Saturday, January 26, 2013

Helsinki? Nie lubię...


Czy można spóźnić sie na samolot będąc na lotnisku 4 godziny przed odlotem?
Oczywiście...  Sama to sobie udowodniłam. Okazuje się, że to nie takie trudne: wystarczy mieć połączenie przez Helsinki i nie przesunąć czasu do przodu o  godzinkę...  Oczywiście trzeba też siedzieć w jednym kącie przez te 4 godziny (i intensywnie pracować), bo przecież na lotnisku  gdzie się nie spojrzy są zagarki z lokalnym czasem.

Ze spokojem, z lekko ponad godzinnym zapasem – w moim wyobrażeniu - wynurzam sie z „kąta”, który w rzeczywistości był całkiem miłą, spokojną restauracją. I nagle kątem oka zderzam się z brutalną  rzeczywistością czasową. Chcę wierzyć, że to niemożliwe, nie mieści mi sie w głowie opcja spóźnienia na lot do... New Dehli. Ale przecież wiem że to prawda, bo wspominano mi, że w Finlandii jest inny czas tylko mi to "umknęło" na moje nieszczęście.
Wyrwałam z miejsca jak oparzona (tą informacją). Myśle, że pobiłam rekord w sprincie na - sama nie wiem ile - metrów, niemal wyplułam płuca, biegłam aż poczułam posmak żelaza (krwi) z wysiłku... Nie wiem co mnie niosło - nadzieja na cud czy bardziej fakt, że to przecież niemożliwe żebym spóźniła sie na ten samolot... żeby odleciał beze mnie... Dobiegam do celu do gate’u  - a tam nikogo. Pustka. Dochodzę do okna i patrze że, "mój" samolot stoi...  Przyklejam nos, pukam w szybę, hmmm, na co liczyłam? Serce mi się ścisnęło i wciąż wydawało mi się, ze to się nie dzieje na prawdę... Ale przecież stoi (nie tracę nadziei), szukam kogoś w jakimś lotniskowym uniformie, kto mógłby mi pomóc... O! przechodzi jakaś babka... zaczepiam ją, powiedziała dokąd iść. Dobiegam do Finnair service center i ciężko dysząc, i ledwie zipiąc, mówię, że właśnie się spóźniam na samolot do Dehli. Czy jest szansa sie jeszcze załapać?  Pytam z kompletnie nieusadnioną nadzieją, bo właśnie samolot powinien odlatywać. Ale cóż nadzieja przeciez umiera ostatnia. NIE! Brzmi odpowiedź. BANG!!! Tutaj nadzieja nie umarła naturalnie, została brutalnie zabita. To chyba jednak dzieje się naprawdę - zaczyna powoli do mnie docierać. Kazali mi usiąść, złapać oddech, „wyluzować” i poczekać, aż sprawdzą czy mogą przebukować bilet... Muszę przyznać, że byli naprawde mili i współczujący - a tego trzeba mi było - najlepiej żeby mnie ktoś przytulił:).  Trochę to potrwało ale ostatecznie w tym całym nieszczęściu miałam szczęscie: były miejsca na następny dzień i za 100 EUR udało się przebukowac bilet.

Otrząsam się, tłumaczę sobie, że ludzie większe dramaty mają (np w Syrii) i że jestem zdrowa i moje dziecko jest zdrowe itp itd. i że wkurzanie się i rozpaczanie nic nie zmieni więc ostatecznie pogodziam się z tą sytuacją. Chciało mi się płakać ale tylko trochę, przez chwilę, jak mi emocje opadły.
Pocieszyłam się też informacją, że nie jestem pierwszym i z pewnością nie ostatnim przypadkiem pasażera nie dostosowanego do lokalnego czasu, ponoć dość często zdarza sie to tutaj, szcególnie podróżnym lecącym ze Szwecji czy Niemiec.

Potem przykro mi się jeszcze zrobiło, gdy okazało się że nawet mój bagaż wyrzucili z samolotu... myślałam, że chociaż on już leci... Powiedziano gdzie go odebrać, leżał taki sam, porzucony...Ten fakt doceniłam później w hotelu, że mam dostęp do wszystkich swoich rzeczy.

W końcu pozostało poinformować mojego klienta, który przygotował program dnia (włączając jogę z oryginalnym hinduskim joginem), że jutrzejszy dzień szlag trafił. I poszukać jakiegoś lokum.

Cóż za urocza perspektywa... zamiast w New Dehli czekał mnie 1 cały dzień w Helsinkach, bo przebukowany lot miałam następnego dnia o 20-stej. Ale czy w wiosennej kurteczce, w środku zimy w Finlandii, mogę rozkoszować się urokiem Helsinek? Czekały mnie tylko godziny spędzone w hotelu i na lotnisku.
   
Tak więc mam dziś coś jakby deja vu... Po wyczekowaniu z hotelu znów siedzę na lotnisku w Helsinkach, czekając na lot do New Dehli. Z jedną tylko różnicą: jestem już w innej tj. lokalnej strefie czasowejJ

Pomyślałam, że to było moje najgorsze doświadczenie w historii moich lotniczych podróży ale przypomniało mi się, że jakieś 3 lata temu było gorzej... spóźniłam się na lot z Berlina do Gbga... I wtedy szlag trafił bilet a przede wszystkim czas (+koszt): niemal 6-ciu godzin dojazdu z Łośna do Berlina i z powrotem, i co najgorsze po tej podróży byłam znów w pukcie wyjścia. Moja rozpacz wtedy przybrała rozmiary dramatu stulecia;).

Sunday, January 20, 2013

Słów kilka o słówkach



Tak już jest, że po dłuższej przerwie nie wiadomo od czego by tu zacząć... szczególnie jeśli nie wydarzyło sie nic spektakularnego.
Z trwogą jedak zauważam, że pamięć moja bardzo zawodna jest, czy raczej dziurawa kompletnie.  Cóż ja opowiem Hani za parę czy paręnaście lat, skoro już teraz ledwo pamiętam poprzedni dzień?;) 
Doszłam więc do wniosku a zarazem silnego postanowienia, że naprawdę warto mieć coś zanotowane, choć parę słów ale regularnie... Taki oto mam plan, od dziś!

Od ostatniego posta o Hani minął niemal rok... Wkrótce skończy 2 lata i 4 m-ce. Mówi całkiem nieźle i ma kilka słówek, które brzmią dość zabawnie... przynajmniej dla nas.
Moja pamięć szwankuje więc wspomnę kilka tych, które w tym momencie pamietam...  

Otóż, jeszcze latem Hania zajadała kukudziakę ale ten etap już dawno minął i teraz je po prostu kukurydzę, choć my tęsknimy za kukudziaką:) 
Od czasu do czasu zajada apelsinka. A apelsinek to po szwedzku pomarańcza,w polski sposób zdrobnioniona od apelsin i brzmi całkiem zabawnie. 
Lubi też Hania rybę najlepiej doprawioną kepuczem
Głównie pije wodę ale od czasu do czasu jebatkę, rumiankową albo malinową. Herbatka jest szczególnie wtedy fajna, gdy można załadować do niej dużą ilość miodu i niekoniecznie ją wypić.
Ostanio najbardziej mnie bawi kościopuk... jak na razie wizerunek kościotrupa i czaszki Hanię 'rajcuje' (i tylko żeby ktoś nie pomyślał, że puszczamy jej horrory albo pimy denaturatem!). 
Kiedyś każda postać, ludzik, stworek-potworek zwany był tuptą.
A hamoodziki to jej ulubione zabawki. Karetki, wozy policyjne,strażackie a szczególnie koparki, dawniej zwane kop-kopu. Wszystko co dotyczy hamochodzików jest cool: książki, bajki i zabawy w karambole na drogach, warsztaty, wymiany opon na zimówki itp, itd. Tematy raczej mi odegłe ale już nieobce...
 Niuńka Hania wciąż używa, nie za często ale zawsze do spania (tylko i wyłącznie z namalowanym psem, a kiedyś kaczką). Taką nazwę sobie wymyśliła dawno, dawno temu i tak pozostało. Tu w Göteborgu oporne dzieci odzwyczaja się od smoczków poprzez wspólną wyprawę do Lisebergu, gdzie uroczyście oddaje sie smoczki mieszkającym tam królikom. W tym tygodniu zapowiedzieliśmy Hani, że jak zrobi się ciepło pójdziemy oddać wszystkie niuńki królikom. Na drugi dzień o poranku przypominam jej o tym i taki oto mini-dialog się wywiązał, bo Hania najwyraźniej chciała wywalczyć zachowanie chociaż jednego:

Hania: zaciumkanego nie... zaciumkanego nie... (taki smoczek po nocy określamy jako brudny i zaciumkany). 
Ja: zaciumkanego też, wszyskie zaniesiemy... 
Hania: ale on jest brudny! 
Ja: to nic, króliczek sobie umyje 
Hania: ale... on nie ma rączek... 
Ja: hmmm no taaak, to zaniesie w buzi do jeziora i umyje 
Hania: tam nie można... tam są kaczki i meduzy...

I tu mi po prostu zabrakło argumentów... chociaż z tymi meduzami w jeziorze to przesadziła;) Mała z niej spryciulka. Pomyślalam, że całkiem niezłe negocjacje jak na 2-latke z hakiem:)



Saturday, November 17, 2012

Królestwo Bahrajnu. Słyszeliście o nim?


Położone na wyspach u wybrzeży Arabii Saudyjskiej, raptem pół godziny lotu z Dubaju. Finansowe zaplecze dla banków i instytucji finansowych, szczególnie tych zwiazaych z przemysłem naftowym.Otwiera sie również na turystykę chociaż szcególnych atrakcji tutaj nie za wiele... Gdzie okiem sięgnąć tam pustynia... Niby wybrzeże wokół ale kąpielisk i turystycznych plaż jak na lekarstwo.

Arabia Saudyjska to ’Wielki Brat’ malutkiego Bahrajnu. 75% ich narodowego przychodu pochodzi z exploatacji złóż położonych na granicy obu krajów. Sęk w tym, że wydobycie kontrolowane i przeprowadzane jest przez SaudiArabów, którzy wypłacaja Bahrajnowi ich dolę. Co oczywiście znaczy, że Wielki Brat zawsze sie może zdenerować i przeykręcić kurek - ale o tym później.

Najbardziej zaskakującą dla mnie wiadomością dotyczącą tego kraju jest fakt, że Bahrajn ‘wykrada’ ląd morzu... Przejeżdżamy przez most łączący 2 wyspy i widzę na własne oczy usypane wały u wybrzeża, otaczające ogromny plac - jeszcze lekko mokry ale już prawie gotowy pod zabudowę . Podobno 15% głownej wyspy Bahrajnu to ziemia wydarta morzu... Nie chce mi się wierzyć ale tak twierdzi Hassan*. Jest tu bardzo płytko co ułatwia robotę. Niestety ten proceder nie jest obojętny dla środowiska:(

Jest poniedziałek 5-tego listopada. Co ja tutaj robię? Odwiedzam klienta – powinnam dodać, że mojego największego klienta... Mkniemy błyszczacym lexusem jeepem Hassana do jego drukarni. Dzień wcześniej zwiedziliśmy jego drukarnię w Dubaju. Ta w Bahrajnie specjalizuje sie w commercial & security printing, w Dubaju drukuje książki, głównie edukacyjne na rynek angielski i w dużej mierze z naszego papieru. Wróciliśmy do biura-centrali w centrum Manamy, tam w końcu spotkałam jakieś pracujące kobiety -  importowane i bardziej odziane - lokalne. Hassan jest szalenie miłym i skromnycm człowiekiem, choć niemożliwie bogatym. Pracuje od rana do wieczora (z dwugodzinna przerwą na lunch w domu), bo lubi. Trójka dzieci już na studiach, w Stanach... Rozmawiamy nie tylko o naszej współpracy ale Hassan doradza nam o innych możliwościach/klientach w regionie. Niestety w dobie kryzysu i ekspansji Chińczyków i Koreańczyków - limitowanych. Ale oczywiście nie będę o tym tutaj przynudzać. Chyba, że ktoś jest zainteresowany sprzedażą papieru graficznego na Bliskim Wschodzie...

W Bahrajnie jest niespokojnie. W tamtym roku podczas manifestacji zabito 80 osób, aresztowano wielu opozycjonistów, m.in. sąsiada Hassana. Torturowano go przez 6 tygodni, potem skazano na 5 lat więzienia. Był jednym z liderów opzycji. W drodze na kolację przejeżdżamy obok placu na którym odbyła sie ta manifestacja. Nie do wiary! Ten plac otoczony jest opancerzonymi wozami policyjnymi czy wojskowymi (w sumie to nie wiem czy opancerzonym ale tak nieźle brzmi, a i rzeczywiściwe wyglądały bardzo solidnie) i cały czas obowiązuje tam zakaz wstępu. A minął już ponad rok o ile nie półtora od tego wydarzenia...Widok smutny, niesamowity, szokujący...
Bahrajn - rozruchy. AFP.

W ciągu dnia dzwonię do domu, żeby zameldować że wszystko w porządku itp. A tata mówi, że w TVN24 informowali o bombie w Bahrajnie i 2 zabitych... Co? Bomba? Niemożliwe... Nic nie słyszałam, nic nie widziałam. Zagooglałam dopiero po powrocie i znalazłam ten artykuł: http://konflikty.wp.pl/kat,1020345,title,Bahrajn-dwoch-zabitych-w-serii-wybuchow-w-stolicy , uwiarygodniony tym zdjęciem, które zapożyczyłam z tej stronki.

W kraju wrze pod powierzchnią, wg Hassana coś się wkrótce musi wydarzyć. Król nie odpuszcza, trzyma się kurczowo swoich ’ideałów’, nie chce pozwolić na jakąś demokrację, bo narazi się jeszcze na gniew Wielkiego Brata, który to jest jednym z bardziej skrajnych przypadków arabskiego/islamskiego konserwatyzmu.
W Bahrajnie 50% ludności to lokalesi, reszta to importowana siła robocza z Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Filipin. Imigranci są raczaj neutralni - chyba, że wcieleni do wojska/policji...
Hassan liczy na interwnecję Zachodu jak dojdzie po raz kolejny do krwawych rozruchów czy dotkliwego łamania praw człowieka. Czy to się wydarzy... hmmm ktoś bedzie chciał wkurzyc Saudyjczyków-  źródło ropy i milionów dla zachodnich firm? Ale nie traćmy nadziei..
To był główny temat rozmów podczas naszej kolacji w dość luksusowym przybytku - ogromnym kompleksie rekreacyjno – hotelowym, należącym do... premiera tego kraju. Wszyscy u szczytów władzy są tu niemożliwie bogaci, bo powszechnie wiadomo, że są skorumpowani tak, że bardziej się nie da.

Wieczorkiem przez chwilę miałam okazję poczuć sie jak za starych dawnych czasów.... Przed kolacją wyrwałam się sama na godzinkę, żeby zwiedzić souk/rynek (chociaż Hassan nalegał aby ich firmowy kierowca służył nam za przewodnika, gdybyśmy chciali coś zwiedzić... ale co to za frajda).
Od razu na wejściu zamarzyłam żeby mieć czapkę niewidkę. Sprzedawcy osaczali mnie jakbym była ich jedyną okazją/ofiarą na zrobienie deal-u stulecia a przynajmniej deal-u dnia. Ja tymczasem byłam zawiedziona asortymentem - większość towaru to tzw ‘chińszczyzna’. A ja bardzo chciałam kupić coś bahrajńskiego... Weszłam w końcu do sklepiku z folkorystycznie wyglądającymi wyrobami. Spodobał mi się wazonik. Pan mówi, że to... z Turcji. Oglądam uroczy dywanik - pan donosi, że on z Indii. A może kolorowe apaszki... nieee... też z Indii itp itd.. A coś z Bahrajnu? pytam. Yyyyy, po dłuższej chwili zastanowienia pokazuje małe, dekoracyjne fajki wodne. Nie zrobiły na mnie wrażenia, znaczy, straszna tandeta to była. Zdałam sobie sprawę, że w tym kraju prawie nic się nie produkuje... Ale nie zawsze tak było... wg opowieści Hassana, niegdyś, przez kilka stuleci Bahrajn słynął z połowu pereł (pearl diving), co było głównym źródłem utrzymania dla większości ludności do lat 30-tych poprzedniego wieku (niezbyt z resztą bezpiecznym). Potem odkryto złoża ropy... a azjaci zaczęli sztuczne hodowle pereł...

Hassan podpowiedział (też po chwili namysłu), że jako pamiątkę mogłabym sobie kupić drewnianą szkatułkę - miniaturkę skrzyń używanyvh przed laty jako szafy w domach. Rzeczywiście były na lotnisku ale po cholere mi taka szkatułka... wolałabym oryginalną wielką skrzynię...

A wracając do spaceru, gdzieś w bocznych drogach, mogłam dostrzeć ‘obrazki’ jakie pamiętam z podróży np. do Syrii - grupki starszych Arabów odzianych w dżalabije i chusty na głowie, spokojnie popijących herbatke przed domami. Jakby czas się dla nich zatrzymał... Ciekawe o czym rozmawiają... Gdy w Syrii przed niemal 10-cioma laty byliśmy zapraszani na taką herbatkę, wypytywano nas o Lecha Wałęsę i Papieża – na wieść, że jesteśmy z Polski. Ubolewali też, że wszyscy Arabowie w oczach świata to terroryści, bo byliśmy tam krótko po atakach 11 września na WTC. Ruch turystyczny w Syrii zmalał wtedy do niemal zera... więc dość mocno na tym ucierpieli.

A tymczasem minął 1 dzień w Bahrajnie. Nazajutrz czekała mnie pobudka o 5-tej. Po 8-smej lot do Kuwejtu. Kolejna krótka noc, trochę stresu a w dodatku w kraju do którego zmierzamy alkohol jest surowo wzrbroniony (w Bahrajnie raczyliśmy się butelką wina do kolacji)... Wytrzymam to tempo? Podróże służbowe też mogą być extremalne...

Wyjeżdżając trzymam kciuki za Bahrajn...           

* Imie zmienione

Thursday, September 13, 2012

Igłoterapia


Ostatnio zostałam fanką Grupona. Mój najbardziej oryginalny zakup to 5 sesji akupunktury...

Zabukowałam się, pani okazała się oryginalną Chinką z dość długim stażem w Szwecji.
Kiedy już sie skomunikowałyśmy, że ja bardzo marnie mówię po szwedzku a ona marnie po angielsku (jej szwedzki też nie jest 100% szwedzkim) nie pozostawało mi nic innego niż dać z siebie wszystko, żeby opisać swoją przypadłość po szwedzku. Zaliczyłam już tych 5 sesji ale wciąż nie jestem pewna czy pani Chinka tak do końca zrozumiała z czym mam problem...

Zastanawiałam się na co przeznaczyć tę akupunkture i postanowiłam spróbować wyleczyć swoje zatoki. Od lat prześladują mnie, prawie codziennie rano wstaje z zadżumionymi zatokami, dopiero jak już trochę poprzebywam w pionie jest lepiej.
Pani zmierzyła mi puls, w jednej ręce, potem drugiej, obejrzała język - ta procedura będzie się powtarzała przy każdej wizycie – i oceniła, że to z pewnością ma zwiazek z żołądkiem i że może mi pomóc. 


Zaległam więc na leżance, mniej więcej wiedzialam czego się spodziewać, bo parę lat temu przy jakiejś okazji, w ramach rozrywki czy z ciekawości zaserwowałam sobie raz akupunkturę twarzy (chyba przeciw zmarszczkom).
No więc Pani Chinka po kolei pakowała we mnie igły, czasem wręcz nieodczuwalnie, czasem trochę brutalniej - w sensie boleśniej, kilka w czoło, po jednej na czubek głowy, dłonie, na środek brzucha, łydki i przy kostkach. Przykryła mnie czymś w rodzju aluminiowej folii i sobie poszła. A ja zaczęłam oddychać. Zaczęłam oddychać i stwierdziłam, że nie mogę za głęboko oddychać, bo ta igła w brzuchu strasznie mnie kłuła. Dyskomfort to za mało żeby określić ten ból. Przez moment wpadłam w panikę, drzwi zamkniete, kobieta sobie gdzieś poszła a ja tu leże naszpikowana igłami... przecież coś się może stać a nikogo obok nie ma! Oczami wyobraźni już widziałam siebie pędzącą przez korytarz w poszukiwaniu ratunku, z tymi igłami oczywiście wbitymi w miejsca wczesniej opisane... Oby tylko sie nie potknac... chocby w wyobrazni;)
Potem zaczęłam stosować wprowadzanie w życie wiedzy teoretycznej, z jogi i paru filmów (np dokument o bezbolesnym porodzie) że tak naprawade ból nie „boli” brzucha tylko mózg otrzymał takie sygnały i panikuje. Więc zaczęłam ignorować ten brzuch i udawać, że nic mnie nie boli i trochę pomogło.

Za drugim razem natomiast miałam kompletny odlot, zasnęłam błogim snem i  byłam rozczarowana jak pani Chinka wrocila i oznajmila, że już koniec. Dodatkowo dogrzewała mi brzuch jakąś lampa, to chyba mnie wprowadzilo w letarg jak kota wygrzewajacego sie na parapecie.

Za trzecim razem po standardowej sesji miałam położyć się na brzuchu a Pani wbijała mi się dokładnie wzdłuż kręgosłupa, przy każdym kręgu z prawej i lewej strony. Po czym powiedziała, że mogę wstać. Ja na to, słucham?’ Ona, że wstać i nawet ubrać się... Myślę sobie naprawde marny ten mój szwedzki albo jej... jak to wstać? Z tymi iglami? W końcu sama pytam ‘mam wstać?’ Ona, że tak... Pomyślałam, ze może żeby wzmóc efekt mam się poruszać z tymi igłami, cos zrobic... no to wstaję, ostrożnie na ile potrafię, ruchami jeżozwierza. Po czym ona powtarza, że moge się ubrać!!! Oszalała kobieta! W końcu patrzy na mnie zdezorientowaną i wybucha salwą śmiechu. Okazało się, że nie miałam w plecach żadnej igły, bo ona tylka nakłuwała mnie, nie zostawaijąc igieł, po prostu ‘podziurkowała’ mi plecy...
Dzisiaj mialam piata sesje i znow niemal godzinny odlot...

Pewnie niektórzy zastanawiają sie czy jest jakiś efekt. Sama nie wiem, chyba troche tak ale nie tak do konca. Na pewno jest uboczny, dziwny – mialam strasznie suchy język. Jeszcze dam sobie i jej szanse i zalicze pare sesji... 


Ona ciagle mowila/pytala o bol glowy a ja tlumaczylam, ze ta glowa mnie nie boli tylko mam 'zadzumione' zatoki rano i czasem nos. Dlatego nie mam pewnosci czy tak do konca sie dogadalysmy....

Tuesday, September 11, 2012

Mmmm... zdrowe i słodkie



Tak się zastanawiałam od czego by tu zacząć po tak długiej przerwie... i samo z siebie wyszło, że będzie słodki temat. Kiedys już wrzuciłam tu przepis na ciacho bananowo-jabłkowe z płatkami owsianymi. Sama zrobiłam je z 10 razy (a moze mniej) aż nam sie znudziło i więcej nic już nic nie wypiekałam.
Ale niedawno w jakimś kolorowym piśmie natknęłam się (całkiem przez przypadek, normalnie nie studiuję za bardzo stron kolinarnych w gazetach:) na przepis na domowe ciacho musli. Wcześniej jakos nie wpadłam na to, że można samemu sobie przygotować taka zdrowa slodka przekaske....

Gazetę gdzieś zgubiłam ale zagooglałam i najbardziej przypasował mi przepis dostępny pod tym linkiem: Jak-zrobic-batony-zbozowe

Nasi weekendowi goście sprzed paru tygodni byli całkiem zachwyceni moim słodkim dziełem a conajmniej im smakowało, bo poproszono mnie o przepis, który to obiecałam tu wrzucić, co niniejszym czynię.

Dla zainteresowanych pare praktycznych uwag;  
* moje ilości były trochę na oko ale  polecam podwojoną porcję orzechów (różnych)
*dodałam m.in. suszone morele ale kiepsko mi się smakowo komponowały, lepiej sprawdzily się suszone śliwki.
*w przepisie sugerują, żeby wszystkie suche produkty razem podpiec jednak pewne rzeczy lepiej osobno podpiekać czy podsmażać, bo moga miec inną temperature podpiekania, okazało się, że szczególnie prażone orzeszki ziemne niekoniecznie potrzebują kolejnego podprażania...
Ja włączyłam całość (nie z własnej inicjatywy) na opcję grillowania w piekarniku i po bardzo krotkiej chwili cały wierzch zrobił się czarny, co doprowadziło mnie do porzucenia pracy do następnego dnia, ponieważ trafił mnie szlag. Zatem grillowania nie polecam.
Za drugim razem (bo tydzień pozniej zrobiłam je jeszcze raz) osobno podprażałam słonecznik, dynie, płatki (prażonych orzechów już nie)
*Największe wyzwanie to, oprócz uniknięcia przypalenia, wymieszanie wszystkich produktów sypkich ze spoiwem-karmelem. Chciałoby się dorobić i dolać tego karmelu żeby lepiej się mieszało, czego nie polecam, żeby nie przegiąć ze słodkością.

Ciacho czy raczej baton musli w rozmiarze XXXXL jest zdrowe na maxa ale też na maxa słodkie od tego cukru i miodu. Zastanawiałam sie z czego innego mniej słodkiego zrobić takie spoiwo i nic mi nie przyszło do głowy... Może ktoś ma jakiś pomysł?

Saturday, March 24, 2012

Radosna twórczość


I
Są tacy, których bolą uszy i nie mogą tego słuchać... natomiast Hania wprost uwielbia jak ja śpiewam. Ostatnio hitem są chyba wszystkim znane „Pieski małe dwa” (i „Psie smutki”).
Codziennie wieczorem przed snem przerabiam kilka razy cały text, do znudzenia... Ulubione zwrotki Hani to ta o biedronce (bo jak wiadomo do biedronek Hania ma słabość) i o pająku Zbychu. O Zbychu muszę zacytować, bo może nie wszyscy znają..

Pieski małe dwa poszły do obórki
Zobaczyły tam kiszone ogórki
A w ogórkach tych
Mieszkał sobie pająk Zbych (i tu rozlega się głośne "łaaaaa" Hani)
Sibą, sibą, sialalalala itd....

Ponieważ miałam już trochę dość wałkowania cały czas tego samego postanowiłam dopisać parę zwrotek... W każej jest jakieś kluczowe słowo, które wiem, że trafi do Hani i wywoła jakąś reakcję. A texty są oczywiście absurdalne (ale oryginał nie był lepszy;) ale się rymują;)


Pieski małe dwa poszły nad jezioro
Rozejrzały się dokładnie wokoło
Wskoczyły we krzaczki
Szczekały na kaczki.


Pieski małe dwa poszły do piwnicy
Zakopały się w ogromnej donicy
Kopią, kopią wciąż
Aż tam wylazł wieeelki wąż! (a tu sie rozlega "ssssssssss")


Pieski małe dwa wąchały krokusy
I cieszyły się jak małe dzikusy
Skakały do góry
Jak małe kangury. (hopa, hopa)
(Hania ma świra na pukcie krokusów, od kiedy zakwitły u nas na podwórku, z 10 razy dziennie trzeba ją podsadzać do okna, żeby mogła sobie popatrzeć i regularnie je odwiedza) 


Pieski małe dwa zapaliły trawkę
Odleciały tak, aż dostały czkawkę
Napiły się wody
I poszły na lody. (mniam, mniam)


Pieski małe dwa szorowały ząbki
Zamiast szczotek wzięły kąpielowe gąbki
Gdy ząbki umyły
Do łóżek wskoczyły.
(ta zwrotka ´- w przeciwienstwie do poprzedniej - ma miec charakter edukacyjny, bo Hania z myciem ząbków jest trochę na bakier... )

Pieski małe dwa marzyły o kocie
Który siedział tu, na pobliskim płocie
Kotek zrobił bam!!!
Pieski myślą mniam, mniam, mniam...
 
Pieski małe dwa biegły przez pustynie
Biegły, biegły aż znalazły jaskinie
Usiadły se w srodku
I śniły o kotku.... (kiti, kiti)


Pieski małe piły coś w jaskini
To co piły to nie było martini
Nagle słyszą: kwik, kwik, kwik
Bo tam mieszkał dziiiki dzik.


dopisane 09/04/;


Pieski małe dwa weszły raz do budki
Zobaczyły tam śmieszne krasnoludki
A krasnale skakały
Aż nóżki złamały.


Pieski małe dwa wyszły na podwórko
Zobaczyły tam kolorowe piórko
I ganiały koguty
Aż zgubiły buty...


Jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy to dopiszę... Jeżeli ktoś ma ochotę - zapraszam do podzielenia się swoją radosną twórczością...

Przy okazji w celach kronikalnych chciałam jeszcze tu odnotować, że od ponad tygodnia Hania z własnej woli i inicjatywy zasypia sama w swoim łóżeczku. Wcześniej były niekończące sie chwile ‘kotłowania się’ w łóżku, przutulania (i szczypania) a po zaśnięciu przenoszenie do łóżeczka ukradkiem.
Jak ulga stwierdziliśmy... Ale wczoraj poczułam, że brakuje mi tego wieczornego przytulania... chciałam ją trochę potulić po wejściu do sypialni ale Hania zdecydowanym „tam,tam” wskazując na łóżeczko ucięła temat... dzisiaj też...