Saturday, August 18, 2007

Wybrzeze Pacyfiku - raj odnaleziony





































No coz... a jednak jest tu pieknie! Zamierzam przebukowac powrotny lot na pozniejszy termin (nie ten do domu, tylko do Medellin) - chociaz moze byc ciezko:( Po prostu rozbraja mnie bliskosc selwy (100m od hotelu) i to selwy takiej konkretnej w postaci zielonej sciany, no i oceanu - ok.200-400m ale zalezy od przyplywu/odplywu. Poziom wody w oceanie zmienia sie co 6 godzin i raz odkrywa a raz zalewa obszar okolo 200m (tj. o ok.2-4 metrow przy skalach). Tak wiec spacerujac w jedna strone wybrzezem po kilku godzinach sie nim nie wroci bo jest zalane...
Dzis opiekowal sie mna Leo z mojego hotelu. Rano odwiedzilismy jego znajomego w domu przy samym brzegu w porcie i 20 m od selwy - i to co zobaczylam jest zupelnie nie do wiary - gosc mieszka w totalnie opajeczonym domu! Przysiegam!oczywiscie nie ma okien (bo po co tutaj) ale nie ma tez moskitier - caly taras, okna sa spowite niebieskawa pajeczyna, produkowana przez dziesiatki wielkich pajakow. Sa tez w srodku mieszkania ale wlasciciel przemieszcza je w bardziej potrzebne miejsca - normalnie schiza - musialam uwazac na kazdy ruch, potem sie przyzwyczailam. Coz, jedni hoduja rybki... Jednak pajaki sprawiaja, ze mieszkanie jest kompletnie odizolowane od wszelkich insektow i robactwa, co biorac pod uwage lokalizacje (miedzy dzungla a oceanem) jest super rozwiazaniem (jak ktos nie ma aranofobii czy jak sie to nazywa..).
Potem odwiedzilismy innego znajomego zajmujacego sie produkcja lodzi (i to naprawde niezlych). Nawdychalam sie tam troche oparow klejow - chlopaki akurat kladli 5 warstw wlokna szklanego na burty. Strasznie zmudna robota... Nie moglam patrzec jak nie uzywaja masek, wiec zrobili mi przysluge i zalozyli;) Jedna srednia lajbe robia w tydzien.
Lodki zwie sie tutaj lancziami. Wczoraj w okolicach Nuqui jedna lanczia miala wypadek, podobno grupa turystow spanikowala z jakiegos powodu i lodka sie wywrocila - jedna babka utknela pod lodka i zginela. Lepiej wiec wloczyc sie solo niz podrozowac ze spanikowanymi turystami;)
Obecnie tu w zatoce jest sezon na wieloryby - nie wiem dokladnie czy to jest czas ich rozmanazania czy zalotow - moze bede miala szczescie zobaczyc... Dosc liczne sa tez delfiny. Poza tym jest to totalne eldorado dla entuzjastow wedkowania (czyli nie dla mnie:)
Leo byl mi tez przewodnikiem po pobliskiej selwie - nie pozwolili mi poszlajac sie samej po okolicy chociaz sciezka byla calkiem wydeptana na wielkie zadzunglone wzgorze. Spacer - czad! Chyba jestem dzieckiem dzungli;) Tylko z powodu licznych jaszczurek, wielkich mrowek, gasienic i pajakow ciagle musze sobie przypominac ze zanim podepre sie o jakies drzewo czy zlapie jakas galaz musze je dokladnie obejrzec...
Kapiel w kaskadzie z widokiem na ocean i z bajorkiem o glebokosci 1.2m - sluzacym jako naturalne jakuzzi - dopelnia piekno dzisiejszego dnia...
A na jutro mam zorgzanizowany 5godzinny przemarsz przez glebsza selwe, mam nadzieje, ze taka dzika, ze bez maczety ani rusz:))

Friday, August 17, 2007

Wybrzeze Pacyfiku... gdziez ten raj?

Ale pojechalam na maxa z tym Pacyfikiem a jeszcze bardziej Bahia Solano… Z tym uwiezieniem sie tutaj to zartowalam ale okazalo sie ze nie koniecznie;) Dwugodzinny obsuw na lotnisku sprawil ze mialam troche czasu pomyslec o tym gdzie sie wlasciwie wybieram i musze przyznac troche sie niepokoilam… W koncu zabrala nas dwudziestoosobowa awionetka i wyladowalismy in the middle of nowhere… Lotnisko to w rzeczywistosci maly plaski budynek z podworkiem, na ktorym znajdowaly sie pasy startowe - klimat znany mi z Rurenabaque w Boliwijskiej dzuglii – na oko lekki chaos jednak o swoistym porzadku. Udalo mi sie odzyskac przetrzepany bagaz, zarzucilam go na plecy i - no coz - najzwyczajniej w swiecie nie wiedzialam co dalej (co jest uczuciem dosc dziwnym:) Do ´miasta´ jakies 30 min pieszo sie dowiedzialam – wiec dojechalam czyms w stylu budy na 3 kolkach. Pierwsze pytanie do kierowcy to czy jest tu internet café, bo chcialam poczytac cos wiecej o tym gdzie jestem, znalezc moze jakis nocleg etc… w duchu jednak liczylam (i licze nieustannie:) na jakis przypadek. Gosc byl pomocny i pokazal ewntualne miejsca gdzie moglam sie zatrzymac – ale zostawil mnie tam gdzie chcialam –w kafei (niezla, 8 kompow ale maaakabrycznie wolne i literki z klawiatury poscierane, co utrudnia mi pisanie –bo biegam i sprawdzam na innych klawiaturach). No i przypadek sprawil ze mama goscia od internetu prowadzi hotel… wiec mam dach nad glowa (za 2-3 razy tyle co wczesniej placilam).
Taaak, Bahia Solano, nazwa brzmiala mi tak pìeknie, wyobrazalam sobie hamak na pieknym wybrzezu z selwa w tle… Jednak okazalo sie ze jest to zwyczajne male pueblo, zamieszkane w 95% przez czarna ludnosc (wiekszosc kolumbijskiego wybrzeza Pacyfiku zamieszkuja potomkowie fali zwiezionych tu niewolnikow z Afryki) i zolnierzy. Woda przy wybrzezu Bahia Solano bardzo mulista, nie nadaje sie do kapieli – jakis smutny widok ten Pacyfik tutaj. Ale podobo pol godziny stad jest pieknie… jutro zobacze. Jeszcze piekniej jest jakies 3-4godz stad w Nuqui – miejscowosci do ktorej postanowilam nie poleciec (majac do wyboru Bahie Solano), bo wydala mi sie zbyt turystycznym kierunkiem… Przespacerowalam sie wzdluz lekko skalistego wybrzeza, napotkani po drodze zolnierze pokazali ukryty wodospad wpadajacy prosto z selwy do oceanu (ponoc jest ich tu multum). Tu musze przyznac ze uzbrojeni po zeby zolnierze to w rzeczywistosci mile chlopaki, choc na pierwszy rzut oka wygladaja tak jakby byli w tym miejscu w ktorym sa, po to zeby Cie zabic. Jednak pogadanka z gringa – no wlasnie, tutaj mowia na mnie gringa! – to dla nich rozrywka.
Generalnie w pueblo klimat niesamowity… zderzenia cywilizacji – drewniane ledwo trzymajace sie, polatane chaty na nogach (czasem ocean wylewa), w srodku TV, na zewnatrz mieszkancy domu (zycie toczy sie na zewnatrz) czesto z komorami przy uchu. Jednak przewaza bieda… Po poludniu mozna bylo zobaczyc gosci wracajacych z roboty z wielkimi maczetami w dloniach i przybijajacych do brzegu rybakow.
Ja tymczasem obok hotelu mam juz ¨swoja¨ restauracje – po prostu boooska rybe mi gosc zaserwowal a na jutro obiecal cos jeszcze lepszego… Mam rowniez kumpla – Marco Antonio alias Tony, ktory po minucie od poznania opowiedzial mi swoja historie o zyciu w ukryciu od 20 lat... pochodzi z Medellin (rzeczywiscie, za bialy jak na lokalnego) zaszyl sie tutaj po tym jak zostal wrobiony/wspoloskarzony o morderstwo exburmistrza Medellin… Historie oskarzenia i ucieczki zreacjonowal mi dzien po dniu – nie wszystko zrozumialam, bo sie troche jaka. W sumie mily czlowiek jak na kogos, kto kogos zabil – ale mowi ze nie zabil, wiec moze nie zabil;)
Niezwykle radosnym popludniowym odkryciem bylo dla mnie wyczajenie mojego ulubionego wina na polce w sklepie przy hotelu… Mniej radosna jest cena – jakies 2.5 raza wyzsza niz placi sie w Szwecji (za butelke chilijskiego Casillero del Diablo). Mialabym tu za ta kase 3-4 butelki niezlego rumu. Jednak zrobilam rezerwacje – ide sprawdzic czy jeszcze jest;)
Ciekawe, co przyniesie jutrzejszy dzien…

Thursday, August 16, 2007

Bez szczegolnego zachwytu o Medellin

Nic nadzwyczajnego to Medellin... ale trudno zeby mnie zachwycilo po Cartagenie - najpiekniejszym miescie Kolumbii .. Z pozytywow to mialam calkiem przyzwoity hotel z rozowa posciela a nawet tv i radio w pokoju (nie skorzystalam ale mialam) a nawet - uwaga! z ciepla (goraca) woda! Sprawdzilam ksiege gosci - zawsze to robie w poszukiwaniu Polakow - i odkrylam ze dzien wczesniej przez 2 dni mieszkal tu niejaki Adam Kotlinski. Sie minelismy...
Medellin zwane jest miastem wiecznej (calorocznej) wiosny jednak w tej chwili ta wiosna jest bardzo upalna... Odespalam nocna podroz, poszwendalam sie troche po miescie ale nic tak naprawde nie zwiedzilam, bo mi sie nie chcialo. Jakies muzea mi polecano ale jakos nie bylam w nastroju (a co sie bede zmuszac). Mialam tez przejechac sie metrem (taak! Medellin ma metro! normalnie jak Warszawa:), bo to jedna z bezpiecznych atrakcji jednak wydala mi sie malo atrakcyjna. Wieczorem zajrzalam do knajpy z muza live jednak z racji zageszczajacej sie atmosfery wycofalam sie szybko. Generalnie chyba mit miasta ogarnietego nieokielznana przemoca sprawil ze mniej odwaznie stawialam tu kroki.... Z istotnych dla mnie spraw zalatwionych tego dnia byla wizyta u fryzjera. Po warkoczykach wlosy mi sie skoltunily okrutnie i chodzilam od paru dni z dwiema duzymi kulkami koltunow na glowie. Chcialam je wyciac ale pani fryzjerka sie zawziela i rozczesala co zajelo jej jakies 2godziny (+ 2godz moich prob). Pani wczesniej przeprowadzila interwju i to co mi uratowalo wlosy to fakt ze w te dni (swoje lub klientki ) pani wlosow nie scina; ciekawe...
W miedzyczasie zalatwilam podroz nad Pacyfik. W prezencie na swoje urodziny i na okolicznosc ze mnie dotad nie okradziono zafundowalam sobie przelot w obie strony. Zreszta tam sie raczej nie dojedzie droga ladowa (przynajmniej nie zawsze)... Uwiezilam sie tam do poniedzialku lub wtorku. Lece zwijac manele - za jakies trzy godziny laduje w wilgotnej strefie tropikalnej... hmmm, brzmi niezle:) Miejscowosc nazywa sie Bahia Solano i kompletnie nic o niej nie wiem...

Uroki Cartageny

Cartagena mnie po prostu urzekla! Do tego stopnia, ze postanowilam poswiecic jej jeszcze jeden dzien (razem dwa). Faktem jest, ze pierwszego dnia w ekipie nie zobaczylam tego wszystkiego co chcialam (te kompromisy) ale potem towarzystwo sie rozjechalo.
Ze Starego Miasta nie chce sie wychodzic... malownicze, waskie uliczki z kolorowymi budynkami z okwieconymi balkonami wciagaja; sa pelne ulicznych sprzedawcow oferujacych wszystko co mozliwe, rowniez afrykanek z tacami owocow na glowie. Wloczac sie tu i tam zajrzalam nawet do Katedry. Ale doskonaly cien mozna zlalezc na laweczkach pod drzewami na Placu Boliwara, gdzie lokalni starsi panowie prowadza rozgrywki szachowe, pucybuci pucuja buty a obnosni sprzedawcy kawy w termosach oferuja najslodsza kawe na swiecie. Mimo to gorac straszna. Nawet w nocy, pomimo niewykonywania zadnego wzmozonego wysilku, krople potu wystepuja na czolo....
Troche wytchnienia mozna doznac na wybrzezu, morska bryza i woda robi swoje... Spotkalam tam kolesia z Bogoty, kroty obiecal byc mym przewodnikiem jak juz dotre do stolicy. W Cartagenie odbylismy wycieczke poznawcza po supermarkecie, bo wyszlo na jaw ze nie jarze pewnych typowych kolumbijskich produktow (czasem byla to kwestia niejarzenia hiszpanskiego/latynoskiego slownictwa)
O poranku obowiazkowo wybralam sie do slawnego bastionu San Felipe - majacego niegdys chronic skarby Cartageny przed ciaglymi atakami piratow. Budowla naprawde robi wrazenie, mozna poczuc te krwawa historie. W miedzyczasie wynajety z 6usd przewodnik nie odklejal sie ode mnie w ciemnych podziemnych korytarzach po ktorych wloczylismy sie troche bez sensu, bo nic nie bylo widac przy slabym swietle jego latarki. Kolumbijczycy sa niemozliwi, potem w autobusie uwodzil mnie starszy gosc, profesor prawa, w naprawde dosc zaawansowanym wieku, tj ladnie po szescdziesiatce).
W koncu nadszedl smutny czas rozstania, rozstania z karaibskim wybrzezem. Teraz bawie w oslawionym Medellin, tzn. dopiero tu dotarlam, 13 godz nocnym autobusem - ha! i zadnego rabunku po drodze! a jednak mozna podrozowac po Kolumbii noca... Oj trace czujnosc w tej oazie bezpieczenstwa (ale jakby co to zawsze noz w plecaku prawie pod reka:).
No dobra, to ide sie po rozejrzec po miescie, ktore tak wiele zawdziecza Escobarowi...


Wednesday, August 15, 2007

Short update - Lost City, Tayrona Park & lovely Cartagena...

I went to Ciudad Perdida and after 6 days managed to come back. Still alive, still in one piece and still no guerilla met. I have to make sure I´m in Colombia;) It was really interesting and quite exhausting adventure this trip to lost city. The prize was amazing views and magic feeling there in our destiny. Haven´t seen so far sth like this - hidden in the jungle rest of civilisation; great experience just to be there for couple of hours despite 3 days walking each way in heavy morning sun and heavy afternoon rains, crossing rivers milion times (most time nothing dry) and neverending fighting with mosquitos meantime. The only few more drastic experiences was an attack of albino (white) frog which just jumped on me, tarantula in one of our camps and crossing one really dangerous river when coming back (too much rain meantime). But hanging in hammocks each night & listening to vallenato songs (vocal -our guide) helped out to be ready each morning for next adventures.On our way in a small ´tent laboratory´ we had also possibility to go through the training of cocaine production process which I found quite similar to paper production process. Some different chemicals were used and of course coca leaves instead of pulp... Due to good profitability I would suggest to think over diverification at AP;) On our way we could also meet Kogis Indians living there like ages before although nowadays for example can listen to the radio... They wear traditional hand-made clothes and maybe it was not the bast idea to give them my Tshirt which I didn´t need anymore (it was with AP logo - so I did it in frame of promotion:)
After Ciudad Perida and making myself againg human being (long shower, laundry service etc..) with some people met on the trip we went to do nothing and chill out in National Tayrona Park, located on the coast and called paradise. I can only agree with this name as indeed it was paradise. Alost empty marvellous beaches & bautiful bays, meantime terrible sun & rains and then unforgotten night in una hamaka 20m from the sea.
Now I´m in Cartagena. I´m completely amazed by this city, especially old town. Just couldn´t stop taking pictures there and no much memory left on my card. But those very narrow streets, colorful buildings with balconys looked so wonderful (lack of vocabulary to describe). On my photos probably less wonderful, not only because Im a bad photographer but it´s also a matter of being here and feeling the history. Just came back from the San Felipe bastion the object of neverending attacks of pirates and also French & English colonists - very bloody stories. I took a guide to listen some of them. He was taking me to the most dark corridors and taking care of me very much. Still feel his breath on my neck:)
Today while walking around I´m tasting all the fruits I could buy on the small market. Can not remember names... it´s quite exiciting - I never know if will just love it or have to spit out (tak sie pisze wypluc?) immidiatelly:)
Yesterday I was also taken for a tour to Supermarket (Gracias Nicolas!) and had possibility to see & taste some typical Colombian products. Sweet bocadillos (of guayaba taste) with milk... yammi, yammi. Also found out that good cup of coffee - only in JuanValdezCafe, only with canela.
My last hours in Cartagena... so nice in internet cafe with air-conditioning but I better go out to enjoy even more old town views although suffering so much calor. Next station - Medellin! Then - could be that Pacific coast...

BTW - I met a Swidish girl two days ago and I practised my Svenska! As promised! I aksed her ¨hur mar du?¨ and for the same question I answered ¨Jag mar jattebra!¨ Task realised:)

Monday, August 13, 2007

Krotki wypad do Parku Tayrona (w ramach rekonwalestencji po dzungli)

no wlasnie... nie dokonczylam o Ciudad Perdida wczoraj, bo (po domyciu sie i odebraniu rzczy z pralni) w poznanym tam izraelskim towarzystiwe wybylismy na prawie 1.5 dnia i jedna noc do Parku Narodowego Tayrona. Park Tayrona to zachwycajace wybrzeze porosniete buszem i palmami, z rajskimi plazami i boskimi zatoczkami. W sumie nic nadzwyczajnego tam sie nie wydarzylo (procz awantur na trasie z taxowkarzem): slonce prazylo do poludnia, po poludniu lalo, morze bylo wzburzone (ale w zatoczkach blogie), komary kasaly umiarkowanie; udalo nam sie znalezc kokosy wiec mielismy co jesc, spalismy jakies 20m od morza - ja w hamaku pod strzecha (5usd, bo z moskitiera) (inni w namiocie ale noc mieli niespokojna z powodu robactwa), poplywalismy i wrocilismy do Santa Marty po to by zabrac manele, bo - tym razem w towarzystwie jednej Izraelki i Brytyjki - przemieszczamy sie do Cartageny (4,5 h autobusem). A o Cartagenie jutro a potem o Medellin, moim kolejnym celu podrozy... a c.d. o Ciudad Perdida jakos potem... no hay tiempo:)
Hasta luego!

Sunday, August 12, 2007

6 dni w dzungli na tropie zaginionego miasta Indian Tayrona

Bylam, wrocilam, przezylam! Niezapomniane 6 dni minely niepostrzezenie ale godziny wedrowki ciagnely sie w nieskonczonosc! Cala wyprawa skladala sie z roznych "part of adventures" (czesc skladowa przygody) jak okreslali wszelkie dogodnosci lub niedogodnosci - przewidziane lub nieprzewidzine nasi przewodnicy. ¨Impreza¨ byla zorganizowana przez jedyna sluszna agencje obslugujaca wyprawy do Ciudad Perdida; wszyscy bylismy kompletnie zaskoczeni jak okazalo sie ze nasza grupa liczy... 20 smialkow! (widzicie? Kolumbia to jednak turystyczna kraj!) Prawie jak wycieczka szkolna! Potwierdzil sie fakt ze Zaginione Miasto odwiedza coraz wiecej osob i w tej chwili jest to okolo 2000-3000 osob na rok, jak na taka atrakcje arecheologiczna to wciaz nie duzo w porownaniu z Machu Pichu gdzie tyle osob pewnie wpada na dzien… Towarzystwo bylo bardzo miedzynarodowe najwiecej trafilo sie Amerykanow, Australijczykow,Holendrow i Kolumbijczykow. Oto niektore ¨parts of adventurte¨
Czekanie – czekanie bylo jednym z glownych czesci skladowych wyprawy; czesto nie wiedzielismy na co czekamy (moze dla samego czekania). Pierwszego dnia mielismy stawic sie o 9,30 w biurze; moze wyjechalismy ok 11,30 (formalnosci, platnosci, zapakowanie bagazy i inne nieznane sprawy organizacyjne a todo tranquilo, muy tranquilo); a potem po drodze bylo wiele jeszcze innych spraw do zalatwienia na miescie (wiec +1h) a potem prawie odpadlo kolo w jeepie (standard - part of adventure) wiec trzeba bylo je naprawic (+1h); ostatecznie do bazy wypadowej dotarlismy ok 16tej (a to tylko 2h z hakiem czystej jazdy); i w bazie kolejna godzina czekania ale tu juz nie wiedzielismy na co…. Skonczylo sie tym ze pierwszego dnia 2 godziny z czterech szlismy w kompletnej ciemnosci i rzesistym deszczu; kazdy sobie… nie wiem jak to sie stalo ze sie nie pogubilismy….
Deszcze niespokojne – bo epoke deszczowa mamy teraz...kazdego popoludnia wiec lalo; ale lalo tak na maxa – tak, ze bardziej sie nie da! Naturalnie nie chowalismy sie po drzewami lecz maszerowalismy, bo pod drzewami tez lalo… a moja mysla przewodnia byla nadzieja ze jeszcze nie zamokl mi spiwor w plecaku (raz zamokl a potem lekko sie podpiekl podczas suszenia nad ogniem)
Rzeki – z powyzszego powodu (deszczy) z kazdym dniem rzeki wzbieraly i coraz trudniej bylo je forsowac; apogeum nastapilo dnia piatego – lina i asekuracja dwoch osob byla niezbedna; dodam ze sciezka wiodla w ten sposob ze np. te sama duza rzeke - Buritace - przekraczalismy okolo 3-4 razy idac w jedna strone...
Kokainowa Szkolka – to temat na osobny post wlasciwie… tak czy owak drugiego dnia za dodatkowe 12 $ mielismy mozliwosc zapoznac sie z procesem produkcji kokainy (moze potem opisze). ¨Wykladowca¨ zademonstrowal kazdy etap dokladnie a otrzymany produkt (ale jeszcze nie proszek) mozna bylo zdegustowac. Odrobina, ktorej skosztowalam zadzialala jak miejscowe znieczulenie u dentysty – paraliz wewnetrznej czesci jamy ustnej. Podobno lokalnie uzywa sie tego srodka do celow znieczulajacych jak trzeba wyrwac zeba. Koke w Sierra Navada uprawia sie masowo – tak jak ryz, juke, kukurydze i inne rosliny… Jest czescia plonow praktycznie kazdego gospodarstwa i nikt tego nie kryje. Liscie a najczesciej czesciowa przerobiona mase sprzedaje sie do glebiej ukrytych laboratoriow. Po ¨szkoleniu¨ doszlam nawet do wniosku ze proces jest dosc zblizony do produkcji papieru – tylko glowny surowiec inny i pewne dodadki (tu benzyna odgrywa istotna role i silnie zracy kwas ale - by uspokoic konsumentow - te substancje sie potem neutralizuje). Ale tez trzeba je rozwloknic, ´´uszlachetnic´´ chemikaliami i wysuszyc by wyszedl gotowy bialy produkt;) (dywesyfikacja w AP?)
Ciudad Perdida (main part of adventure) - kiedy trzeciego dnia po 6 godzinach mordegi dotarlismy prawie do celu tj. do podnoza Ciudad Perdida czekala nas nagroda, spodziewana niespodzianka w postaci ponad tysiaca schodkow wasko pnacych sie w gore; na ktorych latwo mozna bylo sie zabic (jeszcze gorzej bylo przy schodzeniu). ¨Wczolgiwanie¨ sie po schodach zajelo nam sporo czasu ale w koncu zaczely nam sie ukazywac - zatopione w max deszczu pozostalosci po cywilizacji Tayrona. Ciudad Perdida trzedba odkrywac etapami - nie jest tak spektakularne jak Machu Pichu ze calosc mozna ogarnac wzrokiem (nie bylam ale wnioskuje ze zdjec i zeznan swiadkow, ktorzy tam byli). Bo kamienne Ciudad Perdida zlozone jest z setek ¨tarasow¨, polozonych na roznych poziomach i poloczonych waskimi schodkami; caly teren porosniety jest buszem, drzewami wiec jedno spojrzenie nie wystarczy... trzeba sie powloczyc przez pare godzin. Jednak jedno spojrzenie z glownego, najwyzszego tarasu - skad widac otaczajace mniejsze a wszystko zatopione w dzungli - normalnie powala, na kolana. Niewiele wiadomo o istniejacej tam cywilizacji, bo nie znala pisma a pewne info o ich obrzedach i zyciu wyczytali archeolodzy ze znalezisk - glownie ceramiki. Miasto odkryto w 1973 (mas o menos, nie wiem czy dokladnie zapamietalam). Spedzilismy tam noc i pol nastepnego dnia. Bylo magicznie...
Perspektywa czasowa ¨mas o menos¨ czyli ¨mniej wiecej¨– dokladnie tyle trwalo pokonywanie pewnego odcinka trasy; tzn. taka byla przewaznie odpowiedz na pytanie ile jeszcze? godzine? ¨si, mas o menos¨ dwie godziny (inny przewodni)? ¨si, mas o menos¨ trzy??? (kolejny zapytany) ¨si, mas o menos¨:))) Lepiej po prostu nie pytac....

Aj, a teraz musze leciec - potem dokoncze story.

Sunday, August 05, 2007

Just a few words for those who can not understand my Polish

Here I am: Colombia, Carribean Coast, Santa Marta. It took me 36 hours to arrive here (by plane to Caracas, then by buses, collectivos, por puestos even metro - metro in Caracas). That was really challenging, I didin´t even imagine that it can be phisically possible, i must have been desperated:)
From Colombian border I´m accompanied by Venezuelan couple which does some businesses here in Santa Marta (trading artesanias, hand-made products by Indians & rastamans) and decided to take care of me & show me some interesting surroundings. Nice of them. Have to buy a bottle of wine tonight.
It´s just a first real day in Colombia so still not much experience but I have some observations:
- no guerlilla so far (disappointing:)
- hot, sun (if no clouds) has no mercy
- wind from the sea and palm tree leaves which give enough shaddow help to survive
- afternoon rains just like in Goteborg during all July
- mango sweetest then anywhere
- ron, cerveza y otras bebidas available without limits, anytime & coolest then anywhere
- music is part of air
Well, you must agree I´m in paradise:) especially if I add to above list a nice feeling that I don´t have to anything:))) Just thought I deserve a piece of luxery after neverending travel.. probably tomorrow it would be borring. So meantime I booked a trip to the Tayrona lost city in the jungle in Sierra Nevada de Santa Marta (Ciudad Perdida). Manana me voy! Nobody said it will be easy but for sure will be safe (last kidnaping there took place 4 years ago). I´ll be lost in lost city and somewhere around for coming 6 days. Bye!



Odrobina karaibskiego luxusu

Dzisiejszy dzien tj. ND byl plazowo-organizacyjny. Moj pierwszy normalny (caly) dzien w Kolumbii (aha, moze wlasnie powinnam zaczac od tego ze tu jest normalnie:)
Rano zalatwilam sobie wyprawe do dzungli, potem juz spokojnie dokonalam niezbednych zakupow i poszlam sobie na plaze na pare godzin. Dzieki temu ten dzien spedzilam prawie jak kazdy inny urlopowicz na karaibskim wybrzezu. Na plazy bardzo spodobal mi sie obwozny barek z muza na maxa serwujacy odjechane trunki w orzechach kokosowych (a u nas nad Baltykiem tylko lody i lody.. i nalesniki czasem;). Bylo milo i blogo przez co moja asertywnosc na plazy byla oslabiona... nie odmowilam wiec sobie i ¨obnosnym¨ sprzedawcom: 1. polgodzinnego masazu relaxacyjnego, 2. uslugi fryzjerskiej, polegajacej na zaplecieniu ze 30 warkoczykow na mojej glowie (ktore mam nadzieje uratuja mi wlosy przed skoltunieniem w dzungli) 3. serwisu uzdrawiajacego moja dusze - to poniekad przez przypadek - polegalo to na godzinnej rozmowie z wyslannikiem Boga (pod kamuflazem sprzedawcy wycieczek); te sprawe traktuje dosc powaznie i musze cos z tym zrobic, bo to juz drugi przypadek w ciagu pol roku, kiedy to mam do czynienia z wyslannikiem Boga (wczesniejszy kamuflaz to okulistka).
Tak czy owak dzis pozwolilam sobie na odrobine luxusu, zeby odzyskac szacunek do siebie (czesciowo nadszarpniety po sponiewieraniu sie w podrozy:) Pewnie jutro byloby juz nudno... Ale nie bedzie!, bo jutro rano zatopie sie w dzungli wedrujac w kierunku Ciudad Perdida - pochlonietego przez dzungle miasta Indian Tayrona. Tak wiec znikam na 6 dni i 5 nocy. Moze nie bedzie latwo ale na pewno bezpiecznie... Ciao!

Nieproszony wspollokator

Pierwsza noc w hotelu w Kolumbii jak sie okazalo nie spedzilam sama. Wspollokator ujawnil sie o poranku... pod prysznicem. Byl olbrzymi! Coz nie pierwszy raz taka historia..nie wpadlam w panike na jego widok ale nie byl mi tez obojetny - bacznie obserwowalam jego ruchy. Byly dosc niespokojne.Chyba strumien wody mu przeszkadzal. Woda byla zimna i w pewnym momencie mialam wrazenie ze probowal sie wymknac. Jednak pozostal.. Kontynuowalam prysznic nie spuszczajac go z oczu po czym wrocilam do pokoju. A ten niepostrzzenie za mna! Zupelnie nie wiem w ktorym momencie przemiescil sie obok mojej stopy i wszedl pod lozko! To przesadzil. Wtedy wlasnie postanowilam go zabic! tego wstretnego, obrzydliwego 3cm-owego... karalucha;)
Ale nie chcial wyjsc... dzis znow nie bede sama:)

Prawie jak niekonczaca sie podroz

A wiec jestem u celu ale oczywiscie na starcie nie na mecie… Po 36godzinach nieustannej podrozy (trzeba byc zdesperowanym:) znalazlam sie w Kolumbii a dokladniej na karaibskim wybrzezu w Santa Marcie. Maraton byl dosc wyczerpujacy... Najpierw przelot Goteborg-Frankfurt-Caracas (w sumie 13h), Po przylocie i zalatwieniu formalnosci musialam dokonac tego czego nie lubie – wymienic kase na czarnym rynku a przy tym nie dac sie okrasc i oszukac.... bo kase w Wenezueli trzeba wymianiac na czarnym rynku. Chavez usztywnikl kurs dolara, ktory oficjalnie wynosi 2150Bolivares, a cena u cinkciarzy to 3000 wzwyz. Bylam dumna ze wynegocjowalam 3200bvs (ale potem dowiedzialam sie ze mozna dostac nawet 3500bvs...). Akcja wymiany kasy na lotnisku potoczyla sie szybko - zawsze tak jest - wpada sie w czyjes rece i po nawiazaniu dialogu ciezko sie uwolnic dopuki (czy o¨¨ zamkniete?) sie nie dokona transakcji... A tu czlowiek jak sie przed wyjazdem naslucha i naczyta wszelkich ostrzezen to ma sie manie przesladowcza... wszyscy wygladaja podejrzanie (lacznie z moim kontrahentem) Wszytko poszlo jednak gladko i pomyslnie a gosc byl tak uprzejmy i podejrzanie pomocny ze jak odchodzilam rozgladalam sie wokol przez jakis czas czy nie wyslal za mna kogos zeby mnie zabic i okrasc;) ale nie...potem zlapalam autobus i metro na dworzec autobusowy.
A dworce autobusowe w Wenezueli (wlasciwie calej Am.Pld.) to prawdziwe wyzwanie... szczegolnie w pt po poludniu...zawsze trzeba sie zgrywac ze sie wie o co chodzi:)
Ostatecznie zakupilam bilet do Maracaibo (jakies 2.5h od granicy z Kolumbia) z poczuciem pewnego sukcesu bo za 14usd a wczesniej konkurencyjne lini oferowaly mi 3-4 usd drozej... Mina mi zrzedla jak zobaczylam swoj autobus (zlom, po prostu zlom) i ten konkurencji - luxusowy full wypas.. Jednak postanowilam sie nie zdenerwowac;) pomyslalam tylko ze nie mam szacunku do siebie i swoich kosci:) Autobus odjechal pol godziny przed czasem (gdzie ta manana?:) I bujal sie przez jakies 11godzin (z dwoma przerwami na jedzenie w przydroznych jadlodajniach) i byl godzine przed czasem! Z Maracaibo zlapalam por puesto (a raczej por puesto zlapalo mnie, a por puesto to cos w stylu taxowek, stare amerykanskie krazowniki, zabierajace 5 pasazerow, ruszajace jak sie auto napelni). W ciagu dwoch godzin jazdy do granicy przeszlismy okolo 7 kontorli dokumentow przez wenezuelskich zolniezy/celnikow/policjantow, na szczescie nie trzepali naszych bagazy... Na granicy wszystko bylo OK, oprocz tego ze pewien rozgoryczony koles opuszczajacy Kolumbie, opowiedzial mi jak to dzien wczesniej w Cartagenie na dworcu przystawiono mu lufe do skroni i zwyczajnie obrabowano; przykra historia, i przykro bylo mi ja slyszec w tamtym momencie..potem sie zastanawialam przez jakis czas nad swoj a reakcja w takich okolicznosciach ale nic do tej pory nie wymyslilam, bo to chyba nieprzewidywalne, ale mam w sobie ducha walki (i noz w kieszeni:) tylko nie wiem na ile ta bron przystawiana do niezorientowanego obcokrajowaca to blef... Tak czy owak nie zawrocilam i tymze por puesto dotarlam do Maicao a stamtad przez kilka kolejnych dlugich godzin kontynuowalam tulaczke autobusem, w miedzyczasie poznalam pare Wenezuelczykow, ktora jechala w interesach do Santa Marty (trudnia sie handlem roznymi rekodzielami, wyrobami indianskimi i rastamanskimi); namowili mnie na ten sam hotel, zlokalizowany troche na przedmiesciach ale blisko morza i w miare tani a potem ciagali po ciekawych zakamrkach, gdzie odwiedzali swoich znajomych i wstepnie dokonywali transakcji... a ja po prostu chcialam znalezc sie w lozku i spac...

Tylko troche o planach

Myslalam ze mam dosc sprecyzowane plany wyprawy ale jak tu juz jestem na miejscu to trace te pewnosc... Jednak pewne punkty programu zrealizuje na pewna a pewnych miejsc/przygod/zabaw bede raczej unikac. I tak np. niniejszym obiecuję, że nie będę walczyć z guerillą (rowniez sie do nich nie przylacze), zahaczę tylko o ich tereny żeby trzasnąć parę fotek chłopakom – mam nadzieje, że się pojawią (z karabinami koniecznie). Nie planuję również robić żadnych interesów z ziomalami Escobara (no właśnie – przy okazji powtarzam - żadnych zamówień na towar nie przyjmuję!)ale wpadnę do jego rodzinnego miasta Medellin się rozejrzeć... i tak główni obecni kokainowi mafiozi przenieśli się do Cali. Właściwie do Cali też pojadę, bo to przecież kolumbijska stolica salsy, aczkolwiek nie zamierzam zapisywać sie na żaden kurs (antytalencie). Nie bede też nadużywać żadnych białych prochów – z resztą jak wiadomo kokaina to w Kolumbii towar czysto exportowy, lokalnie żuje się liście koki, które jak powszechnie wiadomo mają działanie kojąco-łagodzące, usuwają zmęczenie i pozwalają przetrwać w trudnych andyjskich warunkach. Liście są w porządku ale mało smaczne i ranią dziąsła więc ja raczej będę rozkoszować sie kolumbijskim towarem exportowym numer dwa – czyli kawą. Hmmm, co jeszcze kojarzy się z Kolumbią... czy aby nie szmaragdy? Taaaak, wielu przyjeżdża tu na 'szmaragdowe' zakupy... ja zakupów nie mam w planach ale chciałabym w międzyczasie zanurkować sobie w Morzu Karaibskim - z ukierunkowaniem na jakis piracki wrak – a nuż pare tych kamieni i inne skarby ostały się na dnie... A propos skarbów – Kolumbia to przecież teren nieustających poszukiwań eldorado - zatopionych, zaginionych skrabów Mwisków i innych Indian... ale zbyt wielu poległo bym i ja ruszyła ich śladem J(jednak nie omieszkam wybrac sie do zaginionych w dzungli ruin miasta Indian Tayrona - niestety dawno juz oszabrowanych:(

Thursday, July 12, 2007

QUE VIVA COLOMBIA!


Ech Kolumbia... No wieeem, brzmi groźnie... bo niby guerilla, porwania, rozboje, narcotrafico... Oczywiście tak brzmi, bo tylko takie wieści docieraja do nas wraz z najświeższymi innymi krwawymi newsami. A tak poza tym – prócz tych mniej lub bardziej marginalnych incydentów z pogranicza raczej kryminalnego – Kolumbia to przecież magiczny, sielsko-anielski kraj Marqueza z rajskim wybrzeżem karaibskim, z bujna krainą Amazonii, andyjskim górami, niekończącymi się przestrzeniami los llanos z wypasionymi anakondami i kajmanami. A poza tym – a moze przede wszystkim – znajduje się tu kilka pre-kolumbijskich kompletnie odklejonych od rzeczywiśtości tajemniczych miejsc jak Ciudad Perdida – pochłonięte przez dżunglę miasto Indian Tayrona (podobno Machu Pichu to pikuś przy nim:), San Agustin, Tierradentro – m.in. cele mojej wyprawy... Całość to przecież wymarzony cel turystyczno-wycieczkowy!;) Im więcej o tym czytam tym bardziej nie mogę pojąć dlaczego żadne czartery tam nie docieraja (i za bilety trzeba przepłacać...) Tak sobie myślę, że może za sprawą moich pełnych zachwytu spostrzeżeń, które będę tu regularnie zarzucać, uda mi sie stworzyc odpowiednie lobby na rzecz polsko-kolumbijskiego mostu powietrznego do przerzutu spragnionych południowoamerykańskiego słońca i innych wrażeń polskich turystów(co bedzie w drugą strone transportowane to sie ustali:)
Zobaczymy...

Monday, May 29, 2006

frajlehony






Frajlehony to takie kwiatki porastające paramo i góry... fascynujące roslinki! Niektóre przerosły nawet mojego przewodnika Moroccho...

Friday, May 26, 2006

Niepotrzebny trud;) Ale będę żyć!

Ech, no nie spisałam sie za bardzo... nie przywiozłam w sobie nic nowego, ciekawego, tropikalnego... Właśnie wracam z konsultacji z odzdziału zakaźnego - cztery doktórki mnie oglądały i stwierdziły że to... oooospa! Nasza zwykła ospa, ospunia! Wietrzna w dodatku! Jakież to banalne;) Tyyyyle trudu a przywiozłam z innego kontynentu cos po co mogłam sięgąć tu w kraju:)

Wednesday, May 24, 2006

O tym jak sobie poradziłam z karaluchami...

Nie zdążyłam podziękować Wam za okazane współczucie i porady jak zwyciężyć walkę z karaluchami... Prawda jest taka, że ja naprawdę byłam kompletnie zdruzgotana i przerażona jak okazało się że mam je w pokoju... Na początku myślałam, że spędzę tę noc na stojąco, obracając się wokół własnej osi żeby widzieć czy jakieś się nie wynurzają i zgodnie z przeszkoleniem załtwiać je z buta poprzez rozdeptanie...
Stwierdzam jednak, że jak człowiek nie m a innego wyjścia to w każdych warunkach sobie poradzi, przyjmując jak najbardziej praktyczną postawę... Przyszłam więc do pokoju i przystąpiłam do akcji ‘stop karaluchom’. Miałam zostawione światło więc jak weszłam, żadnego ruchu nie zobaczyłąm – one podobno nie lubią światła... To mnie podbududowało. Pierwsze co zrobiłam po wejściu to ściągnęłam okulary, żeby nie widzieć co mniejszych osobników. Biorąc prysznic intensywnie obserwowałam przez ten czas spływy-studzienki w podłodze– czy aby jakieś nie wypełzają (bo własnie tędy wchodziły zdaniem recepcjonisty). Zaraz jak woda spłynęła zastawiłam jeden ze spływów koszem na śmieci a drugi zabezpieczyłam folią i jakąś butelką. Zabezpieczyłam też czymś ciężkim klapę od kibla – na filmach widziałam, że tamtędy wychodzą szczury – a jak karaluchy tam grasowały to czemu i nie szczury - wyobraźnia pracuje intensywnie w extremalnych warunkach;) potem papierem i folią zakneblowałam też wlew od zlewu. Łazienkę miałam już więc bezpieczną - w moim mniemaniu ...
W pokoju natomiast wszystkie swoje rzeczy usunęłam z podłogi i popowieszałam na klamki, szafki i inne haki, żeby mi się robactwo nie zadomowiło w bucie czy jakiejś kieszeni... (teraz coś sobie przypominam, że ktoś powiedział, że one mogą fruwać...ale nie wiem czy rzeczywiście...może ktoś wie?;)
Kładąc się spać włożyłam w uszy słuchawki z mp3 – żeby nie słyszeć ewentualnego tupotu czy szelestu moich dzikich współlokatorów a także żeby mi przez przypadek jakiś typek nie zabłądził w moim uchu... taaak, opowiadano mi że to się zdarza!. Nie zgasiłam też światła... Miałam jeszcze kilka innych koncepcji obronnych stosowanych np. prewencyjnie przeciwko skorpionom ale dałam już spokój:) Dwa piwa i kilkugodzinny trekking tego dnia sprawiły, że zasnęłam nie pamiętam kiedy a co najważniejsze - ani nie pamiętając ani nie śniąc o karaluchach...
Po tym doświadczeniu stwierdziłam, że tak jak mówili inni lokatorzy hotelu rzeczywiście do potencjalnej obecności karaluchów można się przyzwyczaić... w sumie byłam w stanie zostać tam na kolejną noc jednak głównie z powodów lokalizacyjnych zmieniłam hotel o poranku:)))

Tuesday, May 23, 2006

Słoneczne zauroczenie czy raczej tropikalne zarażenie? Tymczasem może lepiej się nie zbliżać...


Dokładnie w dniu mojego wylotu na ulicy, gdzie o poranku łapałam autobus do Caracas, pewna kobieta przyglądała mi się dość intensywnie. To w sumie mnie nie dziwiło, bo z twarzą jakbym wyszła nie do końca szczęśliwie z pożaru, przyzwyczaiłam się już, że budzę powszechne zainteresowanie i chyba współczucie. Zresztą kieszeń miałam pełną zapisków z różnego rodzaju rekomendacjami od nieznajomych ludzi ze sklepów, ulicy czy autobusów jak sobie poradzić z poparzeniem słonecznym, jakie kremy czy maści mam sobie aplikować... To kolejny dowód na otwartość i serdeczność tutejszych ludzi. Na plaży byłam umówiona nawet z jakimś nibyszamanem (zwanym ze względu na wygląd BinLadenem) na przygotowanie i nałożenie jakiegoś magicznego specyfiku. Gość był z SantaFe, obserwował mnie jakiś czas, wypytał skąd ta krzywda na mojej twarzy i zaoferował pomoc. Opowiadał o cudownych uzdrowieniach których dokonał i choć jakieś diabelskie, szalone oczy miał to zamierzałam się skusić. Dopiero jak dowiedziałam się od Tony’ego (znajomego lokalesa, współwłaściciela domu w którym mieszkałam a przy okazji botanika i przewodnika) że facet jest uzależniony od różnych zielsk (stąd ten dziki wzrok) zrezygnowałam z tej terapii... Kontynuowałam kurację prowadzoną przez Tony’ego opartą na soku z liści aloesu. Świeży, żółty sok tylko z dolnych partii liści podobno działa jak antybiotyk... no i faktycznie rany na twarzy się goiły. Potem tylko jakieś inne cętki gdzieniegdzie zaczęły mi wyskakiwać na ciele... ale po tych alergiach które mnie tu spotykały i przyjaraniu na plaży jakoś nie zwracałam na nie szczególnej uwagi...
Zaniepokoiła mnie jednak dość mocno ta wspomniana kobiecina z ulicy, która w końcu poinformowała mnie, że zidentyfikowała u mnie pewną chorobę – la lechinę. Naradzała się z facetem sprzedającym obok kawę z termosu (standard przy terminalach i na mieście) i razem uznali, że to musi to! Powiedzieli też, że to nic strasznego, że to taki wirus, który przechodzi się tu raz w życiu – a dotyka głównie dzieci ale dorosłych też nie oszczędza jak nie przeszli tego wcześniej.
Objawia się m.in. małymi bąblami na skórze całego ciała (i w buzi podobno też) a potem one pękają i się goją a choroba zaczyna się gorączką... Rzeczywiście, na skórze miałam jakieś dziwne plamki, bąbelkii i strupki ale już gorączki u siebie sobie nie przypominałam – jednak pomyślałam sobie, że być może nie rozpoznałam subtelnej różnicy pomiędzy tym, jak było mi strasznie gorąco a gorączką;) Ponoć w Delcie Orinoko i w ogóle w Wenezueli la lechina to od lat epidemia... a jeszcze jak powiedziałam, że brałam indiańskie dziecko na ręcę to byli pewni swojej diagnozy, bo niby zaraża się tym przez dotyk... W autobusie inni ludzie potwierdzili mój przypadek – tu zostałam poinformowana jak postępować z chorobą – że musze dużo pić, „zapisano” mi specjalną maść na te bąble i powiedziano, że przede wszystkim mam się nie drapać, bo ślady zostają na całe życie. Już się pogodziłam z myślą, że mam tego wirusa i że jakoś go przeżyję i sobie sama z nim poradzę ale moi doradcy odsyłali mnie do lekarza - dostałam cenną wskazówkę, że na lotnisku jest dostępny bezpłatny lekarz...
Zjawiłam się więc w punkcie medycznym na lotnisku i opowiedziałam pielęgniarce o mojej domniemanej chorobie, zdiagnozowanej przez przypadkowych ludzi. Ta spojrzała na mnie i uznała, że faktycznie wygląda to trochę na tę lechinę, i że w takim układzie będę miała poważny problem... Rozmawiając z nią czekając na lekarza potraktowałam za żarcik jej tekst, że z tą chorobą stąd się nie wyjeżdża...
W końcu pojawił się lekarz – ten miał wątpliwości ale ostatecznie był innego zdania. Stwierdził, że to reakcja skóry na intensywne słońce i moskity... Uświadomił mnie też, że lepiej żeby mi tu nie stwierdzono tej lechiny, bo czekałaby mnie 2-tygodniowa kwarantanna!!! Podobno też w przypadku podejrzenia o tropikalną chorobę zakaźną załoga samolotu może odmówić wstępu na pokład. Lekarz – w porządku gość - poinstruował mnie, że jak ktoś mnie zapyta co mi jest, mam wyrecytować, że jestem po konsultacji z lekarzem i to co mam na skórze to ‘tylko’ alergiczna reakcja na promienie słoneczne... I tej wersji trzymam się do tej pory....
Tak więc przez ostatnią godzinę w Wenezueli trochę się jeszcze postresowałam nim weszłam na pokład i nim samolot oderwał się od płyty... A wchodząc do samolotu zamaskowałam się częściowo bandaną (szkoda, że kominiarki nie miałam:) i ufff, ostatecznie nikt się mnie nie czepiał...
Właściwie do dzisiaj nie jestem pewna czym są cętki na mojej skórze... po zapoznaniu się z informacjami w internecie wygląda mi to na bardzo softową wersję tej lechiny... Poobserwuję teraz ludzi, którzy mieli już ze mną do czynienia – jak przestaną przychodzić do pracy to chyba skontaktuję się z instytutem chorób tropikalnych;)

W barwach wojennych przed zdobyciem Pan de Azucar...

W Puerto Piritu na krawężniku....

Tę historię fajnie się opowiada siedząc już bezpiecznie w kraju:)
A jeszcze przedwczoraj jadąc już do Caracas z mojej oazy spokoju w Santa Fe zgodnie z planem zahaczylam o miasteczko Puerto Piritu. Dlaczego? Otóż jak wracalam znad Orinoko własnie w tym miasteczku na wybrzezu spędziłam jedną noc a o poranku przed wyjazdem weszlam do kafejki internetowej zrzucic zdjęcia ze wszystkich 4 kart pamięci; lalunia przerzucila wszystkie zdjęcia do komputera ale niestety już nie umiała wypalic płytek... po 2 godzinach walki poddała się i odesłała mnie do fotografa. Poszłam do niego ale z braku czasu zrzucilam u niego zdjecia tylko z 2 kart a w aparacie pozostala karta ze zdjeciami z Delty, bo było tam jeszcze troche miejsca... Tego dnia po południu ukradli mi aparat z tymi wlasnie zdjeciami... No i fakt, że zupełnie wszystkie zdjęcia były wczesniej skopiowane w tej kafejce dawał mi podstawy do łudzenia się że te stracone mogą być do odzyskania, ze może przez przypadek nie wyrzucili ich z komputera... Życie jest jednak brutalne - oczywiście wszystko natychmiast wyrzucili:( Przykro mi było niezmiernie, bo tyle zachodu i nic... Chwile wczesniej tez mialam pecha, bo kierowca autobusu z SantaFe zapomniał o mnie i nie zatrzymał się na terminalu na obrzezżach tego miasta, wysadził mnie gdzies na drodze przy jakims zajezdzie 8 km dalej (tylko dlatego ze zapytałam czy daleko jeszcze:) Stałam tak sobie wkurzona i bezradna i nie wiedziałam czy stopa łapac czy co? Dobrze, ze zainteresowało się moją dolą dwóch żołnierzy, którzy nagle zjawili sie przede mną i tak jak ja zastanawiali się co ja tutaj robie;) chłopaki wyposażeni w przekonywujące argumenty w postaci karabinów nie mieli problemów z zatrzymaniem dla mnie auta, które zawiozlo mnie do miasta:)
A tam, najpierw przykro mi się zrobilo z powodu zdjęć a potem zrobiło mi się jeszcze bardziej przykro... Otóż uswiadomilam sobie zże nie za bardzo mam gotówkę na przeżycie do momentu wylotu tj. do następnego dnia. A była to sobota... żaden z bankomatow z 5 różnych bankow – to nie nowosć - nie był dla mnie łaskawy:( w tym miejscu i czasie moja Visa byla tylko kawalkiem bezużytecznego plastiku... Tymczasem w kieszeni mialam kasę wystarczającą mniej wiecej na bilet do Caracas i transport na lotnisko i moze jakies ostatnie drobne na jedzenie... trwożyła mnie tez mysl koniecznosci uiszczenia podatku lotniskowego - nie wiedziałam w jakiej formie mogę dokonać płatnosci...
Tak więc znajdowałam się jakies 380 km od Caracas w przeddzień wylotu bez dostepu do kasy... Aby się zmiescić w tym co mialam, pozostalo mi tylko złapac nocny autobus i tym sposobem uniknac hotelu. Autobus jedzie stamtąd do C. jakies 5 godzin więc musiałam cos z soba zrobić chocby do północy. Ale co tu robic przez parę godzin w nadmorskim porcie bez kasy choćby na kawę w podłym barze... Podumałam i poszłam sobie na wybrzezże, zasiadłam na krawężniku i gapiłam się na morze albo gwiazdy i od czasu do czasu przeczesywalam swój plecak w poszukiwaniu ewentualnie zapomnianej, zaginionej w jakiejs kieszeni gotówki - nie było jednak ani boliwara...
To była sobota wieczor więc miasto na swój sposób się bawilo wokół i w tle....
Po jakims czasie moich samotnych medytacji i kalkulacji zaczęło się krecic wokół pewne towarzystwo – jak podejrzewalalm – tutejszych rybaków; w końcu jeden usadowil się w pobliżu i zaczął rozmowę, potem przysiadł się drugi...dłuzższą chwilę później zjawil się trzeci z butelką rumu... Kolesie nie byli raczej obywatelami sfery wyższej – wyglądali mi na regularnych konsumentów rumu ale jednoczesnie całkiem poczciwych, szczerych ludzi. Tak sobie siedzielismy – ja i moi przyjaciele-samozwańcy - Fernando, Roberto i Amirko i zwierzalismy sobie nawzajem - oni mi rozprawiali o swojej robocie, a ja im o moich przygodach w Wenezueli. Potem wszyscy przejęli się moją obecną sytuacją i jęli mi doradzac w jaki sposób najlepiej i najtaniej dojechac przez noc do Caracas. Trwały dyskusje dopóki nie zjawil się kolejny kumpel Francisco, który oznajmił z rozbrajająca oczywistoscią, że przeciez mogę przespac się u niego i jutro jak czlowiek rano pojechac do stolicy. Wszyscy przyklasnęli zapewniając, że dobry i uczciwy z niego czlowiek i mogę bez obaw skorzystac z jego propozycji. Nie powiem, było to troche ryzykowne ale czułam się tak zmęczona i brudna, że nie chciało mi się tkwić w roli bezdomnej jeszcze przez kilka godzin - tak więc nie protestowalam...
Nie przypuszczałam tylko, że będziemy mieli wspólnie do dyspozycji jeden pokój... Pomyslalam o ewakuacji, bo nie mialam ochoty spać w jednym pomieszczeniu z jakims (pewnikiem) chrapiacym, podpitym starszym gosciem choćby intencje miał czyste jak łza... Na szczęscie – jak zapewniłam że dla takiego włóczęgi jak ja to nic nowego - udało mi się uzyskac zgodę na spanie na dużym balkonie pod gwiazdami... pierwsza klasa – ciepło, słyszalny szum morza, swieże nadmorskie powietrze i milion gwiazd! Rano czysta i częsciowo wyspana (psy strasznie ujadaly i troche martwiłam się żeby zdążyc na samolot) wyruszylam do Caracas. Na odchodne dostalam otwarte zaproszenie na powrot i kilka lisci rosliny do leczenia moich poslonecznych ran... Milutko! Bezinteresownosc tych ludzi naprawde wzrusza!
Jak dotarłam na lotnisko (jakies 5 srodków transportu włączając metro) odetchnęłam z ulgą, że się udało a jeszcze bardziej jak okazalo się, ze podatek lotniskowy mam uwzględniony w cenie biletu... Hurra!!! Teoretycznie jedną nogą bylam juz w kraju...
Tymczasem to nie był koniec moich małych przeciwnosci losu ostatnich dni - okazało się że jeszcze cos mi może przeszkodzic w opuszczeniu Wenezueli zgodnie z planem... (ale o tym jutro;).

Friday, May 19, 2006

jeden dzien w raju




Nieee, nie znudzilo mi sie karaibskie wybrzeze... jest fantastycnie!
Wczoraj wieczorem jak siedzielsmy sobie na plazy przed domem nagle wypelz na piasek monster! Prze-o-gro-mny krab, ktory poruszal sie jak robot z s-f i zmierzal wyraznie w moim kierunku... na szczescie obronilam sie ucieczka na bezpieczna odleglosc;) a pomyslec, ze wczesniej planowalam wieczorna kapiel w morzu...
Najwieksza niespodzianka wieczoru bylo ponowne spotkanie z Jorgem (tym od llanos i roraimy), zupelnie nie planowalismy tutaj byc a nagle wpadlismy na siebie...
A dzisiaj bylam na prawie calodniowym rejsie lodka - w miedzyczasie przybijalismy do kilku roznych wysepek - a to na pare godzin plazowania, a to na snorkling... bo tam rafy koralowe przeurocze i miliony kolorowych rybek... tzn miliony takich malenkich, a tych wiekszych to tylko setki widzialam;)
Na jednej z wysepek lokalesi sprzedawali z koszykow swiezo wylowione ostrygi - ponoc wysmienite, moj polfrancuski kolega jada rozne swinstwa wiec sie rozkoszowal... ja, podziekowalam. Z zywych stowrzen to ja tylko robaki na Gran Sabanie konsumowalam:)
A na innej plazy zylo sobie stado iguan! Jedna zadomowila sie w duzym koszu na smieci wyzerajac co lepsze kaski a kilka innych walczylo miedzy soba o nasze skorki od bananow:) Strasznie ciekawskie byly co mamy w torbach...
Slonce palilo nieziemsko ale morski wiaterek przynosil troche ulgi... (hehe, pisze to dlatego ze u nas podobno leje;)))
I tak minal dzien rajskiego zycia, ktore jutro niestety sie konczy:(
Okolo poludnia powinnam byc juz w drodze ku mecie, kierunek: Puerto Piritu (tam moze odzyskam stracone zdjecia) i Caracas...