnie do Ekwadoru

Coż, rok minął niepostrzezenie i znów czas sie zabawic gdzies ’na koncu swiata’...
Od tygodni zastanawialam sie jaki prezent sobie zrobić, dokad sie zabrac tym razem; przy czym obszar zastanawiania byl z gory dość mocno zawezony – polnocna czesc Ameryki Poludniowej. Wykluczajac zaliczona Wenezuele i Kolumbie – nie bylo innego wyjscia – jakbym nie kombinowala padalo mi na Ekwador.
Cale to zastanawianie sie dlugo nie przeradzalo sie w jakies aktywnosci przygotowawcze, nie wspomiunajac o decyzjach... Po 3 wyprawach do Ameryki Południowej chyba emocje mi lekko opadly... no bo co... znów dżungla, znów Andy, dzikie wybrzeże Karaibskie czy Pacyfiku... a z dugiej strony – do cholery! – czyz może byc gdzies wspanialej? Nieustannie mi tęskno do latynoskiej beztroski, radości i intensywnosci życia i ich mańany...Wiec dokladnie miesiac przed urlopem, usiadlam i kupilam bilet do Quito i juz. Po jakichs trzech dniach dotarlo do mnie ze jade do Ekwadoru... a skoro tak, to poszłam i kupiłam przewodnik.
Tutaj zawiodłam sama siebie. Po latach zdradziłam swojego niezawodnego partnera... Towarzyszyl mi od lat i byl prawie niezawodny, naprawde nie chcialam go zmieniac. Zawsze czulam sie z nim bezpiecznie. – no moze w Kolumbii troche nie do konca sie spisal w tych bardziej odległych terenach. Jednak nie było go w momencie kiedy go potrzebowałam i mimo silnego przywiazania zamiast Lonely Planet – wzielam z polki przewodnik Rough Guides. Ma wady – jest troche grubszy i cięższy ale z pewnoscia odplaci sie wiekszym zasobem informacji;)
Generalnie mam lenia i żadnych szczegolnych ambicji w tym roku. Temat postanowiłam potraktowac zupełnie lajtowo. Żadne extreme, zadnego zrywu z motyką na książyc jak np próba wspinaczki na Cotopaxi (prawie 6000m). Ale też nie bede uprawic turystyki emeryckiej i odpuszcze sobie pewne wydeptane szlaki – np. tygodniowy rejs po Wyspach Galapagos. W sumie nie wiem co bede tam robic bo, dzunglowa rekreacja typu łowienie piranii, pływanie z różowymi delfinami czy oglądanie ognistych oczu kajmanow nocą tez mi sie znudzila. Z tego typu aktywnosci chetnie powtorzylabym przygode z anakonda i potrzymała bestie w ramionach...
No to chyba pojade tam po prostu po to zeby pogadac sobie z lokalesami, przespacerowac sie przez rownik, jesc słodkie mango na sniadanie, bujac w hamaku itp. Może jeszce wpadne na Cejrowskiego na jakiejs sciezce, bo przecież Ekwador to jego obecna ojczyzna ale nie bede sie denerwowac.
Wstępny plan – jak widac, kompletnie nie sprecyzowany – mimo wszystko brzmi całkiem nieźle... Ale jeszcze dwa tygodnie do godziny zero - wylot 4go sierpnia.
Trzeba jeszcze troche popracowac, odwiedzic Polske, zabawic sie na Kasi i Rodriga weselu i wtedy wyruszyć:)