Tuesday, September 11, 2012

Mmmm... zdrowe i słodkie



Tak się zastanawiałam od czego by tu zacząć po tak długiej przerwie... i samo z siebie wyszło, że będzie słodki temat. Kiedys już wrzuciłam tu przepis na ciacho bananowo-jabłkowe z płatkami owsianymi. Sama zrobiłam je z 10 razy (a moze mniej) aż nam sie znudziło i więcej nic już nic nie wypiekałam.
Ale niedawno w jakimś kolorowym piśmie natknęłam się (całkiem przez przypadek, normalnie nie studiuję za bardzo stron kolinarnych w gazetach:) na przepis na domowe ciacho musli. Wcześniej jakos nie wpadłam na to, że można samemu sobie przygotować taka zdrowa slodka przekaske....

Gazetę gdzieś zgubiłam ale zagooglałam i najbardziej przypasował mi przepis dostępny pod tym linkiem: Jak-zrobic-batony-zbozowe

Nasi weekendowi goście sprzed paru tygodni byli całkiem zachwyceni moim słodkim dziełem a conajmniej im smakowało, bo poproszono mnie o przepis, który to obiecałam tu wrzucić, co niniejszym czynię.

Dla zainteresowanych pare praktycznych uwag;  
* moje ilości były trochę na oko ale  polecam podwojoną porcję orzechów (różnych)
*dodałam m.in. suszone morele ale kiepsko mi się smakowo komponowały, lepiej sprawdzily się suszone śliwki.
*w przepisie sugerują, żeby wszystkie suche produkty razem podpiec jednak pewne rzeczy lepiej osobno podpiekać czy podsmażać, bo moga miec inną temperature podpiekania, okazało się, że szczególnie prażone orzeszki ziemne niekoniecznie potrzebują kolejnego podprażania...
Ja włączyłam całość (nie z własnej inicjatywy) na opcję grillowania w piekarniku i po bardzo krotkiej chwili cały wierzch zrobił się czarny, co doprowadziło mnie do porzucenia pracy do następnego dnia, ponieważ trafił mnie szlag. Zatem grillowania nie polecam.
Za drugim razem (bo tydzień pozniej zrobiłam je jeszcze raz) osobno podprażałam słonecznik, dynie, płatki (prażonych orzechów już nie)
*Największe wyzwanie to, oprócz uniknięcia przypalenia, wymieszanie wszystkich produktów sypkich ze spoiwem-karmelem. Chciałoby się dorobić i dolać tego karmelu żeby lepiej się mieszało, czego nie polecam, żeby nie przegiąć ze słodkością.

Ciacho czy raczej baton musli w rozmiarze XXXXL jest zdrowe na maxa ale też na maxa słodkie od tego cukru i miodu. Zastanawiałam sie z czego innego mniej słodkiego zrobić takie spoiwo i nic mi nie przyszło do głowy... Może ktoś ma jakiś pomysł?

Saturday, March 24, 2012

Radosna twórczość


I
Są tacy, których bolą uszy i nie mogą tego słuchać... natomiast Hania wprost uwielbia jak ja śpiewam. Ostatnio hitem są chyba wszystkim znane „Pieski małe dwa” (i „Psie smutki”).
Codziennie wieczorem przed snem przerabiam kilka razy cały text, do znudzenia... Ulubione zwrotki Hani to ta o biedronce (bo jak wiadomo do biedronek Hania ma słabość) i o pająku Zbychu. O Zbychu muszę zacytować, bo może nie wszyscy znają..

Pieski małe dwa poszły do obórki
Zobaczyły tam kiszone ogórki
A w ogórkach tych
Mieszkał sobie pająk Zbych (i tu rozlega się głośne "łaaaaa" Hani)
Sibą, sibą, sialalalala itd....

Ponieważ miałam już trochę dość wałkowania cały czas tego samego postanowiłam dopisać parę zwrotek... W każej jest jakieś kluczowe słowo, które wiem, że trafi do Hani i wywoła jakąś reakcję. A texty są oczywiście absurdalne (ale oryginał nie był lepszy;) ale się rymują;)


Pieski małe dwa poszły nad jezioro
Rozejrzały się dokładnie wokoło
Wskoczyły we krzaczki
Szczekały na kaczki.


Pieski małe dwa poszły do piwnicy
Zakopały się w ogromnej donicy
Kopią, kopią wciąż
Aż tam wylazł wieeelki wąż! (a tu sie rozlega "ssssssssss")


Pieski małe dwa wąchały krokusy
I cieszyły się jak małe dzikusy
Skakały do góry
Jak małe kangury. (hopa, hopa)
(Hania ma świra na pukcie krokusów, od kiedy zakwitły u nas na podwórku, z 10 razy dziennie trzeba ją podsadzać do okna, żeby mogła sobie popatrzeć i regularnie je odwiedza) 


Pieski małe dwa zapaliły trawkę
Odleciały tak, aż dostały czkawkę
Napiły się wody
I poszły na lody. (mniam, mniam)


Pieski małe dwa szorowały ząbki
Zamiast szczotek wzięły kąpielowe gąbki
Gdy ząbki umyły
Do łóżek wskoczyły.
(ta zwrotka ´- w przeciwienstwie do poprzedniej - ma miec charakter edukacyjny, bo Hania z myciem ząbków jest trochę na bakier... )

Pieski małe dwa marzyły o kocie
Który siedział tu, na pobliskim płocie
Kotek zrobił bam!!!
Pieski myślą mniam, mniam, mniam...
 
Pieski małe dwa biegły przez pustynie
Biegły, biegły aż znalazły jaskinie
Usiadły se w srodku
I śniły o kotku.... (kiti, kiti)


Pieski małe piły coś w jaskini
To co piły to nie było martini
Nagle słyszą: kwik, kwik, kwik
Bo tam mieszkał dziiiki dzik.


dopisane 09/04/;


Pieski małe dwa weszły raz do budki
Zobaczyły tam śmieszne krasnoludki
A krasnale skakały
Aż nóżki złamały.


Pieski małe dwa wyszły na podwórko
Zobaczyły tam kolorowe piórko
I ganiały koguty
Aż zgubiły buty...


Jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy to dopiszę... Jeżeli ktoś ma ochotę - zapraszam do podzielenia się swoją radosną twórczością...

Przy okazji w celach kronikalnych chciałam jeszcze tu odnotować, że od ponad tygodnia Hania z własnej woli i inicjatywy zasypia sama w swoim łóżeczku. Wcześniej były niekończące sie chwile ‘kotłowania się’ w łóżku, przutulania (i szczypania) a po zaśnięciu przenoszenie do łóżeczka ukradkiem.
Jak ulga stwierdziliśmy... Ale wczoraj poczułam, że brakuje mi tego wieczornego przytulania... chciałam ją trochę potulić po wejściu do sypialni ale Hania zdecydowanym „tam,tam” wskazując na łóżeczko ucięła temat... dzisiaj też... 

Wednesday, March 21, 2012

Wydarzyło się wczoraj cz1. Foto-story o kwiatkach.

1. Spoczęła Hania na ławeczce, bo to zwykle przez chwile jest niezła 'rozrywka' posiedziec sobie na takiej 'ławeczce' w nowym pokoju...  (często zmuszona jestem zasiąść obok dla towarzystwa).
2. Spoczynek był krótki, zerwała się na równe nogi, zrobiła spacer 'po równoważni' po czym dojrzała coś nowego, ciekawego...

3. To co nie umknłeło jej uwadze to kwiatki. A kwiatki były niesamowite, jak jakieś zaczarowane w ciągu jednej doby od zakupu urosły chyba z 10cm (a przynajmniej 5), a pączki  wyraźnie pęczniały z godziny na godzine i w ciągu niecałych 2 dni rozkwitły piękne żokilonarcyze (wyglądają jak żonkile a pachną jak narcyze).
4. Hania przyjrzała im się z bliska i przestudiowała pod kątem ewentualnej przydatności do zabawy...
5. Podrapała się w ucho, zastanawiając się jeszcze co z tym fantem zrobić...

6. Po chwili już wiedziała. Zafascynowały ją pozostałe pączki. Hania odnalazła szczególną przyjemność w ich... miażdżeniu
7. Zabawa stawała się jeszcze bardziej ekscytująca im bardziej oczywistym stawał się fakt, że jest to czynność: nielegalna, niedozwolona a wręcz zabroniona....

8. No i tu kończy się krótka historia o kwiatkach. Zafrasowała się Hania: "Ale jak to, dlaczego, niech ktoś mi wytłumaczy czemu nie można miętolić pączków kwiatów...?"








Saturday, March 17, 2012

A.

I
Hania niezmiennie od około 3 miesięcy twierdzi, że ma na imię A. Po prostu. A.

Na pytanie ‘jak masz na imie’ pada odpowiedź: A. Kto tu zrobił bałagan? A. (kto to posprząta? mama) . Kto tu napluł? A. Kto tak pięknie wygląda? A. (mówi Hania biegnąc do lustra). A powiedz Hania. A. Powiedz Ha-nia. A. I tak dalej...

My wciąż mówimy do niej Hania ale jak pisałam Hania należy do upartych bestii i może tak jej zostanie... Zastanawiałam więc się czy urząd szwedzki czy polski zaakaceptowałby i zarejestrował imię A... Chociaż to się pewnie jakoś załatwi ale czy ktokolwiek ma pomysł jak zdrobnić A...? Oprócz tego, że tak... A? :)



Sunday, March 04, 2012

Mały uparciuch

I
Od dawna obserwuję, że Hania ma swoje zdecydowane zdanie w wielu sprawach i jest do tego zdania niezmiernie przywiązana. Przejawia się to tym, że zupelnie nie zakłada innych opcji niż swoja własna idea. I najczęściej kompletnie nie mieści jej sie w głowie, że może być inaczej niż by tego chciala.

Chyba nie jest to tylko mój wlasny subiektywny pogląd, bo niezależnie od niego panie z Siedmiomilowego Lasu (przedszkola) wyraziły podobną opinię już po kilku dniach Hanii pobytu w przedszkolku. Niedawno opowiedzialy, że Hania wymyśliła (i w jakiś sposób je przekonała czy może raczej wymusiła?) żeby na zajęcia grupowe do pokoju przynosiły i sadzały ją w wysokim krzesełku do stołu/jedzenia. Panie łamały więc święte zasady demokracji (tak ważne tu w szwedzkim społeczeństwie) i sadzały ją w tym krzesełku pośród dzieci grzecznie usadowionych po turecku na ziemii, pod ścianami...

W domu przejawia się to w różnych sferach życia ale najczęściej dotyczy ubrania i jedzenia..

Na przyklad: zauważy czapke i życzy sobie żeby jej zalożyc i chodzi w niej po domu – chwilę albo i pól dnia. Bywa, że przy okazji ja też jestem ‘zaproszona’ do  ubrania swojej czapki i paradowania w niej po domu dla towarzystwa (czasami Czarek też – wiec śmigamy w tych czapkach jak jakaś rodzina czapeczników;). Ale to akurat nie jest szkodliwe - dobra prewencja dla moich zatok....

Sprawa dotyczy często butow lub skarpetek. Czasami Hania uprze się żeby założyc jej w domu kozaki i nie ma szans ściągnąć ich przez cale popoludnie – chyba, że brutalnie. Ostatnio na topie są jesienne buciki -  traktujemy je już jako ‘kapcie’. Parę tygodni temu nie udalo mi sie jej przekonac żeby sciagnac te buciki przed snem, zasnęla w nich, mi to jakoś umknęło i tak sobie spala w tych butach przez parę godzin, aż się nie zorientowaliśmy...

Raz uległam i pozwoliłam jej wykąpać się w skarpetkach. Oczywiście poprzedzone to było rozpaczliwym zamanifestowaniem tego kaprysu. Nie będę sprzeciwiać się dziecku w przypadku takiego drobiazgu i odmawiać radości  a jeszcze skarpetki się wypiorą – pomyśałam sobie....

Przy następnej kąpieli skarpetki nie wystarczyły. Hania siedząc w wannie domagała się ubrania... butów. Czy jej założyłam? Ha, zgadnijcie;)

Jeżeli chodzi o jedzenie ma Hania kilka swoich ulubionych produktów (np.kukurydza, makaron, maslo, ciacha, suszone śliwki, orzeszki, oliwki, jogurty, goji, paluszki) i dokładnie wie, gdzie, w której szafce, szufladzie czy półce w lodówce są ulokowane w kuchni. Jak przyjdzie jej na coś ochota, czy jej sie coś przypomni wędruje tam zaciągając kogoś i żeby nie było wątpliwości o co chodzi mówi „am, am”, próbuje otworzyć szafkę, wdrapywać jak jest wyżej, wiesza się na niej, itp.- wszelkimi sposobami wyraża swoje zdesperowanie i pełne zaanagażowanie sprawie.

Kiedyś naklonila niczego nie świadomą babcię żeby przystawila stołek, podsadzila ją nieco wyżej do odpowiedniej szafki i podala jej pudelko, w ktorym schowane były – ku zaskoczeniu babci (ale nie Hani) -  ciasteczka...

Ostatnio hitem jedzeniowym są suche chrupki/płatki śniadaniowe (takie do mleka). Hania najchętniej jadałaby je na śniadanie, obiad, kolację i podwieczorki. Nosi je sobie w kubeczku i podjada – są o różnych smakach, kształtach więc całkiem atrakcyjne (i na szczęście bezcukrowe i po części pełnoziarniste). My się cieszymy, że w ogóle coś je a Hania w euforii ich uwielbienia ostatnio dwa razy się z nimi kąpała i dwa razy z nimi zasypiała.

 A przykładów można by mnożyć...

Hmmm a co sie dzieje jak sprawy nie idą po jej mysli...? cóż, następuje rozpacz i bunt niby nie do poskromienia, człowiek ma wrażenie że świat się dziecku zawalił na głowę.....

Po czym okazuje się, że najczęściej dramat jest całkiem krótkotrwały, szczególnie po zaproponowaniu alternatywnych form rozrywki – chociaż w extremalnych przypadkach to nie zawsze działaJ
I

Sunday, October 30, 2011

Koncert! Alleluja!!! ;)



To warto odnotować. Hania zaliczyła dziś pierwszy w swoim życiu koncert. Przyczyniła się przy tym do znacznego obniżenia średniej wieku publiczności, my w sumie też. Średnią – przy uwzględnieniu naszej trójki – oceniam na oko na 60 lat.
Koncert odbywał się o przywoitej godzinie 17-tej w jeszcze bardziej przyzwoitym miejscu w ... kościele. Przyznam, że nie często i niezbyt chętnie chadzam... ale ten mnie zauroczył. Zupełnie różne te kościoły od tych naszych zimnych, monumentaalnych w Polsce. Te tutaj są takie skromne, swojskie, normalne, ciepłe. Jest mini-garderoba z wieszakami, można się rozdziać i od razu człowiek czuje się jak w domu. Sala do celebrownia mszy - tam właśnie odbywał się koncert - wcale nie była największa w tym przybytku. Nie zwiedziłam całego budynku, widziałam tylko sporą salę jadalną i salę do gier czy zabaw – dzieciaki grały w ping ponga. Są też przyzwoite toalety. Ta przeznaczona dla małych dzieci oczywiście wyposażona w przewijak, ale też pampersy, mokre chusteczki, a nawet ubranka do przebrania jak by była potrzeba...
Pamiętam, że sąsiadka namawiała mnie kiedyś, jak Hania byla maleńka, do odwiedzin naszego kościoła, i to wcale nie na modły, tylko żeby socjalizować się, dzielić dole i niedole z innymi mamami. Podobno można przynieść swoją wałówkę, wypić herbatkę, kawę, coś zjeść, dzieciaki mogą się bawić a rodzice pogadać, poczytać... znaczy miło spędzić czas. Nie byłam więc nie jestem w stanie więcej na ten temat napisać. A teraz myślę sobie, że szkoda.

Pani ksiądz powiedziała pare słów i zaingurowała koncert. Potem muzycy dawali czadu, jeżeli mogę tak się wyrazić, bo też byli wiekowi. Koncert był raczej kameralny ale publicznośc dość żywiołowo reagowała. Hania tańczyła w stylu flamenco, kręcąc rączkami, czasami biła brawo. Najczęściej z pewnym obsuwem w stosunku do braw publiczności. Znajdowała sobie różne zajęcia i obiekty zaintersowań, np. bardzo kręciła ją torebka pewniej pani powieszona na krzesełku no i linki od żaluzji. Zainteresowała ją też biblia, czy to może był śpiewnik, nie przyjrzałam się dokładnie, w każdym razie jakaś książka - Hania ją kartkowała wnikliwie.
Po raz pierwszy zdarzyło się, że z chęcią sami wtykaliśmy jej smoczka - znaczy kneblowliśmy ją trochę w niektórych momentach, żeby nie była za głośna.
Myślałam, że posłuchamy max 2-3 kawałki i trzeba będzie się zwijać, tymczasem zaliczyliśmy cały koncert!

Aha, nie wspomniałam jeszcze, że koncert był jazzowy. Mi się podobało. Czarek twierdził, że brakowało mu dysonansów (cokolwiek miał na myśli) i że słodzili i coś tam jeszcze... Ja się nie znam, ale dla mnie wokal babki był boski, brzmiał jak z płyt sprzed lat... Gdyby to było w knajpie, w półmroku, przy butelce wina spokojnie przeniosłabym się w czasie...

Sunday, October 23, 2011

Hania, kaczki i ślimaki

i

Hania 'plombuje' dziurę w pomoście chlebem,podkradzionym kaczkom

Uwielbia Hania wszelkie zwierzaki, nie mamy swojego więc się czasem uganiamy za jakimiś psami czy kotami w okolicy... Ma też słabość do kaczek (potrafi nawet powiedzieć jak mówi kaczka czyli ‘kła-kła’),  zaprzyjaźniła się z tymi dzikimi nad jeziorem, poza tym kaczki często przewijają się w książeczkach. Do kąpieli ma kilka różnych egzemplarzy ale od zarania jej dziejów, non stop, na topie są silikonowe, plaskate kaczki do przyklejania i odklejania na ściankach wanny czy szybie.


W ogóle Hania lubi coś przyklejać i odklejać... Z tego powodu prześladuje liczne ślimaki, które w pocie czoła wpełzają na nasze murki i dom. Ślimaki są śliczne, przeważnie malutkie, pasiaste i ku uciesze Hani strasznie ich dużo u nas. Na ich widok ciężko ją powstrzymać od oderwania biedaka a jak już oderwie... często próbuje przykleić z powrotem... Dziwi się, że sie nie da... chyba myśli, że to magnesy na lodówkę. Tym sposobem niweczy ich wielogodzinny trud wspinaczki uciążliwej, bo przecież pod górke, w pionie, po chropowatej powierzchni.
Jeszcze częściej traktuje je jak swój łup i długo, dłuuugo nie wypuszcza z garści, wykonując wiele innych czynności w międzyczasie z zaciśniętą dłonią. Ale to jeszcze nic... pech wielu polega na tym, że w muszelce jest dziura, a na widok jakiejkolwiek dziury paluszki Hani automatycznie wędrują w wiadomym kierunku... i pół biedy jak sie ślimak głęboko zamknął w sobie... Nie będę wnikać w szczegóły, bo ortodoksi z Ligi Ochrony Przyrody zainteresują się nami... Osobiście nie przestaję poszukiwać alternatywnych rozwiązań, raz znalazłam porzuconą muszlę ślimaka i Hania miała zabawę bez moich wyrzutów sumienia...

Pożytek z Hani nr 1

No... doczekaliśmy się... W końcu jakis pożytek z Hani... Już wcześniej się przymierzała ale przedwczoraj i dzisiaj w pełni profesjonalnie asystowała mi przy wyjmowaniu naczyń ze zmywarki. I dobrze, bo ta czynność do moich ulubionych nie należy... powiedziałabym nawet, że to dość uciążliwe zajęcie. Ale w towarzystwie Hani robi się z tego niezła rozrywka.
Najpierw, dawno temu, próbowała się wdrapywać na otwarte drzwiczki zmywary, potem uczyła się przy nich stać, potem grzebała w łyżeczkach i innych sztućcach, następnie robiła bałagan przewalając wszystko w swoim zasięgu a teraz.... Teraz pojedyńczo z ręki do ręki podaje całkiem zgrabnie wszystkie naczynia... kubeczki, talerze, miseczki, sztućce... Robi to z wielkim namaszczeniem i powagą i jest z siebie niezwykle dumna. Podaje wszystkie naczynia z dolnej półki, zatrzymuje się tylko na łyżeczkach, bo wciąż lubi nimi się zabawić....
Ot rośnie nam siła robocza:) Szkoda tylko, że Hania nie rozumie idei tej zabawy i nie rozróżnia naczyń umytych od nieumytych... W międzyczasie trzeba ukradkiem przemycać brudne naczynia, bo na widok uchylonych drzwiczek Hania błyskawicznie stawia sie w ‘miejscu pracy’ i nijak nie daje sobie wytłumaczyć, że akurat teraz, akurat tych naczyn wyjmować nie będziemy...



Monday, October 10, 2011

Szok! To już rok!


Właściwie należalo się tego spodziewać. I to dokładnie 30-go września. Śmignął rok, Czarkowi - kolejny a Hani – pierwszy. Duuuże to święto. Celebrowaliśmy je 2 dni. W Polsce. Najpierw z rodzinką w Łośnie potem w Bajkolandii w Barlinku. Torty też były dwa, w tym jeden – biedronkowy. Barbarzyńsko rozkroiliśmy i zjedliśmy tę biedronkę niemal na Hani oczach, chyba jej się to za bardzo nie podobało...

Zgodnie z tradycją piewrszych urodzin Hania stanęła przed życiowym wyborem. Poukładano przed nią kilka przedmiotów. Z trwogą czekałam na wybór. Padło na długopis. Uffff... Czyżby czekała ją wielka kariera pisarska? Czy też może przyszłość gryzipiórka...?;)

Jak widzicie na zdjęciach, mamy z Hanią na sobie niecodzienne stroje. Przyjechały do nas prosto z Indii. Zaskoczona, w podziękowaniu za prezent napomknęłam, że są tak śliczne, że chyba przyodziejemy je na Hani urodziny. Moja indyjska koleżanka się bardzo ucieszyła i zażyczyła sobie zdjęcia... Nie było innego wyjścia, tylko zrobić tę szopkę. Potem okazało się, że ciuchy  idealnie się nadają na tę okazję. Hania wyglądała zjawiskowo, jak wcielenie aniołka, chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości?;) A mnie było całkiem wygodnie.

Po urodzinach, mamy jeszcze mniej przestrzeni w domu (zabawki czają się wszędzie) i zrobiło sie u nas jeszcze bardziej biedronkowo. A biedronkomania Hani wciąż trwa więc spoko. Do kolekcji doszły kolejne biedronkowe pluszaki, no i magnesy na lodówkę, kapcie a nawet gumowce...
W tym czasie Hania miała po raz pierwszy okazję spotkania na trawce oko w oko z prawdziwą biedronką. Była zachwycona (jak wszystkim innym robactwem) i z powodzeniem łapała ją za nogę. Serio, kilkukrotnie jej się udało. Z trudem ale wywalczyliśmy dla niej wolność.

Jeszcze musze napisać o wybryku natury i tych ponad 30-tu stopniach, które nam się szczęśliwie przydarzyły w tych dniach. To był niemożliwie upalny weekend, ciekawe czy to się kiedykolwiek powtórzy w kolejnych latach...

A jeszcze dziękujemy cioci Iwonie za imprezkę w Bajkolandii. Bajkolandia w Barlinku jest cool:) Muszę zadbać o reklamę.


Sunday, October 09, 2011

Reaktywacja


Dawno nie pisałam... Zdobędę się na szczerość i dodam, że podyktowane to było głównie tym, że mi sie nie chciało. Chociaż mogłabym mnożyć preteksty o braku czasu itp., co w sumie jest poniekąd zgodne z prawdą, bo czas mi się skurczył ostatnio.
Tak czy owak szkoda... tyle się wydarzyło w międzyczasie... chyba nie uda mi się tego nadrobić...

Status na dziś jest następujący; Hania to prawdziwy mały ludzik, przemieszczający się o własnych siłach (chociaż w pionie potrzebuje jeszcze wsparcia), lekko kapryśny, mało cierpliwy, czasem uparty i całkiem już komunikatywny – ale bardziej niewerbalnie niż werbalnie. W tamtym tygodniu podeszła ‘na czterech’ pod lodówkę i powiedziała ‘am’, domagając sie kolejnego plastra słonej szynki.
Werbalnie też jej już trochę wychodzi... najczęstszym wyrażeniem jest ‘co to?, co to?’, poza tym, dużo śpiewa jak jest w dobrym humorze. Tekst jest zawsze ten sam: „aaaaaaa” w różnych tonacjach. Myślę, że są to jogowe mantry – na swój sposób Hania już medytuje... Poza tym coś tam sobie gada a nawet awanturuje się delikatnie jak coś jej się nie podoba, zaczyna walczyć o swoje.
A w ogóle to jest zabójczo urocza, przesłodka, śmieszna... nic, tylko ją przytulać i przytulać...

A ja, z początkiem września wróciłam do pracy... Hania bawi więc przez większość dnia z tatą - i nie wiem jak to możliwe - znakomicie sobie radzą beze mnie... Zdarzyło nam się już jednonocne rozstanie, w tym tygodniu wyjeżdżam na 2 noce... a to już będzie wyzwanie...

Monday, July 25, 2011

Biedronkomania


i
Oto i nadszedł czas, w którym to Hania zaczyna porządnie jarzyć. Przejawia się to np. tym, że pokazuje palcem niektore rozpoznane rzeczy. Dość żmudna to nauka ale są efekty – chyba nie muszę pisać jakżesz dla nas radosne... (umacniają nas w przekonaniu, że mamy najmądrzejsze dziecko na świecie;))). Pokazuje żyrafę, rybę, małpkę, słonia, kota, pająka a ostatnio nawet mamę i tatę... Na prośbę o wskazanie mojego nosa długo pokazywała klamkę (mam nadzieje, że wskazywała drzwi, w sensie, że gdzieś chce pójść) teraz już pokazuje mój nos:)

Jednak największą furrorę od paru tygodni robią biedronki. Nie pamiętam, gdzie one się przewijały ale je najwcześniej rozpoznawała. Wszędzie je zauważa, od razu się ożywia, na buzi pojawia się szeroka ułybka i natychmiast palec wędruje w ich kierunku... najwyraźniej ich widok sprawia jej dziką radość. A skoro tak, to zrobiło się u nas trochę biedronkowo...  np. zasłonka od prysznica jest w wielkie biedrony a na podwórku stoi biedrona – wiatrak. Hania oszalała na jej punkcie i spędzała przy niej min. pół godziny dziennie a mogłaby dłużej... Mamy jeszcze wielką poduchę biedronę, książkę o biedronce Zuzi, magnes na lodówkę, podkładkę na stół a jeden z ostatnich nabytków to reklamówka z Biedronki, oczywiście z biedronką;)
I jakby tego było mało, ja na okrągło recytuję wiersz Brzechwy jak to „Do biedronki przyszedł żuk”:) Chyba i nam udzieliła się lekka biedronkomania...
Boję się, że wkrótce zaczniemy hodować biedronki a może nawet je jeść;)


Friday, July 01, 2011

Uprawiajcie sporty ludzie!

I
Koniecznie musze tu napomknąć, że warto trenować różne sporty, bo nie wiadomo kiedy w życiu pewne umiejętności się przydadzą... Osobiście się o tym przekonałam.

Trochę minęło od moich podwodnych zmagań ale niegdyś sporo czasu spędziłam pod wodą. Błogie to bywały chwile w toni wodnej, a to podążanie za ławicami ryb w krystalicznych ciepłych wodach, a to spotkanie oko w oko ze szczupakiem w pobliskim jeziorze czy oglądanie wraków w Bałtyku albo bicie własnych rekordów głębokości zanurzenia... itp, itd.
Ale były też krew, pot i łzy... niezapomniane ćwiczenia na bezdechach na Advanca w Chorwacji a potem Dive Mastera. To nasz instruktor Endrju, bardzo kreatywny, na swój sposób uroczy ale w tamtych chwilach bezlitosny (z którym potem trzeba było jeszcze morze Rakiji wypić) zgotował nam ćwiczenia, po których człowiek wyczołgiwał sie z wody i pół godziny leżał bez życia. Serio. A były to np. skoki do wody z łodzi ze sprzętem w ręce i zakręconą butlą (dopiero na dnie mozna było się zacząć podłączać do butli) albo pływanie pod wodą pomiędzy dwoma butlami oddalonymi od siebie o nie pamiętam ile metrów... brało sie oddech przy jednej butli i płynęło do drugiej, i tak w kółko, do bólu... normalnie US Navy;). Pamiętam, że szczególnie wtedy doceniłam życie na powietrzu, że jak cudownie jest móc swobodnie oddychać.

Tymczasem nurkowanie - jakoś tak się złożyło - poszło w odstawke jakiś czas temu natomiast ostatnio namiętnie oddaję sie jodze. Nawet parę razy w tygodniu, z filmami instruktażowymi. Różne ćwiczę: Ashtange, Hatha, Iyengara, Kundalini - nie żebym się na nich wszystkich jakoś profesjonalnie znała - biorę to co mi wpadnie w oko na Chomiku i dobrze mi się ćwiczy;).
Wiadomo, że podczas całego treningu jogi bardzo wazny jest oddech ale w niektórych filmach dodatkowo dołączone są jeszcze ćwiczenia oddechowe. Nie lubię ich, strasznie mnie męczą, ale czasem robię...

Trochę się rozpisałam ale powoli zbliżamy się do puenty... A więc o co chodzi, co łączy nurkowanie i jogę? Otóż oczywiście ćwiczenia z bezdechami.
Ale dlaczego ja tak nagle o tych bezdechach... Ano... pewnie wie to każdy co wrażliwszy rodzic małego brzdąca, którego trzeba przewinąć a tymczasem woń pampersa daleka jest od neutralnego. A pieluchę trzeba zmienić, choćby nie wiem co... . Oj naprawde przydały mi się te ćwiczenia (hehe nieświadomie przygotowały mnie do roli matki, przynajmniej w tym wąskim lecz jak ważnym w wieku niemowlęcym zakresie)... inaczej i ja i Hania miałybyśmy przes... znaczy przechlapane;)

Monday, June 20, 2011

Krótka historia o... czarnej owcy


„Ojej!!! Co ja narobiłam...”. Czarek w tym czasie szuka kota sąsiada...


Nieprawdopodobne! I to wszystko przy pomocy tych dwóch ząbkówi?
A nie nieee, bo jest już wsparcie z góry...  własnie 3 dni wcześniej pojawiła się górna jedynka;)


Olaboga! Ale co to tam zielonego leży w tle bez ruchu... Czyżby to ten smok (wciąż do końca nie wiadomo czy to smok, dinozaur czy krokodyl) ucierpiał, został załatwiony w tej strasznej, krótkiej historii?


Dla podtrzymania napięcia zakończenie tej barwnej (w czerwień) historii opublikuję jutro;) Jutro nastąpiło kilka dni póniej ale oto i finał:

I wszystko jasne...  Jak widzicie Hania trzyma w rączce mózg czarnej owcy... Owca wcześniej spreparowana przez Dratewke została podrzucona smokowi. Zanim smok padł - po krwawej walce - Hani udało się wyrwać coś dla siebie;)

Tuesday, June 14, 2011

O tym co nas łączy cz.1

I
Podobno Hania fizycznie za bardzo podobna do mnie jest więc od czasu do czasu doszukuję się podobieństw w innych sferach życia... a to w kulinarnych upodobaniach a to innych szczególnych zainteresowaniach...
No i na przykład zauważyłam, że Hania lubi... Wenezuele! Przepiękny to kraj, byłby zupełny raj na ziemi -  karaibskie wybrzeże, Andy, Roraima, Canaima, delta Orinoko i długo by wymieniać... - wszystko gdyby nie ten Hugo szaleniec... No więc wcale się nie dziwię,  że Hania również upatrzyła sobie ten kraj. W jej przypadku jest to tymczasem Wenezuela w postaci magnesu na lodówce (w kształcie Wenezueli i obarwach flagi wenezuelskiej), po który ciągle sięga zdecydowanym gestem jak tylko znajdzie się w zasięgu lodówki. Nosi ją, ogląda, głaszcze, obcałowywuje i trochę podgryza. Chyba wgryza się powoli w świat przyszłych podróży...
Jak widać na załączonym obrazku Hania oddaje się medytacji. Ja uporczywie ćwiczę joge nawet pare razy w tygodniu ale medytacja mi za bardzo nie wychodzi... Może sekret Hani tkwi w smoczku... taaak, na pewno... zawsze po zassaniu smoka Hania jest jakby w innym wymiarze świadomości. Hmmm jaki wniosek... joga ze smoczkiem? Ale najwyżej pod osłoną nocy... nikt nie może tego zobaczyć;)
Obie też lubimy zielone koktaile. Wcześniej pisałam, że regularnie przygotowuję zielone mikstury mieląc zielone liście różnych sałat, szpinaku, natki itp z owocami i wodą a potem jeszcze to spożywam. Dla zdrowia, urody, smaku, dobrego smopoczucia, ugaszenia pragnienia itp. Uwielbiam je. Hania też ma do nich słabość. Na razie lubi proces przygotowania i mielenia w blenderze. Od wirującego blendera nie odrywa oczu. Potem lubi jeszcze skąpać palce (albo i rękę jak uda jej się przemycić) w zielonym błotku...  I żeby nie było - pare łyżeczek też z ciekawości skosztowała...

Sunday, June 12, 2011

Krótki żywot pewnego kaczęcia


Wszyscy sobie podjedli, i kaczki i Hania...


Taką mamy rozrywkę z Hanią –chodzimy całkiem regularnie karmić kaczki nad ‘nasze’ jeziorko. Sporo korzyści z tego wynika...
- trochę sportu dla mnie, bo spacer z 7,5 kilowym „balastem” w nosidełku, po skałkach, lekko pod górę, to jest to!

- radość dla oka, bo malownicze widoki na dolinę Molndal, motylki, zielono itp.


- święty spokój, bo niewielu ludzi siętam kręci - o ile w ogóle ktokolwiek w ciągu tygodnia


po jedzeniu kaczki przepłukały dzioby
- Hania zaznajamia się z fauną i florą (i wodą - pierwsze taplanie się ma już za sobą)

- no i kaczki są najedzone




- i niedługo i my będziemy najedzone po każdej wyprawie, bo po drodze, przy ścieżce, pełno krzaków jeżyn, malin, i jagód... (a jeszcze potem grzyby - kozaki przeważnie – jak znalazł na zimę będą).
Czyli – można by rzec - okoliczności przyrody iście sielankowe :)


Hania się zwyczajnie przeciągnęła
Na jeziorze są trzy pary kaczek z 6-7 małymi każda... a właściwie matki z małymi, ojcowie chyba się gdzieś ulotnili... Najpierw były ostrożne, zachowywały parometrowy dystans a teraz maleństwa podrosły i wychodzą prawie pod nogi. Dzisiaj wszystkie rodzinki były przy naszym brzegu to i ucieszyłam się w imieniu Hani, że będzie co oglądać... Ale zaraz potem okrutne sceny się rozegrały. Jedna kaczka-matka jako, że pierwsza z dzieciakami załapała się na karmienie - jak się okazało - rościła sobie wyłączność na to karmienie. Urocza była jak jej familia się zajadała ale jak kawałek dalej zaczęłam rzucać okruchy drugiej rodzince ta brutalnie rzucała się na to stadko, przeganiała matkę i dziobała maleństwa. Po prostu dziesiątkowała je! To samo robiła z trzecią rodzinką. Były piski, krzyki i kwakania. Przemoc całą parą, prawie pióra leciały... Hania się chętnie przyglądała... chyba trzeba będzie zabrać ją kiedyś na walki kogutów do Ameryki Południowej;)


i towarzystwo odpłynęlo...
Skoro tak się działo, chcąc nasycić te wszystkie kacze stworzenia, musiałam ukradkiem podprowadzić drugie stadko spory kawałek dalej i rzucać im jedzenie na brzeg... to samo w drugą stronę z trzecią rodzinką. Jeszcze tego nie było żeby mnie kaczka (i to dzika!) sterroryzowała...



A wracając do tematu wpisu... Parę dni temu byłyśmy sobie w parku w cetrum Geteborga, takim mini ogrodzie botanicznym, ciągnącym się wzdłuż kanału. Pięknie tam... aż karnet wykupiłam, żeby tam częściej zaglądać.


A po tym kanale wzdłuż parku, oprócz barek z turystami pływają też... co? Kaczki... I krążą mewy, bo to tuż przy zatoce... I wyszła taka jedna kaczka z jednym malutkim, słodkim kaczęciem i ruszyła w kierunku okruszka, a w tym momencie nadleciała mewa i – na moich oczach – porwała to maleństwo... ostatnie dziecię tej kaczki. Makabra! Dla mnie widok wstrząsający - co sobie przypomnę to prawie łzy mi się cisną... A jeszcze ta biedna kaczka-matka chodziła wokół, głośno kwakała i niby szukała tego maleństwa chociaż wiedziała, że już go nie znajdzie...

Okrutnie jest w tej przyrodzie żeby nie powiedzieć bestalsko... i ja się na to nie godzę! Tylko nie wiem co z tym zrobić...

Monday, May 30, 2011

Leci ze mną Hania czyli podróż za niejeden uśmiech.


i
Niemożliwa słodziaska z tej Hani (nie ma to jak się pozachwycać nad swoim dzieckiem, obiektywnie oceniając jego urok), zmiękczyła serca nawet niemieckiej ekipy przy przejściu przez security na Teglu. No bo czy ktoś widział uśmiechającą się i żartującą ochronę na niemieckim lotnisku? Prędzej człowiek spodziewał by sie „hendeho” czy dodatkowej kontroli...

To było już prawie 2 tygodnie temu...Wracałyśmy z ponad 3-tygodniowych wakacji w Polsce... Błogi to był czas:)

Droga do Berlina minęła szybko i sprawnie, może tylko warto wspomnieć, że musiałam zmieniać papmersa z-nie-powiem-czym (bo jeszcze stracę co wrażliwszych czytelników tego bloga) w aucie na tylnym siedzeniu;)

Wczekowałam większe bagaże, zostawiłam tylko wózek, nosidło, bagaż podręczny no i Hanię. W sumie trochę tego było... Przy taśmie pan zażyczył sobie, żeby złożyć wózek, co by mógł zostać prześwietlony wraz z innymi bagażami. No to wyciągnęłam Hanię z wózka i zastanawiam się jak się zorganizować... bez jakiegoś szczególnego pomysłu. Na szczęście niemal natychmiast koleś przede mną, zwany przypadkowym pasażerem, pyta czy mi aby nie pomóc. Więc Hania ląduje u niego na rękach (całkiem zadowolona) a ja zaczynam nierówną walkę z wózkiem – wszak nie do końca miałam opanowane składanie tej spacerówki. Szarpię się z nią i szarpię bezskutecznie, aż owy przypadkowy pasażer zaczął się angażować i próbować wspomóc mnie i w tym. W końcu wzięłam od niego Hanię i przekazałam Pani kontrolerce. Próbujemy coś zdziałać we dwójkę. Hania zaczyna płakać u Pani, trochę luzuje dopiero jak jej kolega z ekipy zaczął ją zabawiać. W międzyczazie inny koleś z security dołączył się do majstrowania przy wózku. Ja się odłączam i zabieram Hanię, bo jednak płacze. Tak już ma, że woli facetów... i mamę:) Przypadkowy pasażer musi już lecieć ale tymczasem już dwóch gości z ochrony walczy z wózkiem... Niby wszyscy się uśmiechają ale mi sie robi gorąco... Zastanawiam się czy mam wyciągnąć instrukcję od wózka, którą mam w torbie. Ale w sumie nie jestem pewna czy rzeczywiście wrzuciłam ją do tej torby... Sięgnę po nią w ostateczności – myślę sobie. Aż w końcu coś zabłysło - to jednemu z nich zaświtała jakaś idea i pobiegł gdzieś z wózkem i chwilę później wrócił z nim już z drugiej strony. Ufff... jak fanie ulżyło:) W międzyczasie zbierałam manele z taśmy a Hania zapakowana w nosidełko uroczo się uśmiechała do umizgów ochroniarzy. Się pytam co dalej z wózkiem, że jak się go zapakuje do samolotu, a on: aaaa to już pan kapitan bedzie musial sie z tym pomęczyć... Hmmm myślę sobie, może ktoś mu pomoże;)

Potem trochę beztrosko zwiedzałyśmy terminal airberlina, Hania ożywiona i zauroczona, szczególnie duty free... też lubię tę strefę;) Na terminalu dzikie tłumy. Nie było gdzie przycupnąć a zbliżał się czas karmienia a przynajmniej planowałam ją prewencyjnie nakarmić żeby uniknąć tego zabiegu na pokładzie... Gdzieniegdzie widziałam pojedyńcze miejsca ale jak tu się wcisnąć pomiędzy dwóch pasażerów, wyciągnąć pierś i karmić dziecko pośród tego tłumu naocznych świadków. Gdyby Hania była bardzo maleńka albo rozpaczliwie głodna to oczywiście bym się nie zastanawiała... Włóczę się w kółko ku uciesze Hani aż w końcu natknęłam się na panią z obsługi i pytam o jakiś zakątek dla matek... Nie mają niestety – odpowiada współczująco i rozgląda się wokół, rozkładając ręcę...Podpowiada mi tylko gdzie jest toaleta z przewijakiem. Przewijak później, najpierw chcę ją nakramić a poza tym, chcę gdzieś usiąść i poszukać instrukcji do tego cholernego wózka.Chodżę dalej i jeszcze raz wpadam na tę samą babkę. Wtedy i jej zaświtała idea i skierowała mnie do takiego zaułka oddzielonego od całej hali, w którym jak się okazało znajdowały sie 2 gate’y, w tym jeden na wylot do Geteborga. Nikogo nie ma, zasiadamy w zaciszu, przystępuję do operacji ‘karmienie’ a Hania po przyjęciu pozycji wertykalnej zamiast jedzeniem zainteresowała się... na maxa lampami. W tym momencie przyszedł gość przygotowujący i otwierający jeden z gate’ów i zrobiło się mniej intymnie – ale pan udawał, że nas tam nie ma a ja udawałam, że też mnie nie obchodzi, że tu jest. Hania totalnie zdekoncentrowana skusiła się może na parę łyków... A zaraz zaułek zapełnia się pasażerami do tego gate’u... Nic to, rezygnuję z karmienia, Hania zajęła się chrupaniem chrupek i dalszym obserwowaniem lamp i ludzi a ja – wózkiem. Znalazłam instrukcję, przeglądam i zauważam tylko jak się rozkłada wózek nic o tym jak się wyciąga tę budę (nie wiem jak potem Czarek znalazł jednak tę informację tam). Próbuję coś zrobić na oślep. Ostatnie minuty, bo w międzyczasie otworzyli i gate do Gbga. Wołam babkę obsługującą nasz wylot i - żeby nie wyjść na jakąś sierotę, co nie wie jak się składa wózek swojego dziecka – mówię, że coś się zacięło i nie mogę go zdemontować. Ta się upewnia, że sobie nie poradzę, z kimś tam się próbowała naradzić ale w końcu machnęła ręką i mówi, że luz, jakoś go chyba zapakują. Jako ostatnie zmierzamy do samolotu, przed trapem zostawiam wózek i zatroskana mówię gościowi od bagażu, że nie da rady go złożyć... już się zastanawiam czy zacznie go masakrować, żeby zminimalizować jego gabaryty a gość z uśmiechem mówi, że spoooko, no problem i w ogóle – bierze go jakby to była najdrobniejsza rzecz na świecie... No i po cholere się przejmowałam sprawą...

Na pokładzie zaopiekowała się nami jedna ze stewardess, która asystowała nam w potzrebie, tym bardziej że siedziałyśmy pod ręką, w drugim rzędzie. Na prawdę była przemiła ale nie do końca przemawiało to do Hani. Pan siedzący przy oknie, zachował neutralność, ani się nie zmartwił ani nie ucieszył jak się dosiadłyśmy. Nawet jak Hania marudziła nie okazał poirytowania. Co za szlachetność... wiadomo jak to jest w podróży, gdy obce dziecko marudzi, ryczy itp... co najmniej nie lekko... Mało tego, na siedzeniu pomiędzy nami wylądował cały nasz barłóg, niokiełznany stos bardzo potrzebnych, podręcznych rzeczy, np: kocyk, moja torebka, chrupki, kubeczek z wodą, książka, pełno zabawek, sweterek, czapka itp, itd... i co rusz coś nam spadało – przypadkowo się obsunęło lub Hania wykonała jakiś gest, ruch powodujący ten upadek (mniej lub bardziej celowo). A nasz sąsiad – co za bohater -za każdym razem uprzejmie się schylał i nam podnosił.

A Hania jakby miała adhd, wzrok jej śmigał we wszystkich kierunkach, w ogóle nie chciała siedzieć – nawet po otrzymaniu instrukcji jak się przypiąć pasami (chociaż pani nazwałą je „dekoracją”) i grzecznie siedzieć przed startem. Usztywniła nogi i postanowiła stać, fikać i się rozglądać. Coś tam pogadała, odśpiewała, zamarudziła i złowiła wzrok dwóch starszych babek rozpływających się nad jej urokiem.  

W międzyczasie okazało się, że czekamy na spóźnionych pasażerów z innego połączenia:( Z planowanych 10 minut zrobiło się kilkadziesiąt i stwierdziłam, że dobrze by było przewinąć Hanię. Mają takie miejsce w samolocie, nawet na krótkich trasach! Wracam i się usadawiam, ciężko było, bo barłóg częściowo wypełzł na moje siedzenie, Hani pas w ogóle gdzieś odpadł, trochę się miotam. Stewardessa zajęta przygotowywaniem do startu a tu - ku mojemu zdziwieniu - pan sąsiad przemawia i oferuje pomoc! Wziął Hanię na chwile (Hania zadowolona, chyba stęskonionej za tatą odpowiadało każde męskie towarzystwo) i mogłam się zorganizować. Obsuw był chyba z 40-50-minutowy... Może to i dobrze Hania się wyskakała w końcu zmiękły jej nogi w kolanach i przed startem grzecznie już siedziała mi na kolanach przysypiając.

Żal było ją budzić po wylądowaniu, nie udało się uniknąć płaczu ale trzeba było ją ubrać, zapakować do nosidła i spakować barłóg. Sąsiada wypuścilam wcześniej, bo miał lekko przerażoną minę, że nigdy nie wysiądzie z tego samolotu. Zaspana, trochę zapłakana Hania wzruszyła jeszcze dwóch szwedzkich pasażerów, którzy chcieli jakoś dopomóc... Ale dałyśmy radę. Poczekałyśmy jeszcze na bagaże (wózek też miał być na bagażach), ściągnęłam walizy i do samego końca zastanawiałam się jak oni puszczą wózek w całości na tej taśmie. Wydawało sie to niemożliwe ale czekałam wytrwale, może wjedzie w częściach...Taśma stanęła wózka nie było... Dopiero wtedy dowiedziałam się, że wózek, gotowy do jazdy, stoi pare metrów dalej, za rogiem, w miejscu, gdzie zostawiane są bagaże o niestandardowych rozmiarach... No taaak, taka oczywista oczywistość... Ale to już było blisko północy, podróż już parogodzinna więc umysl nie taki lotny;)

No i tak to było podczas pierwszego wspólnego lotu... czyli wbrew pozorom bardzo przyjemnie! Musimy częściej:) Hania złowiła dziesiątki uśmiechów a mnie miło było na nie popatrzeć... no i te wszystkie uprzejmości – dziecko na rękach wyzwala chyba jakieś dodatkowe pokłady endorfin u ludzi...

Saturday, May 21, 2011

Hania strongmenka

To było przedwczoraj znaczy w piątek... kiepsko spała Hanulka, ciężko jej się oddychało... Obudziła się z katarem. Może załapała jakieś bakterie po wyprawie do miasta, może ją przewiało, a może za długo się kąpała... któż by to wiedział... Z nosa leciało ciurkiem ale w sumie nie było tak źle... cały poranek się bawiła, może tylko trochę więcej niż zwykle marudziła. W południe grzecznie zasnęła, ucięła sobie prawie 2-godzinną drzemkę a po obudzeniu... oj dość kiepsko wyglądała. Musiałam nosić ją wklejoną we mnie, nawet nie skosztowała słoikowych „przysmaków”, generalnie niewiele ją bawiło. Łatwo nie było. Zastanawiałam się czy aby nie ma gorączki, bo na oko tak mi to wyglądało po przyłożeniu ręki do czoła. A trochę czasu upłynęło nim przypomniało mi się, że gorączkę można przecież zmierzyć...
No to mierzę, wychodzi 38,1 st. Mierzę jescze raz – 38,2 st. Dramatu nie ma ale za dobrze też nie jest. Wklejam ją jeszcze bardziej w siebie i doopatulam. Na szczęście pije dużo wody i nie gardzi moim mlekiem... Osłabiona jest więc kładę ją spać. Mierzę spokojnie temperaturę jak śpi a tu pyka wyżej i wyżej... wychodzi 38,5 stopni:( Ooooupsss...to już poważna sprawa. A demony wyobraźni nie śpią i stąd wydaje mi się blisko do 39, 40 stopni... Zastanawiam sie co sie robi w takich przypadkach w Szwecji, wiem, że za szybko nie leci się do lekarza. Kasia mówi, że na noc podać ewentualnie alvedon, Magda – że zadzwonić na konsultacje.Tymczasem, no cóż... pozostaje mi czekać na rozwój sytuacji. Bez paniki, bo ważne jest że ma apetyt na mleko.

Epilog. Po godzinie Hania się budzi. Uśmiecha się. Bawi... Przemycam termometr a tu niespodzianka... tylko 37,5 st. Wieczorem nie było śladu po gorączce:) Po prostu... Tak to Hania błyskawicznie rozprawiła się z jakimiś bakteriami. Dzielny Haniołek (taką ma ksywkę ostatnio). Happy end:)

Monday, May 09, 2011

Małe szczęścia Hani, czyli co Hania lubi, cz 2.

I
Właściwie od samego początku Hania szaleje za nosidełkiem. Na sam jego widok wpada w dziką radość. Zaraz po zamontowaniu szybko przebiera nogami jakby to conajmniej ona się nosiła a nie była noszona. 
Przy okazji sporo można zdziałać „bawiąc się w kangury” – zrobić sałatkę albo zielony koktail, odkurzyć itp. A dziecko obserwuje i się uczy:)
Ale teraz na wakacjach w Łośnie korzystamy ze sprzyjających okoliczności przyrody i pogody i prawie codziennie robimy sobie niemal godzinne wypady do lasu. Jest bosko zielono, kwitną konwalie, ptaszki głośno ćwierkają, kicają zające, hasają zwierzaki - chyba sarny przeważnie. Się dzieje. Raz nawet rozglądałam sie w poszukiwaniu grubego drzewa w pobliżu jak w gęstym młodniku coś się gwałtownie zerwało i myślałam, że to dziki... (zamierzałam sie za nie schować, nie wspinać (bo mam lęk wysokości;)). Regularnie przemierzamy teren o raczej limitowanym a może i wzbronionym dostępie – bo to od zawsze mój ulubiony kawałek lasu – a jakiś czas temu upodobał go sobie też czarny bocian... Przez to już chyba parę lat las jest chroniony i chyba łazimy tam trochę nieleganie. Tymczasem czarny bocian jakiś nieśmiały i nie chce sie pokazać.
No i sielanka byłaby stuprocentowa, gdyby nie te cholerne insekty... i po szybkiej rekalkulacji wychodzi mi wskaźnik sielankowatości na poziomie 95%:)

Chyba mamy duże szczęście, że Hanulka lubi jeść. O poranku bułę z masłem. W międzyczasie, w ciągu dnia znikają szybko wciągane chrupki kukurydziane. Małe, troche twarde, jabłkowe wafelki ryżowe cieszą się już mniejszym powodzeniem ale zawsze to coś do pociamkania... Na lunch dostaje tzw „obiadki” ze słoika, i jakby tak zacytować etykiety z tych słoików to całkiem smakowite potrawy jej serwujemy. Jeszcze tylko nie odważyłam się podać królika z ryżem... ale może jutro... Z moich obserawcji wynika, że najbardziej zasmakowała Hani lazania. W ogóle włoska kuchnia króluje wśród słoiczkowych dań, są różne pasty i spaghetti... pizza tylko jakoś nie została przerobiona i zakręcona w słoiku...albo mi umknęła;) 
Na deser mamy owoce – najczęściej jakiś mix ze słoika ale największą frajdę Hania ma z własnoręcznego przetwarzania na miazge kiwi, banana czy mango. Cóż to są za sceny... dziś od stóp do głów Hanulka nadawała sie do opłukania. Również miejsce konsumpcji w promieniu 1 metra. A nowy, genialny gadżet  - talerz z przyssawką -  na razie genialnie się nie sprawdził... znaczy Hania była silniejsza od przyssawki...

Wśród hobby Hani króluje uwielbienie do elektroniki. Obiekty największego pożądania to: komputer, myszka, telefon, wszelkie okablowanie, piloty... Dzika radość na ich widok jest intensywna acz raczej krótka, bo sam widok oczywiście nie wystarczy... a chęć i dążenie do bezpośredniego kontaktu z tymi przemiotami są dość trudne do okiełznania...
Z komputerem bardzo dobrze sobie radzi nasza Hanulka, znaczy klawiaturę obsługuje błyskawicznie, pewnie po tacie... Nim się zorientowałam w moim laptopie brakowało już dwóch klawiszy, raczej dość potrzebnych „entera” i prawego „shifta”. Literka „d” też jest podważona, trzeba mocno wciskać, żeby zadziałała... I w takich warunkach technicznych przyszło mi tu pisać... jest jeszczcze pare rzeczy, które lubi Hania ale chyba jutro pokontynuuję...