Saturday, August 24, 2013

Co tak kapie?


I
A dzisiaj mam też coś ”archiwalnego”  ale tym razem coś zabawnego do obejrzenia: film Czarka pt. „Co tak kapie?”, zrobiony nad ‘naszym’ jeziorkiem ponad rok temu. Hania miala niecale dwa latka.





Friday, August 23, 2013

"Life is what happens to you while you are busy making other plans"

I
Kilka miesięcy temu byłam na kursie Dale Carnegie "Going out from comfortable zone"… 4 godziny zajęć raz w tygodniu przez 12 tygodni. Uff, nie było lekko ale kurs polecam absolutnie każdemu. Co tydzień trzeba było przygotowac 2-minutową prezentację na wybrany temat, głównie związany z własnym rozwojem (na szczęście prezentacje mogłam robić po ang).
Czasami zapisywalam sobie co chciałam opowiedzieć i właśnie przypadkowo znalazlam ten tekst, którym postanowilam sie podzielić:)
Teraz żałuję, że nie wszystkie prezentacje sobie zanotowalam... ale może jeszcze coś odkopię albo sobie przypomnę.
 
I’m at home in the afternoon. Just after work, playing with my doughter Hanna. She is 2,5 so at the age when baby is really funny and creative but also needs a lot of attention.

I’m kind of playing with her but in fact - instead of having fun together - at the same time I’m checking my mailbox, send text messages, try to clean the mess which is around and prepare something to eat. And I also think how I should run tomorrow’s phone meeting with customer.

So, quite a lot in my head and Hanna is pretty smart beast and feels that I’m not with her… therefore does everything possible to capture my full attention. First she was drawing on the wall and then started to pour water on all the floor - pretty proud from the result. No doubts all those forbidden ‘activities’ were done on purpose. She definitely succeeded in catching my attention.

I stopped all my thoughts for a while and started to observe her. I saw her with all the energy involved in one activity and the purpose of all her activity was to have FUN. She was not worried what was yesterday or even a while ago, what could be tomorrow. She was here and now. And wanted to have FUN!

I found it pretty inspiring, it’s really nothing new but we tend to forget to enjoy the moment we are right now… And I it’s not the first time I learn it, on all my joga sessions I hear that I should be “here hear & now”, focus, enjoy the moment. On Dale Carnegie we also talked how important is to do one thing at the time.
But we simply continuously have to remind ourselves about that…

And as a reminder I noted for myslef words of John Lennon song's which he wrote for his son : Life is what happens to you while you are busy making other plans (or things).

Let’s slow down, indeed do one thing at a time & enjoy the momentJ

Sunday, June 16, 2013

Kreatywne zabawy 2

I
A propos poprzedniego posta… Przedwczoraj Hania dopadła się do nowego opakowania wkładek higienicznych i obkleiła własnoręcznie tak jak widać na zdjęciu. Gdy nagle przyuważyłam ją na gorącym uczynku i wyraziłam swoją zdecydowaną dezaprobatę, Hania obwieściła (jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie), że musiała tak zrobić, bo jest strażakiem.  

Przyjrzałam się... no rzeczywiście, wyglądała prawie jak strażak. Jej uniform był na tyle 'profesjonalny' i zabawny, że wybaczyłam jej zmarnotrawienie moich kolejnych wkładek, szczególnie że jak się okazało, miała misję do spełnienia - natychmiast przystąpiła do ratowania kotów z pożaru:)
Jakość zdjęć trochę kiepska ale akcje ratownicze były zbyt szybkie, żeby móc złapać ostrość...


Sunday, June 09, 2013

Kreatywne zabawy

iI
Niektóre zabawy Hani są dość kreatywne żeby nie powiedzieć abstrakcyjne. Stwierdziłam, że muszę zacząć je kolekcjonować...

Wczoraj np. usiadła na półce z butami i twierdziła, że jest butem. Nie byłoby w tym problemu gdyby nie fakt, że długo i usilnie nalegala że mam ją, znaczy tego buta założyć... Ostatecznie dała sie przekonać, że mam za duże stopy:)
Dzisiaj natomiast usiadła na stole obok mojej szkalnki wody i obwieściła, że jest moim piciem... oczywiście nie było innego wyjścia, musiałam wypić wszystko po kolei: ręce, nogi, głowę, uszy itd.


Kiedyś bardzo lubiła bawić sie moimi wkładkami higienicznymi. Wyciągała z szafki i robila sobie z nich ścieżki, wyklejanki... na szafce, podłodze, zabawkach czy na sobie. Niegdyś przykleiła sobie jedną na czole, drugą na brodzie i mówila że jest kosmonautą.

Wczoraj na deser jadła truskawki. Wyciągnęła najpierw trzy, najwiekszą truskawką był Czarek, średnią byłam ja, a najmniejszą ona czyli Hania. Potem wyciągnąła jeszcze dwie - ciocię Renię i Wojtka. Chwilę sie zabawiła i potem wszyskich zjadła. Na moje ubolewanie nad naszym marnym losem wyjaśniła, że po prostu byla głodna...
Muszę przyznać, że nigdy nie brakuje jej argumentcji odpowiedniej do sytuacji.

Tydzień temu szłyśmy sobie chodnikiem patrzymy a tu leży jakiś lizak a na nim i wokół pełno małych mrówek.
Hania natychmaist zaczyna je deptac. Ja na to:  Hania, nie zabijaj mrówek! A Hania, moje słodkie, urocze maleństwo, stanowczym tonem: Muszę je zabijac, bo ja ich nie lubię!
I

Atrybut "dużaka"...

i
Hania skończyla już 2 lata i 8m-cy i - jak sama twierdzi od wielu, wielu tygodni - jest już Dużakiem, o czym przypomina nam kilka razy dziennie przy różnych okazjach.

Ten etap zaczął sie już w styczniu, gdy do jej grupy w przedszkolu dołączyła trójka maluchow (wcześniej przez ponad rok była najmłodsza w grupie 1-5lat). Hania ostentacyjnie ignorowała maluchy, nie chciała sie z nimi bawić, podobno podczas zabaw w podgrupach (w kółeczku) odmawiała trzymania je za ręce... Skumplowala sie za to z najstarszym towarzystwem, co ma niemały wpływ na jej rozwój a raczej rozwój jej słownictwa, o czym za chwilę.

Podstawowym atrybutem jej dorosłości do którego często nawiązuje i z którego jest bardzo dumna, są... majtki. Kilka tygodni temu niemal z dnia na dzień z własnej woli zrezygnowała z pampersów. Ostatnio na pytanie babci czy będzie bawić się z Lenką i Marlenką (ponad rok młodszymi kuzynkami) jak przyjedzie latem odpowiedziała: ale babcia, ja nie mogę, ja nie bawię sie z maluchami, ja mam majtki...

Żeby przypieczętować przynależność do starszakow tydzień temu pożegnała się ze swoją kolekcją niuńków (smoczków). Używała ich przy zasypianiu i przy okazji nocnych pobudek. Od zimy była przygotowywana na ten moment i z lekkim onieśmieleniem uroczyście oddała je królikom w Lisebergu. Dostała dyplom (nawiasem mówiąc świetna ceremonia w tym Lisebergu) i... bardzo dzielnie to znosi. W tajemnicy 'uratowalam' jednego na wypadek ewentualnych dramatycznych konsekwencji ale nie był potrzebny. Pierwszego wieczoru małe cierpienie i smutek malowały się jej na twarzy ale ni słowem nie wspomniala o niuniku... dopiero w nocy 'pękła' i mieliśmy 20-minutowy mały dramat. Teraz tęsknota za niuńkiem przejawia się tylko w kryzysowych momentach, przez chwilkę, właściwie bezboleśnie.

A poza tym, od dawna nawija Hania całkiem przyzwoitą polszczyzną, natomiast od niedawna przynosi do domu szwedzki.
Całkiem świadomie, z łobuzerskim uśmiechem rzuca do nas całe zdania po szwedzku. O tyle dobrze, że jak poproszę, to tłumaczy na polski to co powiedziała:)
Jednym z pierwszych zdań rzuconych do mnie ze dwa tygodnie temu bylo dość 'zaczepne' pytanie: 'Har do bajs i munen?' Myślałam, że padne... niewtajemniczonym przetłumacze: 'Czy masz kupe w buzi?' Myślę, że testowała moje rozumienie szwedzkiego i chyba zaliczyłam test, bo więcej już tego tekstu nie powtórzyła;)

i

Friday, April 12, 2013

Dawno temu w Indiach


Oj, znów minąl szmat czasu... A zanim zupełnie zapomnę chciałam napisać trochę o Indiach, które przez chwilę zobaczyłam i jakoś mnie nie zaskoczyły. Chyba za dużo filmów oglądałam i książek przeczytałam na ich temat. Byly barwne, nasycone intensywnymi kolorami, zapachami i oczywiście smakami. Na pewno pobudzają wszystkie zmysły - na raz.
Oczywiście nie za wiele mogą napisać po raptem 3 dniach w Indiach 2 m-ce temu (ludzie poznają je przez lata), podczas których nie ruszyłam się z Dehli. A w Dehli podobno nie za bardzo jest co oglądać, zwiedzać.

Po perypetiach w Helsinkach zlądowałam w New Dehli w niedzielę rano. Przec całą podróż nie zmrużyłam oka choć starałam sie jak mogłam, a im bardziej się starałam tym mniej mogłam... Sanjay, mój klient a raczej Indyjski partner odebrał mnie z lotniska i dołączył do wspólnego śniadania w hotelu (moi dwaj koledzy bawili na miejscu już od wczoraj). Pierwsze co zrobiłam to pochłonęłam kiść wingron, które uwielbiam, zanim sobie przypomniałam, że miałam nie jeść żadnych świeżych owoców i warzyw (nie obieranych) bo, wg ostrzegajacych mnie znawców Indii, bankowo szlag mnie trafi a na pewno mój żoładek. Ponieważ umknąl mi ten winogron przez resztę pobytu w Indiach nie czułam się juz zobowiązana jakoś szczególnie uwazać i szczęśliwie nic mnie nie dopadlo, nawet bez intensywnego odkażania sie ginem czy whisky..

Większość niedzieli zwiedzalismy Dehli, częściowo z samochodu, w ciekawszych miejscach wysiadaliśmy żeby się pokręcić. Troche pochopnie zgodziliśmy się zwiedzić pewną świątynie, zbudowaną 7 lat temu przez jakąś sektę (dyplomatycznie zwaną przez Sanjaya subreligią), obecnie najwiekszą atrakcję Dehli... Siedem tysięcy rzeźbiarzy i tysiące wolontariuszy pracowało na budowę tej świątyni przez całą dobę w ciągu pięciu lat. Jej rozmach, bogactwo sa nie-wy-o-bra-żal-ne, szokujące, a dla mnie przygnębiające. Kilka razy zadawałam pytanie dlaczego wydaje się tu miliardy na taką budowlę zamiast przeznaczyć je dla biednych dzieci, rodzin. Serio... w życiu czegoś takiego bogatego nie widziałam... Wystarczyłoby, gdyby zbudowano z jedną dwudziestą tego przybytku... W środku były inscenizacje poświęcone życiu guru sprzed wiekow, który całe swoje życie poświęcał innym i był niemożliwie skromnym czlekiem. Ta subreligia powstala aby kontynuowac jego nauki i dla niego buduje się tak pojechaną świątynie... kompletny absurd. Wkurzylam sie.
Podobno spora grupa ludzi w Indiach prowadzi z powodzeniem biznesy, zarabia ogromne pieniadze i żyje w totalnej skromności oddając wszystko co zarabiają na wybrana „subreligie” (cos jak u nas emeryci na radio maryja). Stąd tez sekty w Indiach są cholernie bogate.
Spędziliśmy tam chyba ze 3 godziny, bo wszędzie były kolejki, zaczynajac od kolejki do bramki kontrolnej i osobistej kontroli chyba bardziej restrykcyjnej niz na lotnisku w Izraelu. Oprócz ubrania na sobie i butów, praktycznie nic nie mozna bylow wnieść, był nawet problem z kluczykami do auta. Ponoć doszło tam do jakiegoś zamachu kiedyś (chyba ktoś jeszce się wkurzył).
Nieopatrznie załapalismy sie na przedstawienia w kilku odsłonach i miejscach z manekinami w roli głównej a potem na wycieczkę łódką przez ‘przekrój’, historie Indii. Zgodnie stwiedziliśmy, że to taki park rozrywki,  takie Liseberg New Dehli.

Zobaczyliśmy jeszcze jakiś fort i obowiązkowo Gate of India, ufundowaną przez Brytyjczyków dla indyjskich ofiar II wojny swiatowej. Lekko się słaniałam z niewyspania a tymczasem przed kolacją czekała mnie sesja jogi z oryginalnym indyjskim joginem. Sanjay załatwił swojego jogina, który codziennie rano prowadzi jogę w jego domu dla całej rodziny (nie ma co, zdyscyplinowana rodzinka... też bym tak chciala) . Poprosiłam o hardcorową sesję i nasz jogin nie zawiódł. Mój szef uległ mojemu kurtuazyjnemu zaproszeniu i postanowil nam towarzyszyć. Całkiem nie najgorzej sobie radzil jak na pierwszy raz, jogin na koniec zauważył że jest całkiem wysportowany ale ‘brak mu elastyczności’. Ta opinia jogina okazała sie całkiem mi użyteczna, od czasu do czasu do niej nawiązuje jak potrzebuję do czegos przekonać mojego szefa:)

Nasz klient robił wszytko aby nasz krótki pobyt byl niezapomniany i kolację celebrowaliśmy w podobno najlepszej restaurcji Dehli, Bukharze. Serwis był taki sobie, nikomu tam się nie spieszyło, ale jedzenie... brak słów, zeby opisać te smaki. Chyba wszystko już zostało napisane w ksiażkach, reportażach na temat jedzenia indyjskiego, w porównaniu z tym co serwuje się w europejskich restauracjach indyjskich, zgodnośc jest w max 5%. Moim hitem był biały serek a la mozzarella w sosie szpinakowym i szaszłyko-kebaby kurczakowe... Ja jakkolwiek bym nie smażyła kurczaka zawsze wychodzi suchy jak wiór... 

Po kolacji Sanjay zabrał nas w jakies podejrzane miejsce gdzie chlopaki skręcali Paan. Na stoliczku, na chodniku w ciemnej uliczce ale podobno najlepszy w miescie... chociaż skręcany brudnymi łapami a liczne składniki ustawione na stoliczku wyglądały conajmniej intrygująco. Wolfgang z Michalem dzień wcześniej spróbowali tego i stwierdzili, że to największe świnstwo jakie mieli w ustach i... nieskutecznie mnie zniechęcili. Przyznam, że czaiłam się dłuższą chwile ale ostatecznie wzielam swoje zawiniatko, zapakowalam do ust, upychając gdzieś pod dziąsło od strony polika (w podobny sposób w Ameryce Południowej pakuje i ssie się liście koki).  Dostałam natychmiast obfitego ślinotoku, smak byl mega-intensywny, mocno anyzowy ale nie taki zly. Dałam rade i czułam sie bardzo Ok po tym... Wyjaśnię jeszcze, ze Paan to taka mała paczuszka, mix różnych LEGALNYCH kolorowych substancji roslinnych i może również nie-roslinnych, ziarenek, przypraw etc (mozna sobie dobierać składniki) zawiniętycth w liść, którą żuje sie tutaj po jedzeniu, wspomaga trawienie. Po wyżuciu można wypluć ale podobno prawdziwi smakosze (bądź twardziele) jedzą całość.

Największe zaskoczenie (coś mnie jednak zaskoczyło) czekało nas w poniedziałek rano. Wchodzimy do biura naszego indyjskiego partnera. Stoją wszyscy pracownicy. Przed szereg wychodzi jedna dziewczyna z zapaloną świecą na tacy, potem kolejne dwie z intensywnie czerwonym proszkiem na talerzykach. Tym czerwonym proszkiem mi i Wolfgangowi, mojemu szefowi,  malują czerwone kreski na naszych czołach. Następnie jedna z dziewczyn posypała na mnie płatki kwiatów. A potem kolejna założyła nam na szyje girlandy, takie jak na Hawajach zakładają, tylko tutaj z żółtych kwiatów. Na koniec dostaliśmy po wiązance kwiatów. Tu nastąpił koniec i wyglądało na to, że teraz nasza kolej, że coś powinniśmy zrobić... A my... staliśmy jak wryci, wmurowni, nieprzygotowani, kompletnie zaskoczeni... chciałabym zobaczyć nasze minyJ Ostatecznie bąknęliśmy coś na powitnie i podziękowaliśmy etc. Sanjay mówi, że to tradycyjne indyjskie powitanie, a Wolfgang pyta gdzie sala konferencyja, żeby już nie przedłużać tej ceremonii i tego naszego skrępowania. Potem już było normalnie, prezentacje, rozmowy, \domowy\ lunch na tarasie przygotowany przez ich kucharza. I tak cały dzien. Wtorek też był dniem służbowym, zaliczyłam klilka wizyt u klientów naszego dystrybutora. Cały dzień, bo przemieszczanie się po Dehli to niekończąca się podróż...

Wieczorem na moją prośbę Sanjay wykroił dla mnie chwilę na zakupy. Oszalałaam...  mierzyłam pumpiaste spodnie (kupilam 2 pary i mam juz razem 4, bo wczesniej kupilam w Kuwejcie 2 pary portek a la Sindabd – zawsze takie chcialam mieć - choć może niekoniecznie w nich chodzić), kolejne tuniki, apaszki przeglądałam sukienki dla Hani a Sanjay mierzył koszule dla Czarka. O 20stej zamykano sklep i po 2 godzinach szaleństwa musielismy opuścic przybytek, Sanjay chyba odetchnął z ulgą a ja zaczęłam zastanawiać sie jak ja to wszystko zapakuję... Z pewnością byłam klientem dnia, o ile nie miesiąca w tym sklepieJ

Urocze te Indie, trzeba będzie tam wrócić na jakąś chwilę... Raczej nie chciałabym tam zamieszkać, trudno w to uwierzyć, ale powiedziano mi, że przeciętny czlowiek w Indiach ma dwa cele w życiu: zarobienie na dom/spłatę domu i na ślub (taki ślub to wydatek rzedu setek tysiecy)/przyszłość swoich dzieci. Na bieżąco wydają średnio 15% swoich zarobków a resztę odkładają i prowadzą bardzo skromne życie. Hmmm a gdzie miejsce na Carpe fucking Diem???
Wyrażenie (i filozofia) ”Carpe Fucking Diem”  uslyszalam niedawno  i bardzo mi sie spodobalo - wierzcie lub nie - to oficjalna nazwa popołudniowej audycji w programie 3-cim Szwedzkiego radia...

Saturday, January 26, 2013

Helsinki? Nie lubię...


Czy można spóźnić sie na samolot będąc na lotnisku 4 godziny przed odlotem?
Oczywiście...  Sama to sobie udowodniłam. Okazuje się, że to nie takie trudne: wystarczy mieć połączenie przez Helsinki i nie przesunąć czasu do przodu o  godzinkę...  Oczywiście trzeba też siedzieć w jednym kącie przez te 4 godziny (i intensywnie pracować), bo przecież na lotnisku  gdzie się nie spojrzy są zagarki z lokalnym czasem.

Ze spokojem, z lekko ponad godzinnym zapasem – w moim wyobrażeniu - wynurzam sie z „kąta”, który w rzeczywistości był całkiem miłą, spokojną restauracją. I nagle kątem oka zderzam się z brutalną  rzeczywistością czasową. Chcę wierzyć, że to niemożliwe, nie mieści mi sie w głowie opcja spóźnienia na lot do... New Dehli. Ale przecież wiem że to prawda, bo wspominano mi, że w Finlandii jest inny czas tylko mi to "umknęło" na moje nieszczęście.
Wyrwałam z miejsca jak oparzona (tą informacją). Myśle, że pobiłam rekord w sprincie na - sama nie wiem ile - metrów, niemal wyplułam płuca, biegłam aż poczułam posmak żelaza (krwi) z wysiłku... Nie wiem co mnie niosło - nadzieja na cud czy bardziej fakt, że to przecież niemożliwe żebym spóźniła sie na ten samolot... żeby odleciał beze mnie... Dobiegam do celu do gate’u  - a tam nikogo. Pustka. Dochodzę do okna i patrze że, "mój" samolot stoi...  Przyklejam nos, pukam w szybę, hmmm, na co liczyłam? Serce mi się ścisnęło i wciąż wydawało mi się, ze to się nie dzieje na prawdę... Ale przecież stoi (nie tracę nadziei), szukam kogoś w jakimś lotniskowym uniformie, kto mógłby mi pomóc... O! przechodzi jakaś babka... zaczepiam ją, powiedziała dokąd iść. Dobiegam do Finnair service center i ciężko dysząc, i ledwie zipiąc, mówię, że właśnie się spóźniam na samolot do Dehli. Czy jest szansa sie jeszcze załapać?  Pytam z kompletnie nieusadnioną nadzieją, bo właśnie samolot powinien odlatywać. Ale cóż nadzieja przeciez umiera ostatnia. NIE! Brzmi odpowiedź. BANG!!! Tutaj nadzieja nie umarła naturalnie, została brutalnie zabita. To chyba jednak dzieje się naprawdę - zaczyna powoli do mnie docierać. Kazali mi usiąść, złapać oddech, „wyluzować” i poczekać, aż sprawdzą czy mogą przebukować bilet... Muszę przyznać, że byli naprawde mili i współczujący - a tego trzeba mi było - najlepiej żeby mnie ktoś przytulił:).  Trochę to potrwało ale ostatecznie w tym całym nieszczęściu miałam szczęscie: były miejsca na następny dzień i za 100 EUR udało się przebukowac bilet.

Otrząsam się, tłumaczę sobie, że ludzie większe dramaty mają (np w Syrii) i że jestem zdrowa i moje dziecko jest zdrowe itp itd. i że wkurzanie się i rozpaczanie nic nie zmieni więc ostatecznie pogodziam się z tą sytuacją. Chciało mi się płakać ale tylko trochę, przez chwilę, jak mi emocje opadły.
Pocieszyłam się też informacją, że nie jestem pierwszym i z pewnością nie ostatnim przypadkiem pasażera nie dostosowanego do lokalnego czasu, ponoć dość często zdarza sie to tutaj, szcególnie podróżnym lecącym ze Szwecji czy Niemiec.

Potem przykro mi się jeszcze zrobiło, gdy okazało się że nawet mój bagaż wyrzucili z samolotu... myślałam, że chociaż on już leci... Powiedziano gdzie go odebrać, leżał taki sam, porzucony...Ten fakt doceniłam później w hotelu, że mam dostęp do wszystkich swoich rzeczy.

W końcu pozostało poinformować mojego klienta, który przygotował program dnia (włączając jogę z oryginalnym hinduskim joginem), że jutrzejszy dzień szlag trafił. I poszukać jakiegoś lokum.

Cóż za urocza perspektywa... zamiast w New Dehli czekał mnie 1 cały dzień w Helsinkach, bo przebukowany lot miałam następnego dnia o 20-stej. Ale czy w wiosennej kurteczce, w środku zimy w Finlandii, mogę rozkoszować się urokiem Helsinek? Czekały mnie tylko godziny spędzone w hotelu i na lotnisku.
   
Tak więc mam dziś coś jakby deja vu... Po wyczekowaniu z hotelu znów siedzę na lotnisku w Helsinkach, czekając na lot do New Dehli. Z jedną tylko różnicą: jestem już w innej tj. lokalnej strefie czasowejJ

Pomyślałam, że to było moje najgorsze doświadczenie w historii moich lotniczych podróży ale przypomniało mi się, że jakieś 3 lata temu było gorzej... spóźniłam się na lot z Berlina do Gbga... I wtedy szlag trafił bilet a przede wszystkim czas (+koszt): niemal 6-ciu godzin dojazdu z Łośna do Berlina i z powrotem, i co najgorsze po tej podróży byłam znów w pukcie wyjścia. Moja rozpacz wtedy przybrała rozmiary dramatu stulecia;).

Sunday, January 20, 2013

Słów kilka o słówkach



Tak już jest, że po dłuższej przerwie nie wiadomo od czego by tu zacząć... szczególnie jeśli nie wydarzyło sie nic spektakularnego.
Z trwogą jedak zauważam, że pamięć moja bardzo zawodna jest, czy raczej dziurawa kompletnie.  Cóż ja opowiem Hani za parę czy paręnaście lat, skoro już teraz ledwo pamiętam poprzedni dzień?;) 
Doszłam więc do wniosku a zarazem silnego postanowienia, że naprawdę warto mieć coś zanotowane, choć parę słów ale regularnie... Taki oto mam plan, od dziś!

Od ostatniego posta o Hani minął niemal rok... Wkrótce skończy 2 lata i 4 m-ce. Mówi całkiem nieźle i ma kilka słówek, które brzmią dość zabawnie... przynajmniej dla nas.
Moja pamięć szwankuje więc wspomnę kilka tych, które w tym momencie pamietam...  

Otóż, jeszcze latem Hania zajadała kukudziakę ale ten etap już dawno minął i teraz je po prostu kukurydzę, choć my tęsknimy za kukudziaką:) 
Od czasu do czasu zajada apelsinka. A apelsinek to po szwedzku pomarańcza,w polski sposób zdrobnioniona od apelsin i brzmi całkiem zabawnie. 
Lubi też Hania rybę najlepiej doprawioną kepuczem
Głównie pije wodę ale od czasu do czasu jebatkę, rumiankową albo malinową. Herbatka jest szczególnie wtedy fajna, gdy można załadować do niej dużą ilość miodu i niekoniecznie ją wypić.
Ostanio najbardziej mnie bawi kościopuk... jak na razie wizerunek kościotrupa i czaszki Hanię 'rajcuje' (i tylko żeby ktoś nie pomyślał, że puszczamy jej horrory albo pimy denaturatem!). 
Kiedyś każda postać, ludzik, stworek-potworek zwany był tuptą.
A hamoodziki to jej ulubione zabawki. Karetki, wozy policyjne,strażackie a szczególnie koparki, dawniej zwane kop-kopu. Wszystko co dotyczy hamochodzików jest cool: książki, bajki i zabawy w karambole na drogach, warsztaty, wymiany opon na zimówki itp, itd. Tematy raczej mi odegłe ale już nieobce...
 Niuńka Hania wciąż używa, nie za często ale zawsze do spania (tylko i wyłącznie z namalowanym psem, a kiedyś kaczką). Taką nazwę sobie wymyśliła dawno, dawno temu i tak pozostało. Tu w Göteborgu oporne dzieci odzwyczaja się od smoczków poprzez wspólną wyprawę do Lisebergu, gdzie uroczyście oddaje sie smoczki mieszkającym tam królikom. W tym tygodniu zapowiedzieliśmy Hani, że jak zrobi się ciepło pójdziemy oddać wszystkie niuńki królikom. Na drugi dzień o poranku przypominam jej o tym i taki oto mini-dialog się wywiązał, bo Hania najwyraźniej chciała wywalczyć zachowanie chociaż jednego:

Hania: zaciumkanego nie... zaciumkanego nie... (taki smoczek po nocy określamy jako brudny i zaciumkany). 
Ja: zaciumkanego też, wszyskie zaniesiemy... 
Hania: ale on jest brudny! 
Ja: to nic, króliczek sobie umyje 
Hania: ale... on nie ma rączek... 
Ja: hmmm no taaak, to zaniesie w buzi do jeziora i umyje 
Hania: tam nie można... tam są kaczki i meduzy...

I tu mi po prostu zabrakło argumentów... chociaż z tymi meduzami w jeziorze to przesadziła;) Mała z niej spryciulka. Pomyślalam, że całkiem niezłe negocjacje jak na 2-latke z hakiem:)



Saturday, November 17, 2012

Królestwo Bahrajnu. Słyszeliście o nim?


Położone na wyspach u wybrzeży Arabii Saudyjskiej, raptem pół godziny lotu z Dubaju. Finansowe zaplecze dla banków i instytucji finansowych, szczególnie tych zwiazaych z przemysłem naftowym.Otwiera sie również na turystykę chociaż szcególnych atrakcji tutaj nie za wiele... Gdzie okiem sięgnąć tam pustynia... Niby wybrzeże wokół ale kąpielisk i turystycznych plaż jak na lekarstwo.

Arabia Saudyjska to ’Wielki Brat’ malutkiego Bahrajnu. 75% ich narodowego przychodu pochodzi z exploatacji złóż położonych na granicy obu krajów. Sęk w tym, że wydobycie kontrolowane i przeprowadzane jest przez SaudiArabów, którzy wypłacaja Bahrajnowi ich dolę. Co oczywiście znaczy, że Wielki Brat zawsze sie może zdenerować i przeykręcić kurek - ale o tym później.

Najbardziej zaskakującą dla mnie wiadomością dotyczącą tego kraju jest fakt, że Bahrajn ‘wykrada’ ląd morzu... Przejeżdżamy przez most łączący 2 wyspy i widzę na własne oczy usypane wały u wybrzeża, otaczające ogromny plac - jeszcze lekko mokry ale już prawie gotowy pod zabudowę . Podobno 15% głownej wyspy Bahrajnu to ziemia wydarta morzu... Nie chce mi się wierzyć ale tak twierdzi Hassan*. Jest tu bardzo płytko co ułatwia robotę. Niestety ten proceder nie jest obojętny dla środowiska:(

Jest poniedziałek 5-tego listopada. Co ja tutaj robię? Odwiedzam klienta – powinnam dodać, że mojego największego klienta... Mkniemy błyszczacym lexusem jeepem Hassana do jego drukarni. Dzień wcześniej zwiedziliśmy jego drukarnię w Dubaju. Ta w Bahrajnie specjalizuje sie w commercial & security printing, w Dubaju drukuje książki, głównie edukacyjne na rynek angielski i w dużej mierze z naszego papieru. Wróciliśmy do biura-centrali w centrum Manamy, tam w końcu spotkałam jakieś pracujące kobiety -  importowane i bardziej odziane - lokalne. Hassan jest szalenie miłym i skromnycm człowiekiem, choć niemożliwie bogatym. Pracuje od rana do wieczora (z dwugodzinna przerwą na lunch w domu), bo lubi. Trójka dzieci już na studiach, w Stanach... Rozmawiamy nie tylko o naszej współpracy ale Hassan doradza nam o innych możliwościach/klientach w regionie. Niestety w dobie kryzysu i ekspansji Chińczyków i Koreańczyków - limitowanych. Ale oczywiście nie będę o tym tutaj przynudzać. Chyba, że ktoś jest zainteresowany sprzedażą papieru graficznego na Bliskim Wschodzie...

W Bahrajnie jest niespokojnie. W tamtym roku podczas manifestacji zabito 80 osób, aresztowano wielu opozycjonistów, m.in. sąsiada Hassana. Torturowano go przez 6 tygodni, potem skazano na 5 lat więzienia. Był jednym z liderów opzycji. W drodze na kolację przejeżdżamy obok placu na którym odbyła sie ta manifestacja. Nie do wiary! Ten plac otoczony jest opancerzonymi wozami policyjnymi czy wojskowymi (w sumie to nie wiem czy opancerzonym ale tak nieźle brzmi, a i rzeczywiściwe wyglądały bardzo solidnie) i cały czas obowiązuje tam zakaz wstępu. A minął już ponad rok o ile nie półtora od tego wydarzenia...Widok smutny, niesamowity, szokujący...
Bahrajn - rozruchy. AFP.

W ciągu dnia dzwonię do domu, żeby zameldować że wszystko w porządku itp. A tata mówi, że w TVN24 informowali o bombie w Bahrajnie i 2 zabitych... Co? Bomba? Niemożliwe... Nic nie słyszałam, nic nie widziałam. Zagooglałam dopiero po powrocie i znalazłam ten artykuł: http://konflikty.wp.pl/kat,1020345,title,Bahrajn-dwoch-zabitych-w-serii-wybuchow-w-stolicy , uwiarygodniony tym zdjęciem, które zapożyczyłam z tej stronki.

W kraju wrze pod powierzchnią, wg Hassana coś się wkrótce musi wydarzyć. Król nie odpuszcza, trzyma się kurczowo swoich ’ideałów’, nie chce pozwolić na jakąś demokrację, bo narazi się jeszcze na gniew Wielkiego Brata, który to jest jednym z bardziej skrajnych przypadków arabskiego/islamskiego konserwatyzmu.
W Bahrajnie 50% ludności to lokalesi, reszta to importowana siła robocza z Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Filipin. Imigranci są raczaj neutralni - chyba, że wcieleni do wojska/policji...
Hassan liczy na interwnecję Zachodu jak dojdzie po raz kolejny do krwawych rozruchów czy dotkliwego łamania praw człowieka. Czy to się wydarzy... hmmm ktoś bedzie chciał wkurzyc Saudyjczyków-  źródło ropy i milionów dla zachodnich firm? Ale nie traćmy nadziei..
To był główny temat rozmów podczas naszej kolacji w dość luksusowym przybytku - ogromnym kompleksie rekreacyjno – hotelowym, należącym do... premiera tego kraju. Wszyscy u szczytów władzy są tu niemożliwie bogaci, bo powszechnie wiadomo, że są skorumpowani tak, że bardziej się nie da.

Wieczorkiem przez chwilę miałam okazję poczuć sie jak za starych dawnych czasów.... Przed kolacją wyrwałam się sama na godzinkę, żeby zwiedzić souk/rynek (chociaż Hassan nalegał aby ich firmowy kierowca służył nam za przewodnika, gdybyśmy chciali coś zwiedzić... ale co to za frajda).
Od razu na wejściu zamarzyłam żeby mieć czapkę niewidkę. Sprzedawcy osaczali mnie jakbym była ich jedyną okazją/ofiarą na zrobienie deal-u stulecia a przynajmniej deal-u dnia. Ja tymczasem byłam zawiedziona asortymentem - większość towaru to tzw ‘chińszczyzna’. A ja bardzo chciałam kupić coś bahrajńskiego... Weszłam w końcu do sklepiku z folkorystycznie wyglądającymi wyrobami. Spodobał mi się wazonik. Pan mówi, że to... z Turcji. Oglądam uroczy dywanik - pan donosi, że on z Indii. A może kolorowe apaszki... nieee... też z Indii itp itd.. A coś z Bahrajnu? pytam. Yyyyy, po dłuższej chwili zastanowienia pokazuje małe, dekoracyjne fajki wodne. Nie zrobiły na mnie wrażenia, znaczy, straszna tandeta to była. Zdałam sobie sprawę, że w tym kraju prawie nic się nie produkuje... Ale nie zawsze tak było... wg opowieści Hassana, niegdyś, przez kilka stuleci Bahrajn słynął z połowu pereł (pearl diving), co było głównym źródłem utrzymania dla większości ludności do lat 30-tych poprzedniego wieku (niezbyt z resztą bezpiecznym). Potem odkryto złoża ropy... a azjaci zaczęli sztuczne hodowle pereł...

Hassan podpowiedział (też po chwili namysłu), że jako pamiątkę mogłabym sobie kupić drewnianą szkatułkę - miniaturkę skrzyń używanyvh przed laty jako szafy w domach. Rzeczywiście były na lotnisku ale po cholere mi taka szkatułka... wolałabym oryginalną wielką skrzynię...

A wracając do spaceru, gdzieś w bocznych drogach, mogłam dostrzeć ‘obrazki’ jakie pamiętam z podróży np. do Syrii - grupki starszych Arabów odzianych w dżalabije i chusty na głowie, spokojnie popijących herbatke przed domami. Jakby czas się dla nich zatrzymał... Ciekawe o czym rozmawiają... Gdy w Syrii przed niemal 10-cioma laty byliśmy zapraszani na taką herbatkę, wypytywano nas o Lecha Wałęsę i Papieża – na wieść, że jesteśmy z Polski. Ubolewali też, że wszyscy Arabowie w oczach świata to terroryści, bo byliśmy tam krótko po atakach 11 września na WTC. Ruch turystyczny w Syrii zmalał wtedy do niemal zera... więc dość mocno na tym ucierpieli.

A tymczasem minął 1 dzień w Bahrajnie. Nazajutrz czekała mnie pobudka o 5-tej. Po 8-smej lot do Kuwejtu. Kolejna krótka noc, trochę stresu a w dodatku w kraju do którego zmierzamy alkohol jest surowo wzrbroniony (w Bahrajnie raczyliśmy się butelką wina do kolacji)... Wytrzymam to tempo? Podróże służbowe też mogą być extremalne...

Wyjeżdżając trzymam kciuki za Bahrajn...           

* Imie zmienione

Thursday, September 13, 2012

Igłoterapia


Ostatnio zostałam fanką Grupona. Mój najbardziej oryginalny zakup to 5 sesji akupunktury...

Zabukowałam się, pani okazała się oryginalną Chinką z dość długim stażem w Szwecji.
Kiedy już sie skomunikowałyśmy, że ja bardzo marnie mówię po szwedzku a ona marnie po angielsku (jej szwedzki też nie jest 100% szwedzkim) nie pozostawało mi nic innego niż dać z siebie wszystko, żeby opisać swoją przypadłość po szwedzku. Zaliczyłam już tych 5 sesji ale wciąż nie jestem pewna czy pani Chinka tak do końca zrozumiała z czym mam problem...

Zastanawiałam się na co przeznaczyć tę akupunkture i postanowiłam spróbować wyleczyć swoje zatoki. Od lat prześladują mnie, prawie codziennie rano wstaje z zadżumionymi zatokami, dopiero jak już trochę poprzebywam w pionie jest lepiej.
Pani zmierzyła mi puls, w jednej ręce, potem drugiej, obejrzała język - ta procedura będzie się powtarzała przy każdej wizycie – i oceniła, że to z pewnością ma zwiazek z żołądkiem i że może mi pomóc. 


Zaległam więc na leżance, mniej więcej wiedzialam czego się spodziewać, bo parę lat temu przy jakiejś okazji, w ramach rozrywki czy z ciekawości zaserwowałam sobie raz akupunkturę twarzy (chyba przeciw zmarszczkom).
No więc Pani Chinka po kolei pakowała we mnie igły, czasem wręcz nieodczuwalnie, czasem trochę brutalniej - w sensie boleśniej, kilka w czoło, po jednej na czubek głowy, dłonie, na środek brzucha, łydki i przy kostkach. Przykryła mnie czymś w rodzju aluminiowej folii i sobie poszła. A ja zaczęłam oddychać. Zaczęłam oddychać i stwierdziłam, że nie mogę za głęboko oddychać, bo ta igła w brzuchu strasznie mnie kłuła. Dyskomfort to za mało żeby określić ten ból. Przez moment wpadłam w panikę, drzwi zamkniete, kobieta sobie gdzieś poszła a ja tu leże naszpikowana igłami... przecież coś się może stać a nikogo obok nie ma! Oczami wyobraźni już widziałam siebie pędzącą przez korytarz w poszukiwaniu ratunku, z tymi igłami oczywiście wbitymi w miejsca wczesniej opisane... Oby tylko sie nie potknac... chocby w wyobrazni;)
Potem zaczęłam stosować wprowadzanie w życie wiedzy teoretycznej, z jogi i paru filmów (np dokument o bezbolesnym porodzie) że tak naprawade ból nie „boli” brzucha tylko mózg otrzymał takie sygnały i panikuje. Więc zaczęłam ignorować ten brzuch i udawać, że nic mnie nie boli i trochę pomogło.

Za drugim razem natomiast miałam kompletny odlot, zasnęłam błogim snem i  byłam rozczarowana jak pani Chinka wrocila i oznajmila, że już koniec. Dodatkowo dogrzewała mi brzuch jakąś lampa, to chyba mnie wprowadzilo w letarg jak kota wygrzewajacego sie na parapecie.

Za trzecim razem po standardowej sesji miałam położyć się na brzuchu a Pani wbijała mi się dokładnie wzdłuż kręgosłupa, przy każdym kręgu z prawej i lewej strony. Po czym powiedziała, że mogę wstać. Ja na to, słucham?’ Ona, że wstać i nawet ubrać się... Myślę sobie naprawde marny ten mój szwedzki albo jej... jak to wstać? Z tymi iglami? W końcu sama pytam ‘mam wstać?’ Ona, że tak... Pomyślałam, ze może żeby wzmóc efekt mam się poruszać z tymi igłami, cos zrobic... no to wstaję, ostrożnie na ile potrafię, ruchami jeżozwierza. Po czym ona powtarza, że moge się ubrać!!! Oszalała kobieta! W końcu patrzy na mnie zdezorientowaną i wybucha salwą śmiechu. Okazało się, że nie miałam w plecach żadnej igły, bo ona tylka nakłuwała mnie, nie zostawaijąc igieł, po prostu ‘podziurkowała’ mi plecy...
Dzisiaj mialam piata sesje i znow niemal godzinny odlot...

Pewnie niektórzy zastanawiają sie czy jest jakiś efekt. Sama nie wiem, chyba troche tak ale nie tak do konca. Na pewno jest uboczny, dziwny – mialam strasznie suchy język. Jeszcze dam sobie i jej szanse i zalicze pare sesji... 


Ona ciagle mowila/pytala o bol glowy a ja tlumaczylam, ze ta glowa mnie nie boli tylko mam 'zadzumione' zatoki rano i czasem nos. Dlatego nie mam pewnosci czy tak do konca sie dogadalysmy....