Saturday, January 08, 2011

Wózko-sanki?


Nie wiem jak nazwać ten pojazd... chyba ogłoszę konkurs... Od dnia przyjazdu do Polski Hania na spacery wyjeżdża w obiekcie przedstawionym tu na zdjęciu. Ten śnieżny wehikuł jest pomysłu Czarka, składa sie z przymocowanej do sanek gondolki od wózka. Nie będę ukrywać, że pojazd zwraca uwagę i budzi szacunek wśród innych spacerujących. Jest praktyczny, lekki w prowadzeniu i szybki w montażu (na 3 gumki).  Niezastąpiony na tegoroczne śniegi. A przede wszystkim całkiem bezpieczny! Dotychczas przydarzyła nam sie mała, niegroźna wywrotka i kilka większych wychylen. Ale śnieg jest miękki a sanki nie za wysokie...




Monday, January 03, 2011

Małe szczęścia Hani, czyli co Hania lubi, cz 1.

.
Hania lubi:

Rybkę Nemo. To  taka spora naklejka skalara w czerwono-żółte paski, w którą niegdys mogła wpatrywać sie do 5 minut z niezmienną fascynacją i radością, wyrażaną między innymi poprzez intensywne machanie rękami i nogami. Teraz rybka lekko sie znudziła ale wciąz z zainteresowaniem Hania zawiesza na niej oko na dłuższą chwile.

Kołysanki – i to w moim wykonaniu! Jedną z trzech czy czterech dyżurnych kołysanek jest o królewnie złotowłosej, co cudny miała sen. Amatorsko zagram ją nawet na pianinie. Setki razy ją śpiewałam ale według Czarka wciąż nie osiągnęłam perfekcji. Pewnie dlatego, że za każdym razem troche albo zupełnie inaczej mi wychodzi. Wydaje mi się jednak, że mój marny wokal mocno się rozwija przy Hani. Chociaz moja rodzina, po kilkunastodniowym pobycie, może być odmiennego zdania...

Kąpiele. W Szwecji Hania była kąpana co drugi, trzeci dzień czy czasem jak się udało. Ktoś by rzekł, że dziecko było trochę zapuszczone... ale tak - mniej więcej -brzmiały zalecenia pielegniarki, żeby nie przesuszać skóry dziecka. Ale tutaj, w asyście babci, kąpiele uskuteczniamy codziennie, bardziej w ramach rozrywki dla Hani niż higieny. I ostatnio są to chwile czystej błogości.

A poza tym Hania lubi na przykład:
- zasypiać na ręce Czarka, zwisając jak miś koala, tylko odwrotnie (wbijajac sie dziąsłami w przedramie, ssąc je, czasami mlaskając głośno, obficie sie przy tym śliniąc)
- ssać namiętnie, do bólu swoje paluszki a czasem całą rękę..
- zabawe z ciocia Justyna w „zgadnij, zgadnij ile kulek ma nasz śniegulek"

I lubi też budzić sie o poranku – zawsze z tak radosnym, tak rozbrajającym uśmiechem na buzi, że, że normalnie nie wiem co... serce mięknie i pozostaje tylko ją uwielbiać:)

cdn.

Sunday, January 02, 2011

Niby dzieci i ryby głosu nie mają ale nakarmić je trzeba...

.
Pewnego dnia udało mi się wykarmić nie tylko Hanię pomimo, że moje dziecko nie pogardzi żadną dostępną kroplą mleka.... (a je coraz więcej i to jest jej ulubiony sposób spędzania wolnego czasu - przyssana do piersi zalicza prawdziwy odlot).

Otóż tego dnia, bodajże przed-przedwczoraj obdarowałam pokarmem również rybki. Po prostu były wygłodzone... Plywaly w dwóch dużych akwariach. W jednym – mniejsze, bardziej ruchliwe sztuki, w drugim – lekko podrosniete okazy. Nie wiem ile ich było - setka albo i dwie albo i mniej. Rybki zażerały się, to jest ssały mnie przez pół godziny... Przyznaję, ze bardzo przyjemne to nawet było. Najgorsze było tylko przełamanie oporu (mam na mysli wewnetrzny opór, ewentualny strach czy obrzydzenie a nie opór wody) i zanurzenie w akwarium odpowiednich czesci ciala. Ale mój opór byl nikły, trwał może ułamki sekund. Potem miałam kilkuminutowy atak śmiechu, wydało mi sie to zabawne a poza tym przyczajajace i ssace rybki mnie łaskotały. Fajnie było obserwowac jak jadly, płynnie robily rundke i wracaly. Czas lecial, rybki sobie podjadły a ja musiałam sie ewakuowac. A było mi żal, bo z całą powaga moge tu rzec, ze zdazylam sie do nich przywiazac. Naprawdę miałam ochotę je pogłaskać... I widzialam, ze one sie rozkrecily i chetnie jeszcze skorzystalyby z mojego pokarmu. Ale nie było wyjścia. Czas był limitowany. A ja nie dość, że je nakarmiłam te rybki, to musiałam jeszcze za to zapłacić! No bo odwiedziłam... Fish Spa! I tu od razu dodam, że skorzystać z niego mogą nie tylko matki karmiące:)

 
Może wszyscy wczesniej słyszeli o rybkach Garra Rufa ale ja się dowiedziałam raptem parę dni temu. Że w ogole istnieją i że są dostępne w Gorzowie. Niewtajemniczonym powinnam chyba ujawnić czym się żywią... Są mięsożerne i bardzo smakuje im nasz martwy naskórek. I chyba wszystko jasne... w ten oto naturalny sposób można zrobic sobie peeling np. stóp, taki softowy pedicure. Rece tez „obrabiaja” ale niewygodnie trzymac zanurzone razem z nogami. Rybki, nie mają zębów (na szczęście, inaczej krwawy bylby to zabieg) działają coś troche jak glonojady (chociaż nie wiem czy glonojady przypadkiem nie mają zębów). Efektem jest gładka, ładnie „wyślizgana” skóra. Polecam:)


Szczegóły znajdziecie na  http://www.thaimasaz.com/?fish-spa,21

Wednesday, December 22, 2010

Że łatwo, miło i przyjemnie. I Samsara.

Chyba jeszcze nie pisalam, że posiadanie dziecka jest stosunkowo łatwe, miłe i przyjemne, nawet w tych pierwszych miesiącach. To jest, zupełnie inne niż sie spodziewałam, żeby nie powiedzieć wprost proporcjonalnie inne;) W ostatniej fazie ciąży przetrząsałam neta, naczytałam artykułów i naoglądałam filmow edukacyjnych nt. jak zajmować sie dzieckiem. Lektury poruszały przy okazji rozległe tematy z zakresu wszelkich możliwych problemów i dolegliwości jakie towarzyszą matce i dziecku podczas tych pierwszych tygodni czy miesiący. No i raczej nic dziwnego, że zrodzil mi sie w głowie absolutnie czarny scenariusz jak to będzie przerąbane...
Chociaż z drugiej strony wiedziałam przecież, że miliony kobiet dzielnie sobie z tym radzą a dziewczyny mówiły, że to wszystko tak naturalnie przychodzi. Jednak czarny scenariusz tkwił i się ugruntowywał... i chwilami wydawało mi sie niemożliwością, że sobie poradzę. I tak, jak chciałam urodzić wcześniej, przed terminem, to potem pragnęłam, żeby stało się to jak najpóźniej, chciałam wydłużyć te ostatnie chwile wolności i beztroski, nawet z 9-cio m-cznym brzuchem...

Dla przykładu, straszne miało być karmienie. Wyobrażałam sobie jakieś wiecznie obklejone od mleka, nabrzmiałe, bolące piersi i szarpiące sie przy nich dziecko... A tymczasem są to przecudowne chwile z maleństwem. Wprawdzie krótkie, bo Hania najada się w max 5 minut.
Straszne miały być nieprzespane noce, oczy na zapałki, słanianie się ze zmęczenia, marzenia tylko o chwili snu w ewentualnej, krótkiej wolnej chwili. A tymczasem jest nawet czas na poczytanie książki... Wprawdzie niezbyt szybko, nie długimi ciągami i nie zawsze w wygodnej pozycji - dzisiaj na przykład miałam Hanie śpiącą na mnie (trochę bolał ją brzuszek i była ułożona swoim brzuszkiem na moim) a książke uniesioną ponad nią wysoko na rękach.

W ogóle piszę o tym, bo właśnie skończyłam czytać taką jedną i chciałam ją polecić. Oczywiście jest o podróżowaniu, wprawdzie po krajach Azji (nie do końca to mój kierunek) ale jest tak fantastycznie, lekko napisana – właśnie tak, jak ja bym chciała pisać – że każda chwila z nią (czasem wykradana Hani) to był czysty relaks i przyjemność... Koleś pisał zupełnie luzacko, naturalnie, że niemal czułam, że i ja jestem w tej podróży... (eeech;) A do tego, przydarzały mu sie niezłe przygody. Nazywa się Tomek Michniewicz a ksiązka Samsara,

A jeżeli chodzi o to, że łatwo, miło i przyjemnie... to przedstawiam status quo, tak jest teraz i było do tej pory (choć naturalnie bywały trudniejsze momenty). Może to być też moje subiektywne odczucie na skutek brutalnych wyobrażeń zawartych w tych wcześniejszych wyimaginowanych czarnych scenariuszach. Ale jakby co, to zastrzegam sobie prawo do zmiany opinii, bo sytuacja oczywiście może ulec zmianie;)

Tuesday, December 21, 2010

Ach, te pierwsze razy....


Pierwsze razy zdarzają się w różnym w wieku... W przypadku Hani, w jej 2,5-miesięcznym życiu, zdarzają sie niemal codziennie... a to pierwszy uśmiech, pierwsze dostrzeżenie zabawki, zachwyt nad nią i pierwsze jej pacnięcie, zauroczenia karuzelką itd itd.


Wiele z tych momentów jest totalnie wzruszających. Przy pierwszym „aguuu” (jakieś 2 tygodnie temu) normalnie pojawiły mi się łzy w oczach a dzisiaj się rozkleiłam podczas usypiania. Najczęściej zasypiała bujana na rękach albo podczas konsumpcji, znaczy przy cycu. A dziś leżalyśmy sobie na przeciwko siebie, Hania patrzyła mi w oczy, pakując mi palce do buzi (też chyba pierwszy raz) a ja śpiewałam jej kołysanki, aż odpłynęła. Ależ to było słodkie...


A propos kołysanek to ma taką jedną ulubioną w moim wykonaniu, słowa są niestety makabryczne, bo jest o tym jak króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła. A jeszcze chwile wcześniej wszyscy żyli wśród róż, nie znali burz i kochali się we troje... Z czasem trzeba będzie pomyśleć o modyfikacji tekstu, bo po co dziecko narażać na stresy przed snem... (pamiętam, że sama nigdyś przy niej ryczałam) Chodzi mi o ten tekst jak wszyscy zostali pożarci, to, że „kochali sie we troje” mi nie przeszkadza;)


Eeeech, ale się ze mnie mama zrobiła z trochę przesłoniętym światem mała Hanią:) Potem pewnie będą pierwsze ząbki, pierwsze słowa, pierwsze reakcje na nowe smaki, i pierwsze kroki, i pierwsze siku na nocniku (a że odjechany nocnik dostala dziś w prezencie od cioci Ilony to pewnie nastąpi to szybko). Jeszcze nie wiem jaka będzie kolejność tych osiągnięć ale na tym się na razie zatrzymam:)



Friday, December 17, 2010

Sssssłodki wąż Boa


A propos poprzedniego wątku...  Fantastyczną niespodziankę sprawiła nam wczoraj Eva-Lena prezentem dla Hani... A był to przecudnej urody wąż Boa. Ja byłam nim zachwycona. Hania sie oswaja. Juz wcześniej zaraz po narodzinach dostała kajmanka od Wolfganga a od Iwony i Chrisa lwi zestaw z niezbędnymi gadżetami dla malucha jak śliniak, przytulanka, zaczepka do smoka czy buty... Wygląda na to, że mniej lub bardziej świadomie moi znajomi i przyjaciele wspierają mnie w moich staraniach przygotowania Hani do survivalu w dzikich okolicznościach przyrody. Po obcowniu z takimi zabawkami nic Hani nie bedzie straszne:)
Do węża-pluszaka dołączona był instrukcja-przesłanie bezpośrednio od Boa:
Ssss... I’m a snake. Don’t be afraid of me, for I
help you by eating harmful pests and rats. Unlike you, I don’t stop growing but continue to grow till the day I die. So, when my skin becomes too tight for me, I just slip out of it like you slip out of your clothes... and grow a new skin! Did you know that I actually smell with my tongue? Aren't I amazing?


Wednesday, December 15, 2010

Się bujamy...


Postanowiłam stopniowo przystosowywać Hanię do życia w dżungli, bo nigdy nie wiadomo gdzie trafi w swoim życiu... Na razie jeszcze jest mała i nie karmie jej robakami natomiast w dżungli istotny jest sen. Spokojny sen, żeby np. żadne robactwo po tobie nie chodziło... a to znaczy, że trzeba wisieć. Szczęśliwie sie złożyło, że jeszcze zanim sie urodziła natrafiłam gdzies w sklepie na malutki hamaczek dla dzieci i oczywiście bez wahania jej sprawiłam.
Ostatnio, na skutek mojego regularnego marudzenia niemal od czasu narodzin, hamak został zainstalowany przez Czarka i codziennie przemycam Hani chwile bujania. Nawet podoba jej sie – najbardziej wtedy jak wiszę, znaczy, pochylam sie nad nią albo ma do dyspozycji ciekawą zabawkę. Inaczej to nuda. Ale raz udało się jej zasnąć i zaliczyła dłuższą drzemkę wiec zmierzamy do celu:) Potem będzie musiała nauczyć się nie wypadać... Ale to może w późniejszym etapie...



Powinnam tu dodać, że nie znaczy to, że teraz wypada – nie ma szans - za mała jest...

Monday, December 13, 2010

Uwaga! Robie ciasto! Nawet dwa...


Po prostu taką miałam chęć, natchnienie i ambicje żeby własnoręcznie zrobić ciasto. W poprzedni weekend. Zainspirowal mnie 2,5-minutowy film-przepis, na który natknęłam sie na spryciarze.pl. Stwierdziłam, że jak zajmie mi nawet pare minut więcej to wciąż moge zaryzykować te parenascie minut w sobotnie popoludnie na kulinarny experyment po latach... A musze tu dodać, że ostatni raz ciasto robiłam ze 20 lat temu... Nie licząc marchewkowego ciasta z proszku tego lata, które troche nie wyszło, mimo, że z proszku... moze dlatego, ze instrukcje byly po szwedzku;)

Tym razem to miał być biszkopt z jabłkami. Ustawiłam kompa w stategicznym miejscu w kuchni, tak żeby za dużo mąki w klawiature nie wsypać, puściałam filmik i przystąpiłam do dzieła. Całość nie zajęła mi 2,5 a conajmniej 25 min, bo w trakcie ukazał sie napis, że piane ubijać 15 minut... no i jabłka mieli tam już obrane i pokrojone... Wszystko było bardzo proste ale pare rzeczy mi nie wyszło to jest;
- przez niueuwage wbiło mi sie o jedno jajko za dużo – a ponieważ nie było jak je wyciągnąć musiałam troche zwiekszyć ilości – tak mniej więcej – pozostałych składników; mogło to się jakoś przełożyć na efekt końcowy...
- blaszka okazała sie troche za mała i musiałam włożyć nieco mniej jabłek i ciasto okazało sie troche za suche
- ponieważ blaszka była troche mała, żeby zabezpieczyć rosnące ciasto przed wylaniem sie, musiałam załączyć wyższą temperature w piekarniku, żeby sie góra zapiekła – no i zapiekła sie ale troche za bardzo
- posypka z pudru też mi nie wyszła... o tym poniżej.

Tego popołudnia mieliśmy gości – była Bożena i Romek i Kasia z Vincentem. Pierwsza tura jabłecznika byla zaserwowana z lodami, które podkręciły troche smak. W sumie było nie najgorsze... Potem wszyscy obdarowani zostali 2gim kawałkiem już chyba bez lodów. Goście uprzejmie konsumowali a Czarek jakoś wolniej degustował – jak się okazało dociekając źródła pewnego smaku... No i odkrył, bo sięgnął po kawałek z najgrubszą warstwą posypki z cukru pudru. Wydedukował, że biała posypka to... proszek do pieczenia...
No i trochę sie uśmialiśmy:) Cóż, pomyłki ludzka rzecz;) Po prostu na tej samej półce w takich samych oryginalnych pudełeczkach (kto by tam w pośpiechu czytał szwedzkie etykiety) mamy proszek do pieczenia i cukier waniliowy wiec byłam przekonana, że posypałam cukrem. Tylko że – teraz zdałam sobie z tego sprawę – posypka miała być z cukru pudru a nie waniliowego wiec powinnam była sięgnąć po zupełnie inne pudełko z innej półki...
Ale ciasto polecam – a po tej lekturze unikniecie wszystkich możliwych błędów. Znajdziecie je tutaj
http://kulinaria.spryciarze.pl/zobacz/jak-zrobic-biszkopt-z-jablkami

A w tę niedziele zrobiliśmy kolejne ciasto z jabłkami - bardzo zdrowe - z platkami owsianymi. I to było MISZTROSTWO ŚWIATA. Normalnie niebo w gębie! I mega-proste i mega-szybkie. I to nie dlatego, że zrobiliśmy je w trójke z Carkiem i Anią, która odwiedzila nas z Alicją.
Naprawde polecam to ciacho ale z naszą modyfikacją, tj. skrojonym w plastry jednym bananem na jednej warstwie jabłek i rodzynkami. Ono bylo tak smaczne, ze ja tymczasem zakończę experymenty z wypiekami i na zawsze pozostane przy tym przepisie - oczywicie jak przyjdzie mi jeszcze kiedys ochota na zrobienie ciasta:)
http://wypiekizpasja.blox.pl/2010/07/Szarlotka-sypana-z-platkami-owsianymi.html

No prosze.. mial byc blog o survivalu w dżungli a tu nagle wpadają zapiski z zycia gospodyni domowej - czy moze z survivalu w kuchni;)


Saturday, December 11, 2010

Czasy prenatalne - prześladowania


A potem jak w kalejdoskopie zaczęły mi przemykać pewne sceny z ostatnich czterech miesięcy...

Najbardziej, tygodniowe max-szaleństwo (w 3m-cu ciąży jak sie okazało) na snowboardzie po czarnych trasach w Italii i bicie rekordów w speedzie i ilości przejechanych kilometrow przez caly tydzien– ktory to udało mi sie wygrać:). Naturalnie towarzyszyły mi liczne upadki czy "stłuczki"... czyli tarzalam się po stokach z przyczajonym maleństwem w jednym z najbardziej zgrożonych miesięcy...

Przez caly czas nie było tygodnia bez kilku treningów – body combat, kickboxing ale też joga – jak nie codziennie, to co drugi, często kończone dlugimi sesjami w saunie, bo to chłodne miesiące były... Ale jak tylko dowiedziałam się o dziecku, bałam sie podbiec choćby do tramwaju, żeby maleństwa nie poturbować, stracić etc. choć 2 dni wcześniej boxowałam sie 1,5 godziny w sat-sie...

Po powrocie z Włoch zainspirowane przez Edytę – razem z Kasią (jak cierpieć to lepiej nie w pojedynkę) zrobiłyśmy sobie dwutygodniwą, restrykcyjną dietę detox na samych małoodżywczych warzywach, jabłkach i grapefruitach. Dieta to miała oczyścić moj organizm, pozbyć go z toksyn i męczących alergii. No i pomyślałam sobie – głodziłam dziecko przez całe 2 tygodnie, może mieć jakieś ubytki na zdrowiu... Zwierzyłam sie ze swoich obaw jednemu z lekarzy – bardzo wyluzowanego, szczególnie jak na szwedzkiego lekarza - który to mnie uspokoil podając za przykład obozy koncentracyjne, gdzie kobiety rodziły dzieci pomimo permamentnego głodu i było OK. Potem sie zreflektował, że te obozy koncentracyjne to nienajforunniejszy przykład więc sie poprawił i podał za przykład obozy dla uchodźców.

No i co mnie jeszcze prześladowało? te nieliczne lampki wina... Lecz ten sam lekarz też mnie uspokoił, że ludzkość chlała od zarania dziejów i gatunek przetrwał... więc jak nie piłam jakoś na umór to powinnno wszystko być w porządku... bo on miał taaakie przypadki uzależnionych narkomanek, palaczek do tego pijących itp i dzieci rodziły się zdrowe...

Ale cóż miał mi mówić – przede wszystkim zadbał o mój komfort psychiczny (co mu się w dużej mierze udało). To co już było, co się robiło, należało do przeszłości, tego się nie zmieni i nie ma sensu sie zadręczać. Natomiast od teraz trzeba bardziej dbać o siebe i maleństwo i mysleć pozytywnie. W ogóle stwierdzil, że calkiem fajnie się bawię - Italia, snowboard, wino, sauna, sporty:)

Jednak te sceny prześladowały mnie często – w kontekście ewentualnego wpływu na nienarodzone maleństwo - odchodziły i wracały. A zbyt późno było na jakies badania prenatalne. Lecz Hania urodziła sie zdrowa jak ryba - będzie z niej twardzielka:)

Czasy prenatalne - ujawnienie


Hania ujawniona została o poranku 3-go Maja – czyli z początkiem swojego piątego miesiąca. Może powinna mieć zatem na imie Konstytucja? Całkiem niezłe imie dla dziewczynki, prawie jak Konstancja.. Tak czy owak, tego dnia, odkrywca – pan doktor – przy okazji wizyty mającej na celu omówienie planu działania, żeby zajśc w ciążę – z uprzejmym uśmiechem poinformował mnie, że właściwie to ja już jestem w ciąży... w 20-tym tygodniu. I pewnie sobie pomyślał, cóż to za jakaś mało rozgarnięta dziewka z tej Polski do niego przychodzi. Ale nie wyartykuował tego. A u mnie na tę wieść wystąpiło delikatne oszołomienie no i wielka radość, ekscytacja itp... że ot tak po prostu – bez bólu, zmartwień i wyrzeczeń - „podarowane” mi zostało 4-miesięczne dziecko w brzuchu.

W drodze do pracy niemal nie mogłam przestać sie śmiać, że te 20 tygodni umknęło mojej uwadze... (fakt, dość mocno zarobiona byłam– ale bez przesady;) ale zdołałam zadzwonić do Czarka, który właśnie pojechał do Polski, i donieść mu nowinę, że całkiem wkrótce będzie ojcem. Resztę dnia przesiedziałam na spotkaniu w przekonaniu, że przecież wszyscy widzą, że jestem w ciąży, że to takie oczywiste...

Jednak okazało się, że absolutnie nikomu nie przyszło to do głowy. Może moja mama z Justyną, podczas wielkanocnej wizyty w kwietniu, coś tam napomknęły, że jakoś brzuszek mi się zaokrąglił. Ale to lekkie zaokrąglenie było w moim mniemaniu efektem wielkanocnego, domowego obżarstwa więc komentarz uznałam za conajmniej niegrzeczny a wręcz zniewage i czepianie się i z trudem się nie obraziłam.


Stopniowo informowałam znajomych o dziecku i nikt nie kryl totalnego zaskoczenia, niedowierzania, że jak to, JA, w ciąży? W sumie nic dziwnego, bo mnie samej trudno było w to uwierzyć. Potem słałam zdjęcia brzucha niektórym niedowiarkom.
W biurze, kilkanaście dni później kupiliśmy torta i oficjalnie poinformowałam wszystkich, że będę miała maleństwo. Odbierając gratulacje, poprosiłam aby pogratulowano też Czarkowi, bo on jest ojcem dziecka... Na większości twarzy wymalowało sie zaskoczenie do kwadratu:)

Wednesday, December 08, 2010

Cud abstrakcja czyli Hania. Zamiast Gwatemali ;)


Od paru lat każdego roku przez kilka tygodni opisywałam tu swoje przygody z włóczęgi po ukochanej Ameryce Południowej. Była Boliwia, Wenezuela, Kolumbia, Ekwador i znów Wenezuela... Jako nastepny cel chodziła mi po głowie Gwatemala. Tymczasem los rzucił mnie w innym kierunku... i to nie w sensie geograficznym. Moja tegoroczna podróż rozpoczęła sie 30go września - a będzie to niekończąca sie życiowa podróż – bo wtedy to właśnie urodziła sie Hania. A Hania to... moja córka - czemu wciąż się nie mogę nadziwić. Spędzam z nią niemal 24h na dobę a od czasu do czasu - a nawet dość często - zdarza mi sie ocknąć i się kompletnie zdziwić, że ja mam dziecko, że jestem mamą, że to sie naprawde dzieje... Wciąż ten fakt, to wydarzenie, pozostaje w sferze abstrakcji, czegoś nieprawdopodobnego... Nie wiem kiedy zdoła to do mnie dotrzeć. Pewnie rzeczywiście wtedy, gdy Hania bedzie za mną biegać i wołać ‘mama’.

Tuesday, September 01, 2009

Ze szczesliwy powrot itp...

Pozdrowka z Geteborga.... Zatem udalo mi sie szczesliwie przezyc te Wenezuelska przygode i wrocic w calosci do domu... a raczej do pracy. Jak sie troche wykopie z roboty obiecuje sobie nadrobic pewne zaleglosci z nieopisanych tu jeszcze przezyc i wrzucic jeszcze pare zdjec...
Usciski dla wszyskich przyjaciol :)

Saturday, August 29, 2009

Nicnierobic... Plaza w Chichiriviche.


Nic nie robic, na,na,na,na... zimne pìwo w cieniu pic.... Taaa, jakze mi bliskie byly slowa tej piosenki dzisiaj. Nicnierobienie to chyba jedna z moich ulubionych czynnosci, moze na krotka mete ale jakze to moga byc blogie chwile:)
Podazajac za rada Delmara zakotwiczylam tutaj w Chichiriviche na wybrzezu na te 2 ostatnie dni w Wenezueli. Wlasciwie Delmar nie ograniczyl sie tylko do porady ale i do wuyszukania odpowiedniego hotelu/pensjonatu, rezerwacji, oplacenia i pozostawienia mi otwartego rachumku... Kochany czlowiek:)
Maly, przytulny hotelik La Tortuga Bay okazal sie usytuowany a raczej przyklejony do morza a obok ma skrawek swojej plazy. Hmmm... chyba powinnam sie byla tego spodziewac oddajac sprawe w rece Delmara. Z pokoju z okna (na polpietrze) mam 5m do wody i szum fal i morska bryza towarzysza mi w nocy... znaczy sielankowo...
Wczoraj, wczesnym popoludniem, zainstalowalam sie w pokoju migiem i wskoczylam do wody nie wracajac na lad przez niemal godzine... Potem powloczylam sie do miasta - a jest kawalek - ale wrocilam przed zmierzchem czyli wtedy kiedy miasto zaczynalo tetnic zyciem - zeby mnie nie okradli napadli w drodze powrotnej itp... i jeszcze zaliczylam wieczorne plywanie.
A dzisiaj... majac szerokie mozliwosci co do wyplyniecia na ktoras z licznych tu rajskich wysepek postanowilam nie zaprzatac sobie tym glowy. Po wytwornym sniadaniu pod strzecha na plazy zanurzylam sie w wodzie po to zeby po polgodzinie wyjsc, wypic piwo i ponownie powrocic do walki z falami. Takie przerwy techniczne sa niezbedne zeby przeplukac usta i gardlo z soli. A woda w morzu jest okrutnie slona przez to raczej niesmaczna... a niestety przy duzych falach - nie ma bata - zawsze sie pare lykow przypadkiem zrobi. Zeby zycie nie bylo za slodkie chyba;) Co do piwa, to trzeba je pic bardzo szybko, bo po kilku minutach robi sie cieple...
Potem zaleglam na lezaku i w pelni oddalam sie blogiemu niecnierobieniu w rytmach latino... glosnych rytmach merengue, ranacheras i itp. puszczanych z zaparkowanych nieopodal aut innych plazowiczow. Chcialam zaczerpnac na maxa slonca i goraca i naplywac sie na maxa, bo nie szybko nastepna okazja zanurzenia sie w takiej wodzie... Myslalam, ze jeden taki dzien mi wystarczy a tu sie okazuje, ze ta chwila moglaby jeszcze trwac...
W miedzyczasie poznalam grono ludzi, znajomych wlasciciela hotelu, ktorzy podrzucali mi od czasu do czasu piwo ze swojej przenosnej lodowki i zaprosili na zlowione przez siebie ryby, usmazone w hotelowej kuchni. Dwoch gosci okazalo sie z pochodzenia polgrekami i pollibanczykami od lat mieszkajacymi tutaj i - chyba wiedzac w czym sie specjalizuja Polacy -zaproponowali mi wodke -rowniez ze swojej dobrze zaopatrzonej lodowy. Taka dobra, truskawkowa... sprobowalam (nawet smaczna jezeli mozna tak powiedziec o wodce;) i dostalam cala butelke w prezencie:) Wiernych wirtualnych towarzyszy podrozy zapraszam na szklaneczke (jak tylko dowioze w calosci do domu)
A wiec tak sobie luzowalam caly dzien... luzujac nic mi sie nie chcialo i wciaz mi sie sie chce... rowniez pisac, a obiecalam sobie nadrobic zaleglosci w relacjach...


Tymczasem wychodze z kafei i przejde sie przez miasto, dzis zdecydowalam sie nie poddac, odwaznie stawic czola reality i wrocic sama do hotelu po zmierzchu... Przedostania noc w Wenezueli. Jutro kolo poludnia Delmar mnie stad zwija do Caracas, zebym w poniedzialek zlapala powrotny lot home...

Thursday, August 27, 2009

Nie-praw-do-po-do-bne (swiat jest maly)


Dzisiaj - autem, w towarzystwie kumpla Alonsa, bo nie chcial puscic mnie samej - wybralam sie pozwiedzac puebla wokol Barquisimeto, m.in. Torentire, miejscowosc specjalizujaca sie w artesaniach tj. rekodzielnictiwe czy jak by to nazwac. Sa tam dziesiatki sklepikow z takimi mniej lub bardziej recznymi "robotkami". Taka cepeliada.

Zagladalam do niektorych sklepikow i na kramiku przed jednym z nich zaintresowaly mnie jakies korale czy jakies inne pierdoly. Wyszla dziewczyna i zaprosila mnie do srodka, zebym zobaczyla wiecej. Przyglada mi sie i pyta jak mam na imie. Odpowiadam, a ona na to, ze jestem podobna do pewnej dziewczyny, ktora spotkala kiedys w Kolumbii ale nie pamieta jej imienia.... Po czym dodaje - to byla... Polka. Podnosze glowe, pytam kiedy??? Aaaa jakis rok temu z hakiem... w podrozy do Santa Marty. Patrzymy sie na siebie i w tym samym czasie ona mowi to ty, tak? a ja, ze to przeciez ja i padamy sobie w ramiona... Wyobrazacie sobie???!!! No comments. Carla zadzwonila do swojega meza i mu mowi ale nie uwierzyl, musiala my wyslac fotke z telefonu;) Ja tez wciaz nie moge uwierzyc w tu uwierzyc;) Zalaczam fotke z Carla.
Spojrzcie na ostatni akapit tego posta z podrozy po Kolumbi... link:

Kult Maria Leonsa. Jak sie poddalam rytualnemu oczyszczaniu pod "wzgorzem czarownic"



















Nie za bardzo mam czas na opisanie wszystkiego. W szybkim skrocie. Jaks godzine od Barquisimeto jest miejsce kultu Maria Leonsa, gdzie w pewnym sensie czci sie pewne osoby, postaci, prawdziwie istniejace lub mityczne. Ich krolowa jest Maria Leonse. Kult jest mieszanka wierzen indianskich, afrykanskiego woodoo i katolicyzmu. Wyznawcy ML twierdza, ze sa katolikami (chociaz tutejszy kosciol za nimi nie przepada, chyba nawet nie akceptuje) i wedlug nich wszyscy ci ich "patroni" czczeni niczym swieci czy bozkowie pomagaja im w drodze do Boga.

Ponoc bywa tu niebezpiecznie i Alonso niechetnie sie zgodzil mnie tu przywiezc.... Nieprawdopodobne miejsce, pelne malych kapliczek, sanktuariow, oltarzykow poswieconych roznym patronom a tam pelno jadla i wina zlozonych jako ofiary. Mozna tam spotkac wrozbitow, uzdrowicieli i tym podobne persony znaczy czarownice;)

Bylam swiadkiem rytualnego oczyszczania pewnego chlopca, poczekalam zeby pogadac z "czarownikiem" zwanym missionario, no i tak od slowa do slowa stanelo na tym, ze i ja sie temu poddam...

Wrzucam fotki, wiecej info i opis rytalu potem. Mam nawet kilkuminutowy film z tego...
Zapytacie pewnie jak sie czuje po tym... spoko, to jest spokojnie, bardzo spokojnie, juz drugi dzien ciagle spac mi sie chce:)

Tuesday, August 25, 2009

Mala Wenecja na lagunie Sinamaica











































O rajskiej lagunie Sinamaica zamieszkanej przez Indian Guajiros w palafitos, ktora zobaczylam dzisiaj i wciaz jestem pod wrazeniem jej urokow zarzuce slow kilka przy nastepnej okazji. Teraz ide lapac autobus do tego Barquisimeto.

Maracaibo - gorace, piekne, bogate miasto, skad rzut beretem do Kolumbii








Piekielnie gorace Maracaibo jest miastem wielu extremow, np. lezy nad najwiekszym jeziorem Am.Pld (120*200km) i ma najdluzszy most w Am.Pld (prawie 8,7 km) i jest najgoretszym miastem w Wenezueli i do tego najbogatszym jezeli chodzi o zasoby ropy. Natomiast jest drugim miastem pod katem wielkosci w Wenezueli (po Caracas). Lezy na Pn-Zach Wen. niecale 2 godz. od Kolumbii.
Bliskosc granicy z Kolumbia sprawia, ze okolice sa srednio bezpieczne - jak mnie ostrzegano, glownie z powodu intensywnej kontrabandy. Z Wenezueli do Kolumbii przemyca sie rope, bo - nie wiem czy tez moze to byc prawda, musze to zweryfikowac - dowiedzialam sie dzisiaj, ze paliwo w Kolumbii jest ... 100 razy drozsze. Wiec wcale sie chlopakom nie dziwie... bez sensu przeplacac a i warto przy okazji zarobic troche grosza;)
W Maracaibo mieszka wielu Kolumbijczykow, spora czesc od kilkunastu, kilkudziesieciu lat, gdy jeszcze w Kolumbii bylo niezle pieklo... a wielu z nich od mniej lub bardziej dawna para sie tutaj innymi przedsiewzieciami mniej lub bardziej legalnymi.
Przyjechalam tu wczoraj bardzo wczesnym przedpoludniem z Coro, zrzucilam bagaz w przechowalni na dworcu, bo myslalam spedzic tutaj tylko pare godzin i zwijac sie do Barquisimeto.
Glowna przyczyna dla ktorej zawitalam w te okolice Zulii bylo zobaczenie palafitos, takich domkow na wodzie, w ktorych mieszka spolecznosc indianska Guajiros. Na dworcu zapytalam jak sie dostac do miejsca, zeby je obejrzec i mi wytlumaczono droge do przystanku por puestos, ktorym sie dostane na Bella Vista, i tam sobie zobacze te palafitos.
Napìerw niemal kilka minut stalam przy wielopasmowej drodze przed dworcem, czajac sie przed wkroczeniem pomiedzy pedzace bez przerwy auta az pojawil sie gosc, co machnal reke, ze idziemy i jakos podazajac za nim udalo mi sie dostac na druga strone. Gosc chcial sobie pojsc ale ja- zeby sie utwierdzic, ze dobrze ide - zapytalam go o droge. No to ten zaczal mi tlumaczyc od nowa i w koncu stwierdzil, ze mnie zaprowadzi. Idziemy, gadamy, nazywa sie Jose i jest z Kolumbii. No i zapalilo mi sie czerwone swiatelko, bo mi tu powiedzieli, ze wszyscy Kolumbijczycy tutaj to bandyci. Prowadzil mnie jakimis zacienionymi zakamarkami (niby zeby uniknac palacego slonca), pomiedzy jakimis ryneczkami, wiaduktami... w miedzyczasie pokazal mi swoj identyfikator z pracy jednej, drugiej (pracowal na dworcu i w radiu czytal newsy) i ja sie zastnawialam po co to mi je pokazuje, po co sie uwiarygodnia, na pewno zeby uspic moja czujnosc... a stalo sie wrecz przeciwnie. Wiec trzymalam kurczowo telefon w kieszeni i plecak wcisciety w brzuch. Niby mily koles ale, nie wiadomo co sie tam czailo za ciemnymi okularami... a glupio byloby sie dac zalatwic, okrasc, wyprowadzic w pole w tak banalny sposob. Niby to ja go zaczepilam ale to on sie sam z siebie nawinal... znamy te sztuczki...
W koncu wyszlismy w przepieknym miejscu starego miasta przed bazylika (Basilica de Chinquinquira, patronki tego regoinu) i on mowi, wejdzmy do tego kosciola, byl tam nawet JPII, jest cudowna. Weszlismy. Bazylika rzeczywiscie cudowna, chyba najpiekniejsza jaka widzialam (a moze nie widzialam zbyt wielu) znaduje sie tam obraz Maryi (a nad nim ogromna korona z czystego zlota), do ktorego odbywaja sie pielgrzymki, bo ponoc czyni cuda. Jose zarliwie klanial sie, zegnal przed swietymi posagami, obrazami i zaczal zachecac mnie do robienia zdjec. Moje podejrzenie co do jego niecnych zamiarow ponownie wzroslo, taaa pewnie chce zyskac na czasie zeby namowic sie z kolesiami a przy okazji sprawdzic czy i jaki mam aparat... Uparcie odmawialam robienia zdjec wewnatrz i na zewnatrz bez sensu sie tlumaczac... Wyszlismy, popodziwialismy piekno okolicy, znowu odmowilam robienia zdjec, podeszlismy wiec kawalek - jakies 200-300m dalej byl ten przystanek... gosc ustawil mnie w kolejce, powiedzial stojacej obok kobiecie co ma powiedziec kierowcy (gdzie dokladnie mnie wystawic), pozegnal sie, powiedzial ze jest dobrym czlowiekiem... i sobie poszedl... i zrobilo mi sie glupio.

Bella Vista okazalo sie pueblem Santa Rosa de Agua, gdzie znajduja sie palafitos ale nie takie `prawdziwe, indianskie... Z jednej strony nowe, piekne domki na wodzie, obszerne kafeje a z drugiej sklecone z byle czego walace sie chaty i cuchnaca nie do wytrzymania brudna woda. Taki troche syf znaczy. Schowalam sie przed sloncem w krytej trzcina kafei, gdzie wysluchalam od siedzacego starszego tubylca conajmniej godzinny wyklad na tematy spoleczno-historyczno-polityczne Wenezueli. Bardzo ciekawie mowil ale takim hiszpanskim, ze niestety zrozumialam mniej wiecej polowe:(
No wiec palafitos ktore zobaczylam rozczarowaly mnie i wrocilam do miasta pozwiedzac czesc kolonialna. Nawet przypadla mi do gustu. Ale nie wiedzialam co robic dalej - bo chcialam zobaczyc prawdziwe palafitos ale nie wiedzialam czy rzeczywiscie warto, czy sa podobne do tych w Bella Vista - to zadzwonilam do Delmara po porade. A ten stwierdzil, ze skoro juz jestem w okolicy to jak najbardziej powinnam zobaczyc te prawdziwe palafitos a on ma tu kuzyna w Maracaibo, ktory ma kuzyna, zaraz zadzwoni i zobaczy co sie da zrobic. Wiec ja dalej powloczylam sie po miescie (teraz tez zakamarkami, chowajac leb przed sloncem, bo mialam wrazenie, ze gotuje mi sie mozg po czaszka i czapka), znalazlam hotel i jak juz robilo sie ciemno wyruszylam w kierunku dworca po swoj plecak. Znowu pytam o droge - dla pewnosci, bo ciemno to inaczej w okolicy, no i wczesniej szlismy przeciez inaczej, jakimis zacienionymi oplotkami. I zapytany mowi - nieee, absolutnie nie moge isc na pieszo przez most, ktory prowadzil na dworzec, bo tam kradna i mnie na pewno napadna - musze zlapac carro, co mnie zawiezie na terminal. Jak, gdzie... To on mnie zaprowadzi... sie przedstawia - Roberto, z Kolumbii jestem. Mucho Gusto:) Jak zrobil, tak uczynil i stal ze mna z 10 min czekajac na odpowiednie carro, wsadzil mnie w busika i pomachal na do widzenia. Zatem wiekszosc Kolumbijczykow tutaj to chyba jednak nie bandyci:)

Z dworca juz taxowka dostalam sie do hotelu, z ktorego nie wypuszczalam sie na miasto za rada wszyskich mi tu dobrze zyczacych. I nie musialam, bo na drugi dzien mialam juz zaplanawana wycieczke, dopieta w 100% przez Delmara.

Sunday, August 23, 2009

Na pustynnych wydmach na Los Medanos de Coro












Zaraz kolo drzewa pod ktorym zaleglam byla polowa grillownia miesa i stoliczki dla konsumentow. I facet trudniacy sie grillowaniem podrzucal mi co lepsze kaski, zebym szybciej sie zregenerowala:). Myslalam o powrocie do Adicory wiec obiecal mi zatrzymac jakis autobus, bo to bylo tuz przy drodze.
Jak juz troche doszlam do siebie stwierdzilam, ze nie jest jeszcze tak pozno, szkoda dnia i warto byloby zajrzec na Los Medanos de Coro - taka mini pustynie (jakas godzine z Morruy). Ale najblizszy autobus mial byc podobno dopiero o 17tej:(
Jak tak sobie siedzialam pod drzewem czesc klienteli zastanowialo sie co ja tutaj robie wiec odpowiadam co i ze planuje zobaczyc Los Medanos ale nie mam teraz jak... No i znalazl sie niejaki Eduardo, ktory jechal wlasnie w tamtym kierunku i mnie chetnie zabierze. Ma swoja firme inzynieryjna od jakichs konstrukcji elektryczo-budowalnych i wracal ze swoim pracownikiem z jakiejs roboty. Na miejscu wypil 2 piwa i po drodze kolejne 2... coz, w koncu prawie weekend... (dodam, ze on prowadzil).
Zostawil mnie na pustyni i zaoferowal, ze moze mnie odebrac, bo to pare dobrych km od Coro. Ja sie ponurzalam w pustynnych piachach, to znaczy za bardzo nie mialam ochoty sie w nich nurzac ale on byl wszedzie... Wiatr sprawial, ze piach unosil sie w powietrzu, zaopatrzyl mi kieszenie w ciezka ilosc co jeszcze bylo akceptowalne ale jak juz zaczal mi trzeszczec w oczach i zgrzytac w zebach to nie bylo juz tak fajnie.
W ogole niesamowita sceneria... normalnie Sahara chociaz raczej ziarnko piasku w porownaniu do Sahary jezeli chodzi o rozmiar... Ale bardzo ciekawe zjawisko, nie wiem czy gdzies jeszcze wystepujace w Am.Pld. Jest to niezla atrakcja turystyczna - duzo Wenezuelczykow przyjezdza tu pobiegac po wydmach...
Potem Eduardo mnie odebral, pokazal jeszcze kilka innych ciekawych miejsc m.in. miejsce gdzie pierwszy raz zszedl na lad i wcisnal espanolska flage Francisko de Miranda, hiszpanski konkwistador, jeden najwiekszych mordercow lokalnej ludnosci - a oni mu pomnik tu wystawili!!
Wlasnie w tej okolicy gdzie teraz jestem powstawaly pierwsze porty na nowej ziemii i pierwsze statki ze zrabowanymi dobrami wyplywaly do Europy. Calkiem niedaleko od Adicory podobna sa 3 wraki gdzie do tej pory buszuja pletwonurkowie w poszukiwaniu skarbow...
Niestety nie natknelam sie na zadna wypozyczalnie sprzetu nurkowego... kroluja za to szkolki windsurfingu i kitesurfingu.
Eduardo w miedzyczasie spozywajac kolejne 4 butelki piwa zapalal do mnie uczuciem i postanowil podrzucic mnie az do Adicory, gdzie wreczyl mi w podarunku firmowa koszulke, zaopatrzyl sie w kolejne butelki piwa i zaprawde nie wiem jak wrocil back to Coro:)

Cerro Santa Ana - jakiz smak i jaka wartosc moze miec woda


Na wczoraj mialam zaplanowane wyprawe na Cerro Santa Ana, gdzie znajduje sie park narodowy i wzgorze 830m. Wszyscy, jezeli chca wejsc na szczyt zaczynaja wyprawe wczesnie o poranku o 7mej, 8mej... Ja troche zaspalam (a troche nie chcialo mi sie wstac) i gosc z hotelu powiedzial, ze teraz to wszyskie grupy z przewodnikami juz dawno wyruszyly i raczej nie popiera mojej idei samotnej wloczegi ale skoro sie uparlam zaprowadzil mnie na por puesto do Morruy. W Morruy w bramie parku stawilam sie o 12tej..Nie do konca swiadoma co mnie czeka wyruszylam z niecalym litrem wody i po sniadaniu w postaci 2 bananow (nic wiecej nie osmielilam sie zjesc z powodu nocnych rewolucji).
Wchodze sciezka wycieta w chaszczach, takich suchych krzaczastych drzewach i kaktusach. Na poczatku najwiekszym moim zmartwieniem byly weze i pajaki. Wiec szlam wolno, z oczami dookola glowy i nad glowa, bo przeciez jak wszyscy wiemy z roznych filmow weze moga zwisac z galezi albo czaic sie gdzies w trawie.
Trawy tam nie bylo, bo ziemia max zeschnieta, ale jakies galezie i krzaki tak...
I tak sobie szlam - nie powiem, ze nie w trwodze - wybrazajac te tarnatule i te weze, a z drugiej strony wiedzialam, ze skoro przewinelo sie tedy kilkanascie osob o poranku to droga powinna byc raczej czysta... Wkrotce zaczelam widywac pierwsze osoby juz schodzace, totalnie wyczerpane, mowiace ze to normalnie jest muerte (zabojcze) i ze zycza mi powodzenia:) Kazdy z nich dawal mi inne wskazowki co do tego jak daleko jeszcze a ja wybieralm ta najbardziej optymistyczna dla siebie. Moja uwaga z ewentualnie zagrazajacej fauny przeniosla sie na trud marszu... slonce palilo bez litosci a marne krzaczory ledwie rzucaly jakas namiastke cienia, wypilam juz wiekszosc wody ale szlam z zupelnie nieuzasadniona nadzieja, ze jakos to bedzie. No i napatoczyl sie schodzacy przewodnik, ktory to uswiadomil mnie, ze to jeszcze nawet nie polowa, ze potem bedzie jeszcze gorzej, podejscie bardziej w pionie i ze potrzebuje min.3l wody + cukierki + proteiny itp.. czyli wszystko co niezbedne zeby zdobyc jakis przyzwoity szczyt. A ta gora wydawala mi sie zaledwie pagorkiem.. Cukierki mialam ale bez cukru wiec bez sensu... nic wiecej do jedzenia i 1/4 litra wody. Blisko szczytu jest jakies zrodlo wody, niby pitnej - ale tylko dla zdesperowanych... Po tej garsci raczej wiarydodnej informacji postanowilam.... isc dalej - tym razem zupelnie nie wiem po co. Doszlam mniej wiecej do polowy albo i wyzej i mialam calkiem niezly widok na otaczajaca okolice ale nie mialam juz ani kropli wody. A jak smakowaly te oststnie krople... Odwrot byl nieunikniony.
Podczas schodzenia po raz kolejny uswiadomilam sobie, ze wolalabym zdecydowanie bardziej umrzec z wychlodzenia niz w upale z pragnienia. Jezeli juz musialabym kiedys wybierac;) Bylo strasznie... szlam coraz wolniej, slabnac w niesamowicie szybkim tempie. Doszlam do bramy a tam jeszcze musialm dokonac formalnosci rejestracyjnych (w sumie powinnam byla odhaczyc powrot ale jak wchodzilam staznik byl na lunchu wiec moje wejscie nie bylo zarejestrowane). Straznik okazal sie zapalonym entuzjasta fauny i flory parku i zaczal opowiadac i preentowac mi zdjecia w komorze jakie zrobil w ciagu ostatnich dni wlasnie wezom (pieknym, do 3m!), taarantulom, lisom... jakis dziki kot tez tam byl-jakby podobny do malego lamparta... Dobrze, ze zobaczylam to po;) Ciekawie sie sluchalo ale ja chcialam najnormalniej w swiecie PIC. WOOODY krzyczal moj organizm. Nieopodal na szczescie staly dziewczyny sprzedajace jakas lemoniade z lodem z gara (normalnie w zyciu bym tego nie wypila), nie mialy wydac ale starczylo mi drobnych na kubeczek i kilka kostek lodu extra. Mocno mnie to podratowalo, bo do najblizszego sklepu bylo jeszcze z 10 min w pelnym sloncu... Kupilam puszke pepsi, butle wody i gatorade, zaleglam pod drzewem i przez ponad godzine dochodzilam do siebie wlewajac plyny...

Friday, August 21, 2009

Adicora - un dia el la playa


Spelnilo sie moje pobozne zyczenie, ktorym zylam od kilku dni ledwie znoszac te tropikalne upaly... Od kilku dni gdzies tam sie krecilam w okolicach wybrzeza ale dopiero dzis dotarlam na skraj i zanurzylam sie w wodzie, wodzie morza karaibskiego:) I trudno pisac o rozczarowaniu w tak pieknych okolicznosciach przyrody - rzeklby ktos - ale po prostu temperatura wody niestety nie przyniosla mi ulgi... Normalnie zupa, i to za slona;) Chyba jeszcze nigdy nie plywalam w az tak cieplej wodzie... nie bylo tego dreszczyka towarzyszacego przy zanurzeniu sie w np. Baltyku, tu wchodzilo sie jak w maslo...
Jestem w Adicorze, niewielkim pueblu turystycznym dla lokalesow. Generalnie nic ciekawego... procz plazy i morza i calego biznesu okoloturystycznego. Tak sie zlozylo, ze zawitalam tu w weekend wiec sa dzikie tlumy ludzi. No i moge tylko powiedziec, ze Wenezuelczycy spedzaja bardzo podobnie wczasy na plazy... tj. konsumujac i jeszcze raz konsumujac, taplajac sie w wodzie. smazac...

No i potem kiedys dokoncze, bo swiatlo wysiadlo w kafei i zamykaja;(

Kontynuujac (nd 23/08)...

Chcialam napisac jak to fantastycznie byc tu na wybrzezu ze wzgledu na dostep do swiezych ryb i owocow morza... i jak tylko tu przyjechalam zamowilam sobie Calamares al anillo, tj smazone kalmary w sosie lekko czosnkowym, podane z: salatka, ryzem, arepa i smazonymi babanami. Danie bylo przepyszne ale dalsze konsekwencje dosc bolesne. Obudzilam sie z fatalnym bolem zoladka w srodku nocy, dreszczami i chyba goraczka... Zrewidowalam swoja apteczke, lyknelam wszystko co moglo sie nadawac i dopiero po 1-2 godz zasnelam... Caly dzien wczoraj mialam lekie mdlosci ale dzis jest juz chyba lepiej...

A propos kapieli w morzu ta w dzien lekko rozczarowala ale ta wieczorna byla wrecz bajeczna. Ciepla woda, powietrze nie za gorace, na niebie gwiazdy, na plazy fiestas, muza na maxa, co 50m inna... Normalnie blogosc, kolejna chwila pelni szczescia, tylko cos mnie od czasu do czasu jakby nakluwalo, mialam wrazenie, ze to jakies podwodne insekty ale jak dowiedzalam sie potem to male rybki sie o mnie rozbijaly...

Wieczor w Adicorze to wlasnie jedna wileka impreza zlozona z kliku mniejszych fiestas... glosniki wykorzystane na maxa, ludzie pija, tancza, gdzieniegdzie muza live - np. na bebnach, reagge... ale klimaty troche dla mnie za ciezkie... zbyt lokalesowe albo tez nie bylam w stanie sie zintegrowac z bawiacym sie tlumem ze wgledu na pelen stan trzezwosci (przez te kalamary..) w przeciwienstwie do reszty po niemalej dawce aloholu czy na dragach... Ograniczylam sie do spaceru wokol w obstawie goscia z hotelu i mi wystarczylo.
Fiesta ma tez miejsce na drogach i dalszych czesciach plazy, wystarczy myzyka z auta i nic nikomu nie przeszkadza w zabawie i tancu...

A propos dragow, to z nieoficjalnych zrodel dowiedzialam sie, ze tutaj na polwyspie, troche dalej na polnoc od Adicory, przerzucany jest towar z Kolumbii, ktory lodkami transportowany jest na pobliskie wyspy, skad dalej wysylany jest to Europy czy US... bo z polwyspu jest rzut beretem na Curacao, Arube i Bonaire. Ale ´trasportem morskim´ mozna dostac sie tam tylko nieleganie:( No wiec raczej nie wybiore sie...