Saturday, August 09, 2008

Las Penas nad Pacyfikiem. Wakacje…
















Las Penas to niekonczace sie dziewicze, czarne plaze, nakrapiane tysiacami odlamkow bialych muszelek, z zacumownymi dziesiatkami starych rybackich lodzi. Zadnej palmy. Koneserzy plazowania uzaliby je pewnie za brzydkie.. Ale mi sie podoba, chociaz rzeczywiscie, gdy zajdzie slonce krajobraz jest troche smutny.
Plaza jest szeroka, choc zalezy to od pory dnia, bo Pacyfik tak ma, z co 4 godziny woda cofa sie o kilkadziesiat metrow ale potem wraca… Kapac sie mozna wtedy, gdy sie cofa chociaz i tak istnieje ryzyko napotknia jakichs zwierzatek, zyjatek – parzacych, klujacych, gryzacych… Kiedy jest przyplyw lepiej nie ryzykowac, bo woda niesie ze soba swieza, bogata kolecje stworkow-potworkow.
Tak wiec dotarlam tu dzis rano a ¨siatkarze¨z Otavalo postanowili mi towarzyszyc, zeby sie wykapac w Oceanie nim wroca w swoje gory. Pedro -oryginalny indianin- dal mi w miedzyczasie pare lekcji keczua (pamietam ze, rece to maki a usta to szimi). Kolo poludnia juz wyjechali a ja zadzwonilam do Betty Sanchez, wlascicielki hotelu, ktory polecil mi Fernando. Okazalo sie ze Fernando, mnie juz zapowiedzial i Betty oczekiwala mnie juz wczoraj. Od razu przyslala po mnie motor, bo hotel jest jakies 2-3 km od wioski. A jest to hotel nie byle jaki… warunki na conajmniej 3,5 gwiazdki, przy plazy - jakies 40m od wody (przy przyplywie) a na sodku znajduje sie otwarty basen z fontanna…
Przespacerowalam sie z powrotem do wioski, gdzie przy okazji trzaskania fotek poznalam trzy Ekwadorki (bo mi ladnie zapozowaly:). Wyluzowane babki: Cecilia z Quito i Marta, Alba z Ibarry (wszystkie 3 siosty zreszta, jedna z synem Izraelem).
Poplazowalyzmy razem, poplywalysmy a wieczorem wybieramy sie bailar, chociaz nie wiem czy to mozliwe w tej ´dziurze´…
Po plazy krecilo sie pelno czarnych sprzedawcow (glownie z Borbon) z domowymi wyrobami – aaaj jakie pyszne ciacho ze swiezego kokosa mieli.. albo deser – cos a la marmolada, zrobiona z banana i guajawy, zapakowany w liscie bananowca. Oczywiscie krolowaly tez potrawy z ryb i owocow morza. I pech chcial ze nadjechal ze swoim wozkiem sprzedawca seviche (potrawa z surowych ryb lub owocow morza z przyprawami, cebula, pomidorami). Mial polsurowe krewetki, surowe malze i zywe ostrygi. Dziewczyny mowia – MUSISZ sprobowac. Ja patrze i mowie NIE. Sprzedawca nie poddaje sie (nie wiem po jakich treningach sa ci sprzedawcy:), wymiekam i mowie – krewetki spoko, ostrygi na pewno nie, malze nie wiem. Przecina wiec malze, wyciaga zawartosc – ze tez musialam na to patrzec – conajmniej lekko obrzydliwa z krwia, miesza z przyprawami i daje mi sprobowac. Przezulam, przelknelam i przezylam. Dobra, niech bedzie…ale z krewetkami. A on, ze malze maja tyle witamin… No i wyszlo, ze z krewetkami i malzami… cala duza micha. Ponoc to lokalny delicates w koncu. Dalam rade zjesc polowe, potem sobie mysle, ze w imie czego mam sie wyzywac na sobie:)
Ale najwieksze rozrywka okazal sie banan, taki jaki maja np. w Miedzyzdrojach… tutaj ciagniety przez lodke z silnikiem. Naturalnie skorzystalam wraz z Alba z i Izrealem I byl czad! Wywrocilismy sie 3 razy. Woda w Pacyfiku strasznie slona, dane bylo mi sie napic… ale wnioskuje rowniez stad, ze jak sie polozyam na bacznosc w wodzie to mnie milo woda unosila po powierzchi…
Siedze sobie pod strzecha teraz, klikanascie metrow od Pacyfiku (przyjemnie powiewa) w tle merenge na maxa… Betty uzyczyla mi kompa (bo w Las Penas o internecie mozna zapomniec) i pisze do Was. Brzmi calkiem niezle, co? Tak tez sie czuje:) Ale sancudos - cos w stylu komarow, tylko jeszcze gorsze - nie daja zyc...
Ps. Dzisaj konczy mi sie kuracja antybiotykowa… wszystko co dotychczas pisalam, pisalam na trzezwo:)

Borbon. Mala Afryka.

Opuscilam Ibarre ze smutkiem. Ominal mnie sobotni festival tancow lokalnych i sobotnia walka kogutow, na ktore mialam zaproszenie. Ale coz… nie sama Ibarra czlowiek zyje:)
Obralam nowy kierunek - Las Penas i w piatek o poranku wsiadlam w autobus. Autobus jechal do San Lorenzo i aby dotrzec do Las Penas musialam wyskoczyc po 3 godzinach na krzyzowce i zlapac inny autobus. Przez cala droge toarzyszyly nam cudowne widoki… przez jakies 1,5 godziny zjezdzalismy z gor aby wjechac w tropiklane, zielone niziny. Wjechalismy w klimat rownikowy i wtedy cos wstapilo w kierowce. Mknal z predkoscia, ktora nie pozwalala mi skupic sie na niczym innym niz ta predkosc i nadziei, ze jak juz wylecimy z ktoregos z licznych zakretow, to nie bedzie tam glebokiej doliny… Przezylismy jednak te jazde i z wielka ulga wysiadlam jak juz dojechalismy do tej krzyzowki. Wraz ze mna wysiadlo jeszcze 3 gosci – Pedro, Flavio i jego syn. Okazalo sie, ze zmierzamy w tym samym kierunku, tylko, ze oni do Borbon (pol godz.przed Las Penas).
Stoimy, czekamy i tak sobie gadamy. Byli z Otavalo. Pedro handluje tam artesaniami i uswiadomil mnie, ze moje czerwone sombrero, za ktore zaplacilam 8 usd (zbilam z 14!), warte jest 1 usd… taaa, ubawila mnie ta historia:)
Chlopaki jechali do Borbon grac w siatkowke na pieniadze, ktos dal im cynk, ze w Borbon w piatek graja. Coz tu duzo mowic… zabrzmialo interesujaca. I skoro juz sie zaprzyjaznilismy to tez dalam sie namowic na to Borbon (ktore i tak rozwazalam wczesciej ale mi odradzono).
Wysiedlismy, i poczulam sie jak w srodku Afryki. W Ekwadorze, tak samo jak w Kolumbii, pn wybrzez Pacyfiku zamieszkuje czarna ludnosc, potomkowie zeslanych niewolnikow… Borbon, jest malym, biednym pueleblem, polozonym na rzeka, okrutnie zanieczyszczona od strony wioski i smierdzaca troche. Jakies 99% to rzeczywiscie Murzyni. Zycie puebla toczylo sie na ulicy. Atmosfera wydala mi sie tam dosc ciezka, lepka, i to nie tylko za sprawa wilgotnego, goracego powietrza. Ich spojrzenia wydawaly mi sie inne… Sama nie wiem, ale mialam wrazenie, ze moj samotny spacer z aparatem na szyi to bylaby prowokacja. Ale od czego ma sie przyjaciol:) Pedro, Flavio i syn towarzyszli mi przez caly czas, najpierw w poszukiwaniu jakiegos hotelu. Dwa pierwsze napotkane byly zamkniete na 3 spusty, ostatecznie dotarlismy do jedynego otwartego i ku mojemu zdziwieniu znalazlam sie w fajnym niebieskim pokoiku, z lazienka, wiatrakiem, tv i koronkowa moskitiera. Byla jeszcze godzina do rozgrywek wiec powloczylismy sie razem po okolicy az dotarlismy do boiska za pueblem, gdzie juz gromadzil sie tlumek. Chlopaki wybadali teren, udalo im sie wkrecic w rozgrywki (ale tylko dwoch na dwoch) i po dosc intensywnym meczu roztrzaskali rywali, zgarniajac 80 usd. Wracajac zahaczylismy o inne boisko, takie malo przyjazne… Juz sie sciemnialo a okolica byla lekko podejrzana. Zaczeli namawiac lokalesow na mecz, ci najpierw nie chcieli, potem sie zgodzili, potem sie poklocili, potem cos uzgodnili… nie nadazalam za rozwojem sytuacji. Ale rzucili mi swoje rzeczy do pilnowania, znaczy beda grac – trzech na trzech.
A ja stoje, powoli robi sie ciemno, pilke ledwo widac, wp… mnie komary i zadaje sobie pytanie co ja tutaj robie… A jeszcze te komary gryzly mnie ´bezprawnie´, bo moga dopiero od niedzieli, kiedy wezme druga dawke lariamu, antymalarycznych tabsow.
Na szczescie amigos z Otavalo szybko sie uwineli… znaczy zwyciezyli, zgarneli kase i poszlismy cos jesc. Rybe oczywiscie (mam nadzieje, ze nie z tej rzeki) w knajpie, po ktorej scianach i suficie biegaly biale male jaszczurki.
W miedzyczasie zauwazylismy, ze na srodku puebla buduje sie duza scena na 12 wielkich beczkach i rozstawiane, podlaczene sa instrumenty – bebny, 2 gitary.. Myslimy – bedzie fiesta! Ale fiesta okazal sie event (a moze msza?) Evangelistow. Kurcze, ale koncert! Niezla muza, solista (zapewne jakis pastor), chorki, ´tancerki´… sama podrygiwalam do piosenki i textu ¨si Senor, si Senor¨ (tak Panie, tak Panie) a wokol conajmniej 50 lokalesow tez dalo sie porwac… My dokonalismy jednak odwrotu, rozegralismy jeszcze kilka partii w bilarda i zakonczlismy dzien… Chlopaki tez sie zabukowali w hotelu, bo za pozno bylo na powrot.

Friday, August 08, 2008

Skarby Pepita

Weszlam. I oniemialam. Kompletnie. Spodziewalam sie jakiejs kanciapy z kilkunastoma, kilkudziesiecioma eksponatami a tu prawdziwe prywatne muzeum z jak sie okazalo 800-ma exponatami sprzed setek czy tysiecy lat. Liczne figurki, przedmioty codziennego uzytku, bron, bizuteria, normalnie wszysko.. z ceramiki, kamieni, skal, czegos a la marmuru, zlota, brazu… Reprezentowaly wiele roznych kultur preinkaskich i pochodzily zarowno sprzed 600 lat jak i jeszcze sprzed naszej ery…
Pepito pomito swoich 73 lat na karku to calkiem wyluzowany i zwawy jegomosc. Zywiolowo opowiadal mi hisotrie niektorych przedmiotow, energicznie demonstrujac jak byly uzywane – szczegolnie bron i instrumenty muzyczne. Bardzo chetnie i z blyskiem w oku sciagal z polki figurki przedstawiajace akty sexualne Indian w roznych pozycjach (bo to zadne tabu wsrod Indian przeciez), zwracajac moja uwage na ich… twarze. Otoz na twarzach facetow wyraznie widac bylo odczuwajaca przyjemnosc, natomiast twarze kobiet nie wyrazaly nic, w sensie wygladaly jak przy normalnej codziennej czynnosci, np. obieraniu ziemnkaow:) albo zwyklym zamysleniu…
Ale chyba najbardziej zaskakujacym a jednoczesnie najprostszym przedmiotem byl pre-inkaski… wibrator! Tzn. nie wibrujaca maszynka ale po prostu penis, figurka w odpowiednim ksztalcie, z kamienia lub ceramiki... i naprawde nie wiem czy byl uzywany- tak twierdzil w kazdym razie Pepito ale nie wiem czy nie zartowal... Spodobaly mi sie tez korale z jejeczek skorpionow.

Nie wiem czemu, ale juz tak mam, ze po 15 minutach w muzemum spac mi sie chce. Ale tym razem to bylo prawdziwe szalenstwo... Moglam pobawic sie dzida, lukiem, dmuchawka, pograc na piszczalkach przymierzyc korone krolowej i przy okazji otzrymac spory zastrzyk wiedzy... Nie wiem kiedy minely 2 godziny.
Kolekcja Pepita wydala mi sie bezcenna, za niektore exponaty oferowano mu niebotyczne sumy, ale on nigdy nie sprzedal ani nie sprzeda nawet jednego drobiazgu ze swojego ´muzeum´.
Pepito mowi, ze guaceros wciaz znajduja spore iloci preinkaskich ´skarbow´…

Thursday, August 07, 2008

Polylepis Bosque. Zaczarowany las.


Taaak, dzis bylam w zaczarowanym lesie. W miejscu, ktore trudno opisac slowami, a nawet zdjecia nie oddaja piekna tego zakatka swiata.
Znow mialam szczescie. O Polylepis nie pisze zaden przewodnik, dlatego nie mialam pojecia o co chodzi z ta wycieczka Fernanda. Mialam jednak przeczuie, ze warto poczekac…
Fernando okazal sie wlascicielem sporego skrawka ziemii, gdzie na wysokosci ponad 3000m spotykaja sie 2 ekosystemy: paramo porosniete frailejones i magicznego lasu, ktory tworza niezwykle, unikalne drzewa Polylepis. Gatunek endemiczny dla tego miejsca, nie spotka sie ich nigdzie indziej na swiecie. Sa dziwnie powykrecane a ich glowna cecha charakterystyczna jest kora a raczej jej brak, bo stanowia ja liczne warstwy luszczacych sie cienkich powlok czy lisci (stad ich nazwa poly-duzo, lepis-lisci). Przez wijace sie sciezki idzie sie z rozdziawiona geba, co jakis czas mijajac malutkie laguny, waskie zrodelka czy male kaskady… Jest po prostu bajecznie, troche jak w tropikach ale inaczej, a klimat jest tutaj rzeczywiscie wilgotny. Co najciekawsze wystarczy pare minut aby wejsc w zupelnie inny swiat - chlodne, ubozej ale tez pieknie porosniete frajlejonami paramo (pierwszy raz widzialam 5-metrowe frajlejony!).
Nie wiem coz tu dodac, nie wiem jak opisac bajkowy krajobraz, brakowalo mi tam tylko biegajacych elfow (albo wilkolakow:) ale moze ich nie zauwazylam. Rzeczywiscie czulam sie jak w jakiejs scenaríi filmowej, trudno bylo uwierzyc, ze tak moze byc naprawde… Na parugodzinna wycieczke po lesie i paramo dolaczylam do grupy 7 ekwadorskich turystow, ktorzy byli rownie mocno oszolomieni ta kraina.
Fernando odkryl ten swiat jakies 8 lat temu, zaryzykowal wszystko aby ocalic to miejsce a jednoczesnie pokazac swiatu. Od 4 czy 5 lat rezerwat zostal udostepniony dla turystow. Jest to w tej chwili scisly rezerwat, gdzie dziennie nie moze przewinac sie wiecej niz 50 osob. Chyba powoli staje sie znany w Ekwadorze i kilka agencji ma Polylepis juz w swojej ofercie wiec turística rozwija sie dosc szybko a Fernando po drodze nie nadazal odbierac swoich 3 komorek (ale tez dobrze wie i sam sie dziwi ze przewodniki nie zainteresowaly sie jeszcze tematem, ale oni zawsze chca byc niezalezni i nic im nie mozna narzucac). Zbudowal tam superowy osrodek, naturalnie wkomponowany w okolice a wszystko jest wrecz perfekcyjnie zorganizowane, oznakowane… a teraz jeszcze weszlam na ich strone (polecam obejrzec fotki jak macie czas www.polylepislodge.com) i zaskoczylo mnie jak niezle jest zrobiona. Gratulacje dla tego goscia! I muchas gracias oczywiscie…

Jeszcze tylko moge dodac, ze 1.5 godzinna jazda z Ibarry do Polylepis to niekonczace sie fan-ta-sty-czne malownicze krajowbrazy – paramo, wulkany, kolorowe kwadraciki pol uprawnych, male puebla o uroczych nazwach jak np. Angel, Libertad (aniol, wolnosc)… A zaserwowany 3-daniowy przepyszny obiad dopelnil szczescia…
Aha, ostatecznie umowilismy sie z Fernandem na 8-ma i zjawil sie o 8.20 wiec punktualnie;) Potem tylko po drodze odwiedzilismy conajmniej 6 roznych miejsc, gdzie Fernando zalatwial rozne sprawy, robil zakupy, dopompowywal powietrze w kolach, tankowal itp:) Ale jak juz wspomnialam – warto bylo…

Przy okazji dzisiaj dowiedzialam sie, ze Pepito (wlasciel mojego hotelu) i Fernando sa wlascicielami niezlych kolekcji preinkaskich ´skorup´… Skupuja je od okolicznych guaceros tj. poszukiwaczy zakopanych w grobach skarbow czy inaczej - hien cmentarnych). Pepito jest znakomitym znawca kultur preinkaskich… dzis wieczorem obiecal mi pokazac swoje zbiory… jaaaacie!


A jeszcze... Na koniec Fernando rozpisal mi program na kilka nastepnych dni na polnocy i w interiorze kraju, dorzucajac kilka namiarow na hotele swoich znajomych, w zwiazku z tym mam jakis plan na niemal najblizszy tydzien. Czas mi chyba opuscic Ibarre, mysle, ze jutro zanurze stopy w Pacyfiku...

Wednesday, August 06, 2008

Artesanias. Z czego slynie region Imbabura.

Jest dobrze. Ze mna. Megadawki antybiotykow, max-gripexow itp..wyzwalaja mnie od bakterii i wirusow. Wstalam dzis nawet o 7-mej z wlasnej woli zeby nie marnowac dnia (ale tez dlatego, ze o 8 - 8,30 mial mnie odebrac Fernando, ktory mial sie mna dzis zajac). Jak tylko uchylilam drzwi zjawil sie wlasciciel hotelu i mowi, ze Fernando cos mial pilnego do zalatwienia i zjawi sie o 10-10,30. No to bedzie jak nic conajmniej 11-ta mysle sobie... Ale nic to, zalatwilam sprawy bankowe, sniadanie, poranny przeglad prasy (wulkan nadal grozny a campesinos nie chca dac sie ewakuowac z pobliskich wiosek). I przed 11-ta pojawia sie Fernando. I mowi, ze jest troche pozno, ze moze jutro zrobimy ta ´wycieczke´, bo tam jest tak pieknie, ze szkoda zebysmy zrobili ja w pospiechu. A ja spakowana, przygotowana stoje z plecaczkiem i mina mi rzednie... To on mowi, ze jak chce dzisiaj to jedziemy... No to jedziemy! Ruszylismy. Fernando zaczyna opowiadac i ubolewa, ze tak malo czasu bedziemy mieli, no ale skoro mam tak skrupulatnie zaplanowany czas tutaj i napiety program pobytu to trudno... Ja? skrupulatnie zaplanowany czas? w ogole nie mam nic zaplanowane, mowie... no i Fernando przemowil mi do rozumu, zeby odlozyc to do jutra, start o 7.30 (hmm zobaczymy). W ramach rekompensaty rozpisal mi program na dzisiejszy dzien.
A byl to calkiem uroczy dzien. Wpadlam najpierw do pobliskiego Otavalo. Otavalo jest w pierwszej trojce na liscie miejsc do odwiedzenia w Eq. A slynie z ogromnego rynku, na ktorym swoje wyroby sprzedaja campesinos. Mialam tam nie jechac ze wzgledu na tlumy turystow... ale skoro dzielilo mnie tylko pol godziny jazdy z Ibarry no i Fernando wpisal w program to wsiadlam w autobus i pojechalam... I cale szczescie! bo spotkala mnie tam wielka niespodzianka. Jak sie okazalo tlumnie to tam bywa tylko w weekendy (w przewodnikach pisza ze rynek jest w weekendy)... I przysiegam, nigdy w zyciu nie widzialam takiego natloku malowniczego folkloru i tylu kolorow na raz!!! Normalnie czad! A co najlepsze - glowny tlum stanowili sprzedajacy campesinos, paru tylko gringos sie krecilo. Natrzaskalam troche fotek i cos tam kupilam - naprawde, nie ma szans sie oprzec! W sumie nic takiego, jakies tam koraliki... no i krwistoczerwone sombrero... ale mam nadzieje, ze je zgubie bo troche glupio w nim wygladam;) W kazdym razie fajne to Otavalo - ja polecam.
Potem w programie mialam Cotacachi - parenascie minut autobusem – leniwy spacer i look na wyroby ze skory (kilkanascie jak nie kilkadziesiat sklepikow przy jednej ulicy), bo z tego znane jest Cotacachi. Jaaakie fajne torebki! i ceny... Wpadla mi do glowy nawet idea zaimportowania tego towaru do Polski, bo z pewnoscia oplacalby sie ten biznes. Tymczasem nic tam nie kupilam, nawet uroczej pomaranczowej torebki, ktora ogladalam 3razy. Ale przeciez nie bede ponad 3 tygodnie jezdzic po Ekwadorze z lekko laluniowa pomaranczowa torebka;)
Z Cotacachi jest rzut beretem do Cucocha, laguny, ktora uformowala sie w kraterze wulkanu na wysokosci 3500. Widok dosc spektakularny. Woda ma intensywny kolor ultramaryny (chociaz wlasciwie nie wiem dokladnie jaki to kolor ta ultramaryna ale pasuje mi tutaj ta nazwa;) a na srodku laguny utworzyly sie 2 wysepki (podobno Inkowie zrobili z nich wiezienie niegdys ). Wulkan jest lekko aktywny i na wierzchu wody w niektorych miejscach pojawiaja sie babelki, ale takie delikatne. Zaliczylam 25min rejs lodka po lagunie wokol wysepek i zwialam stamtad, bo zimno tam na tych wysokosciach.
I na koniec , juz w drodze powrotnej pozostalo mi San Antonio – mekka wyrobow z drewna – rzezb, mebli i innych rzeczy… Rzezby powstaja glownie z drewna Nogali, ktore ma 2 kolory i owoce o wygladzie i smaku orzecha wloskiego. W jednym sklepie-warsztacie zostalam poczestowana nimi a dla lepszego efektu musialam zagryzac przeslodka panela. Niezly deser.
I taki to byl dzien… poznalam troche artystyczno – rzemieslnicza strone regionu Imbabura, ktory jest chyba najbogatszym regionem w Ekwadorze (wlasnie z tego powodu).

Tuesday, August 05, 2008

Moj pierwszy dzien. Troche aktywna bezczynnosc w Ibarra (gdzies w Andach) i troche subiektywny przeglad prasy krajowej

Dzisiejszy dzien i wieczor przeznaczylam na aklimatyzacje, kuracje i - pasowaloby by mi tu slowo -libacje ale to dzis nie wchodzi w gre :)

Oh, jak mi slabo
Moje kiepskie samopoczucie (cd.przeziebienia) wzmogla lekka choroba wysokosciowa, bo przeciez tak znienacka dzis o poranku znalazlam sie na wyskosciach sporo powyzej 2000m... I tak dobrze, ze zjechalam z Quito do Ibarry, bo Quito lezy blisko 3000m, Ibarra 2200. Tak czy owak w takich okolicznosciach nawet bezczynny odpoczynek jest meczacy, spac sie nie chce, bo ciagle pic sie chce i serce bije troche szybciej przez te wysokosc... ale to przejdzie, to tylko 2000 z kawalkiem, oby do jutra...
Ale, skoro juz tak ubolewam nad soba - jeszcze moje biedne podraznione nozdrza okrutnie cierpia przez giagntyczne stezenie spalin unoszace sie w miescie, przy ulicach, wszedzie gdzie jest tu troche cywilizacji... kazde przejezdzajace auto to maly dramat - ale to tez kwestia przyzwyczajenia... (hmmm pewnie Latynosi mysla ze jak maja Amazonie - pluca ziemii - to im wszystko wolno)

Ah, jak mi smacznie
Powloczylam sie wiec troche po miescie, ktore ozywilo sie dopiero pozno po poludniu. Zdegustowalam nowy nieznany mi wczesniej owoc - Pepino, ktory smakowal jak krzyzowka ogorka i melona ale to nie byl ogorek choc pepino po hiszpansku znaczy ogorek. Niezly, a na pewno orzezwiajacy. A potem w comedorze na lunch zaserwowano mi kurczaka (powiedzialabym ze w Am.Pld.mieszkaja kurczakojady - pieczony kurczak to niemal standard na obiad) do tego ryz i 2 kulki wygladajace jak pieczone ziemniaki. Ale w srodku nich cos bylo i w ogole w srodku nie wygladaly juz jak ziemniaki. Po skonsumowaniu zapytalam pania co zacz - a byly to Las bolas de verde - pieczone kulki zrobione ze zmielonych zielonych bananow (tych takich pastewnych;) a do srodka zapakowane byly rozne rzeczy mieso, jajko etc... moze cos z wczoraj... ale spoko, z powodu przeziebienia i tak prawie nie czuje smaku. A skoro o jedzeniu - to na kolacje mialam smazonego slodkiego banana z przydroznej garkuchni z gruba warstwa posypki ze slonego sera... ten smak poczulam :)))

Historia Samotnego Georga
Z powodu tej ogolnej dzisiejszej niemocy i ograniczonej aktywnosci postanowilam dowiedziec sie czym Ekwador zyje i kupilam gazete.
I co sie dowiaduje z ostatniej strony? (prawie zawsze zaczynam od konca). Ze wielka radosc zapanowala wczoraj na Wyspach Galapagos. Stalo sie to za sprawa pewnej zolwicy, co zniosla jaja. Niby nic, bo przeciez to nie byly zlote jaj ale... Z tych jaj maja sie wykluc potomkowie Solitario George´a (Samotnego Georga), a ow Samotny George to ostatni zywy okaz Tortugas Gigantes. Skombinowano mu wiec 2 narzeczone, zolwice o numerze 106 i 107, z gatunku zolwi podobnego do Tortugas Gigantes i... udalo sie! Zolwica nr 106 zniosla wczoraj 8 jaj (przynajmniej znaleziono wcz), poddano je natychnmiast ogledzinom, sprawdzono je pod katem wagi, wielkosci i formy, u 2 szt.stwierdzono anomalie, reszta wydaje sie byc OK. Jaja niestety rodzicom zabrano i zabezpieczono w inkubatorze, teraz trzeba czekac 120-130 dni na rozwoj czy raczej wyklucie wydarzen. Nie wiem czy dobrze zrozumialam ale jak beda je trzymac w 28stopniach to beda dziewczynki a jak w 29.5 to chlopcy albo odwrotnie... Tak czy owak miejmy nadzieje ze Samotny George nie bedzie juz sam. I ciesze sie, ze nie mam w planie jechac na te W-y Galapagos przesladowac te biedne zolwie...

Wulkan Tungurahua atakuje
A jeszcze z tej samej gazety (z pierwszej i ostatniej strony) dowiedzialam sie, ze wulkan Tungurahua (pld. Ekwador) wczoraj dosc mocno sie uaktywnil. Wybuch byl na 8km w gore i popioly przykryly okoliczne pola i nie wiadomo co dalej... Ten wulkan caly czas ostatnio jest lekko aktywny ale wczorajsza erupcja byla zaskakujaco silna. Calo zdarzenie mozna bylo obserwowac z Riobamby i 2 innych miasteczek. Mam w planie zahaczyc o te okolice, to musi byc ciekawe zjawisko/widowisko... podejrzewam, ze jeszcze sie porzadnie tli... eeech, zawsze mi sie marzylo trakie extremalne przezycie: proba ucieczki przed wyciekajaca lawa;)))

No dobra, to jestescie na biezaca... Nie moge nic innego robic to pisze glupoty - ale prawdziwe!
Ide zdrowiec i poczytac sobie ksiazke, wzielam 3szt, bo myslalam ze nie bedzie co robic w tym Ekwadorze.. ale zapowiada sie calkiem ciekawie. Wlasciwie po jednym dniu czuje sie jakbym byla tu od tygodnia...

Bienvenidos de Equadorrr !!!

Witam Was z Ibarry, miasteczka oddalonego na polnoc od Quito o jakies 2,5 godz. Jeszcze przez wiekszosc lotu mialam w glowie ogromny zakrecony znak zapytania nie majac pojecia od czego by tu zaczac te przygode. Ale sprawa rozsrzygnela sie bez mojego wiekszego czynnego udzialu. Juz dzien, czy dwa przed wyjazdem odczuwalam jakies przeziebienie a z kazda godzina lotu czulam tylko pogarszanie sie stanu. W tej chwili mam totalnie zadzumione gardlo, nos i zatoki wiec w takim stanie nie moge pakowac sie do dzungli czy wyzszych gor. Moj sasiad z samolotu - Ariel - polecil Ibarre i okolice (a takze duzo innych miejsc)... ruszylam wiec na polnoc, aby docelowo dotrzec do pn wybrzeza Pacyfiku.
Prosto z samolotu Ariel mial podrzucic mnie taxi na dworzec a sam udawal sie do rodziny w Santo Domingo (mam tam wpasc jak dam rade na dzien czy dwa..) ale kierowca mowi, ze po cholere na dworzec - gdzies przy drodze zlapiemy autobus. No i zatrzymalismy sie przy drodze, po 5 sekundach pojawia sie ten wlasciwy autobus, kierowca taxi wyskakuje i go lapie, Ariel otwiera bagaznik, wybiega koles z obslugi autobusu i porywa moj plecak - wszystko w tempie mgnieniaoka - dawaj, dawaj - krzyczy, to wpadam do tego autobusu a tam muza na maxa - kilku sprzedawcow roznych rzeczy biega po pokladzie, a wsrod pasazerow brazowe wyraziste indianskie twarze. Opdalam na siedzenie lekko zdezorientowana, nawet nie majac pewnosci czy ten autobus jedzie rzeczywiscie do Ibarry... ale co za roznica przeciez. No i wtedy poczulam gdzie jestem, ze w Ameryce Poludniowej:) Symbolicznie cofnelam zegarek o 7 godzin.
W autobusie placi sie przewaznie pozniej w tzw. miedzyczasie. A ja sie nagle zorientowalam, ze chyba nie wzielam dolarow w gotowce albo gdzies zgubilam - jeszcze nie wiem (aha , bo tu obowiazuje USD), mialam tylko 20 EUR... kierowca z autobusu mowi ze wymieni mi ja na 10usd, ja mowie ze to nie tak ten przelicznik dziala, a on na to ze trudno;) ale go chyba ktos uswiadomil, bo w pewnym momencie zatrzymal autobus, przyszedl i mowi, ze OK - 20USD; a ja mowie 30, ze tak sie w Europie przelicza... no i nie zawarlismy transakcji ostatecznie, bo nie lubie jak sie ze mnie frajerke robi (jeszcze sie to stanie nie raz na pewno podczas tej wyprawy); dopiero jak dotarlismy na miejsce chlopaki ´aresztowali´ moj duzy plecak i dali 5min, bo potem jechali dalej... wpadlam wiec na dworzec, wepchnelam do kolejki i wyciagnelam gotowke z automatu... uff! Ale nadal nie wiem jaki przelicznik USD/EUR stosuje sie w Ekwadorze:)
Ibarra przywitala mnie palacym sloncem... miasteczko - coz, nic szczegolnego raczej (nawet glowna Plaza Bolivar w remoncie), to takie typowe miasteczko andyjskie, gdzie po ulicy kreca sie panie siegajace mi do pasa (w kapeluszu dodam - takim czarnym meloniku:)
Na razie zalatwilam hotel, prysznic (dzika radosc po 25h podrozy:) i wyszlam sie powloczyc i cos napisac.
Wiem tylko, ze okolice Ibarry sa przepiekne... wlasciciel hotelu ma dla mnie program na jutro, bo jego przyjaciela przyjaciel (tutaj networking dziala wysmienicie!) moze zorganizowac taki jednodniowy tour po paramo, lagunach i parku Angel na jakies 25usd... I chyba podoba mie sie ta idea. Mam nadzieje ze zadziala wlasnie rozpoczeta kuracja antybiotykowa i
bedzie bonito :) Saludos!!

Sunday, August 03, 2008

Have to go somewhere... and why to Ecuador

That was a long thinking process to decide where I should get lost this summer. No doubts it should have been South America. No doubts – northern part of South America (I like when it’s warm:) and definitely Spanish language area. Considering mentioned conditions and a fact that I have already walked a little bit through Venezuela and Colombia it was obvious long time before thinking process started that it has to be Ecuador… so probably will sound strange if I say that despite that Im still surprised that go to Ecuador. But I am:)
Of course Ecuador is not a big challenge after Colombia done last year but I thought - let it be. There is all I need – jungle, mountains, vulcanos, wild pacific coast, rum and something else in the air, that is only in Southamerican air.
So, just 4 weeks before holiday I’ve bought a flight ticket and now with a guidebook in my pocket in theory I’m ready to go, although don’t feel it at all… but the feeling will come - probably after arriving to Quito... or at least when my bagpack will be ready (a job for this night;)
Have no specific travel plans for the time being. But I know what I will not do. I will not try to climb Cotopaxi (6000m – simply too high), will not go to Galapagos Islands (everyone go there, poor turtles..) and I will avoid some other touristic highlighted sites like mitad del mundo or market in Otavalo (it’s just too crowded). I’m also a little bit bored with some activities in the jungle like fishing piranias (never ever success!), watching caymans, swimming with pink dolphins… Hope for some new exciting experiences, if not – it will be enough just to be there. Hanging in hammocks, eating sweet mango, listening local music, killing mosquitos etc… and I will let life to write scenario.

Sunday, July 20, 2008

Gdzieś trzeba pojechać... i dlaczego własnie do Ekwadoru

Coż, rok minął niepostrzezenie i znów czas sie zabawic gdzies ’na koncu swiata’...
Od tygodni zastanawialam sie jaki prezent sobie zrobić, dokad sie zabrac tym razem; przy czym obszar zastanawiania byl z gory dość mocno zawezony – polnocna czesc Ameryki Poludniowej. Wykluczajac zaliczona Wenezuele i Kolumbie – nie bylo innego wyjscia – jakbym nie kombinowala padalo mi na Ekwador.
Cale to zastanawianie sie dlugo nie przeradzalo sie w jakies aktywnosci przygotowawcze, nie wspomiunajac o decyzjach... Po 3 wyprawach do Ameryki Południowej chyba emocje mi lekko opadly... no bo co... znów dżungla, znów Andy, dzikie wybrzeże Karaibskie czy Pacyfiku... a z dugiej strony – do cholery! – czyz może byc gdzies wspanialej? Nieustannie mi tęskno do latynoskiej beztroski, radości i intensywnosci życia i ich mańany...Wiec dokladnie miesiac przed urlopem, usiadlam i kupilam bilet do Quito i juz. Po jakichs trzech dniach dotarlo do mnie ze jade do Ekwadoru... a skoro tak, to poszłam i kupiłam przewodnik.
Tutaj zawiodłam sama siebie. Po latach zdradziłam swojego niezawodnego partnera... Towarzyszyl mi od lat i byl prawie niezawodny, naprawde nie chcialam go zmieniac. Zawsze czulam sie z nim bezpiecznie. – no moze w Kolumbii troche nie do konca sie spisal w tych bardziej odległych terenach. Jednak nie było go w momencie kiedy go potrzebowałam i mimo silnego przywiazania zamiast Lonely Planet – wzielam z polki przewodnik Rough Guides. Ma wady – jest troche grubszy i cięższy ale z pewnoscia odplaci sie wiekszym zasobem informacji;)
Generalnie mam lenia i żadnych szczegolnych ambicji w tym roku. Temat postanowiłam potraktowac zupełnie lajtowo. Żadne extreme, zadnego zrywu z motyką na książyc jak np próba wspinaczki na Cotopaxi (prawie 6000m). Ale też nie bede uprawic turystyki emeryckiej i odpuszcze sobie pewne wydeptane szlaki – np. tygodniowy rejs po Wyspach Galapagos. W sumie nie wiem co bede tam robic bo, dzunglowa rekreacja typu łowienie piranii, pływanie z różowymi delfinami czy oglądanie ognistych oczu kajmanow nocą tez mi sie znudzila. Z tego typu aktywnosci chetnie powtorzylabym przygode z anakonda i potrzymała bestie w ramionach...
No to chyba pojade tam po prostu po to zeby pogadac sobie z lokalesami, przespacerowac sie przez rownik, jesc słodkie mango na sniadanie, bujac w hamaku itp. Może jeszce wpadne na Cejrowskiego na jakiejs sciezce, bo przecież Ekwador to jego obecna ojczyzna ale nie bede sie denerwowac.
Wstępny plan – jak widac, kompletnie nie sprecyzowany – mimo wszystko brzmi całkiem nieźle... Ale jeszcze dwa tygodnie do godziny zero - wylot 4go sierpnia.
Trzeba jeszcze troche popracowac, odwiedzic Polske, zabawic sie na Kasi i Rodriga weselu i wtedy wyruszyć:)

Tuesday, September 18, 2007

Monday, September 03, 2007

Że szczęśliwy powrót choc nieco drastyczny i bez znieczulenia

Hoooola!!!!!!!! Jestem z powrotem. W calosci, bez ubytku na zdrowiu, nieograbiona ani nic. No wieeem, jest to w pewnym sensie lekkim rozczarowaniem, wielu mi przepowiadalo ze ta wyprawa nie moze sie dobrze skonczyc a i ja spodziewalam sie mocniejszych wrazen:). A tu ani jednego aktu przemocy, ni nawet zadnego przedstawiciela guerilli czy paramillitares napotkanego na trasie...
Ale to znaczy, że moja misja zostala zrealizowana - to dowod na to, ze Kolumbia to bezpieczny kraj wakacyjno - wypoczynkowy, a ze do tego fanastyczny - to wiecie z moich biezacych relacji... Tam po prostu trzeba pojechac!
Powrot jest nieco drastyczny - wlaściwie zupelnie bez litosci i znieczulenia. Bez znieczulenia, bo pomimo licznych zamowien i wysokiej opłacalności niczego nie przywiozlam, nawet dla wlasnego uzytku:) Bez litosci, bo dzis po poludniu prosto z lotniska przyczlapalam do pracy - dzis juz niestety nie mialam urlopu:( Od paru godzin jestem juz w reality i to bardzo. Będę próbować ale raczej się przyjmie w Szwecji styl pracy zwany mańaną;)
Troche sie jeszcze dzialo nim opuscilam Kolumbie i Wenezule - nie bylo czasu na jakies wpisy ale przy najblizszej okazji dorzuce jeszcze jakies texty. I oczywiscie foty. Nie moglam wrzucac fotek na biezaco, bo trwalo to wieki w tamtejszych kafejkach internetowych a najczesciej sie zawieszalo...

Tymczasem wraz z Prezesem Adreasem zapraszam do klubu. Chociaz jeszcze nie wiem co bedziemy w nim robić ale cos sie wymysli;) Mozna na przyklad zorganizować uroczyste otwracie... każda okazja dobra:)
Dzięki że byliście ze mną i trzymaliscie kciuki za szczesliwy powrot!
Saludos, besos y abrazos, Ada

Thursday, August 30, 2007

wcale nieanonimowa podroz do Bogoty (po zalatwieniu San Agustin)

No i okazalo sie ze nastepnego dnia rowniez nie bylo wyprawy dzipem po okolicach San Agustin;( wiec mialam kolejny dzien na wloczenie sie bez wiekszego celu i konwersacje z samozwanczym opiekunem Lukasem. Dopiero okolo poludnia wlascicielka hotelu mowi - no przeciez moj brat moze Cie obwiezc... Oczywiscie potrojna stawka niz normalnie, gdyby byla grupa. No wlasnie - to gorsza strona podrozowania w pojedynke - ten luxus niestety czesto wiecej kosztuje:( (szczegolnie niestatndardowy transport i wynajecie przewodnika dla samej siebie, zeby np polazic po selwie caly dzien czy pogalopowac konno; czasem niby mniej, bo np. darmowy nocleg u kogos w chacie ale i tak trzeba cos kupic, postawic wiec i tak wiecej:) Zszedl wiec 70letni dziadek z goglami na oczach i ruszylismy rozklekotanym dzipem... po drodze zameczal mnie standardowymi pytaniami (a ja wolalam zeby skupil sie na drodze, bo dosc kreta byla) a na miejscach nie byl w stanie opowiedzic nic... musze wiec doczytac, bo odwiedzilismy ciekawe miejsca archeologicze. Do tego tzw. Estrecho - to jest przewezenie rzeki Magdaleny - najwiekszej i najwazniejszej rzeki Kolumbii, ktora u ujscia ma 3km a w tym przewezeniu 1.8m... i przepiekny ogromny wodospad. Widzialam wiec prawie wszystko co trzeba w okolicy, zlecialo jakies 5h i zdolalismy wrocic (a mialam czasem watpliwosci) i rzutem na tasme zalapalam sie na nocny bezposredni autobus do Bogoty (Na szczescie do Bogoty droga jest normalna, nie taka nedzna jak z Popayan). Adios San Agustin!
Tutejsze autobusy dlugodystansowe... to byl tzw cama-bus czyli lozko-bus, niezwykle wygodny, siedzenia rozkladaja sie do pozycji pollezacej a serwis jak w samolocie. Bilety - imienne miejscowki. Zaloga - 2 kierowcow i asystentka (stewardessa?) umundurowana. O monitorowanej predkosci wspominalam. Telewizor - tak (lecial film ´Norbit´, zawsze jest hiszpanski dubbing tym razem wyjatkowo byl po angielsku - nikt nic nie rozumial i oprotestowano ten fakt informujac zaloge - jednak bez rezultatu:). Poczestunek - tak (soczek, rogalik i batonik). Kocyk do przykrycia - tak. Z nieznanych mi powodow w tych wszystkich autobusach pasazerow mrozi sie klima. Zawsze pakowalam sie w spiwor ale ostatnio moim wielkim dramatem jest jego utrata - zapomnialam zabrac z auta 4 dni temu:(A teraz uwaga! tego wczesniej nie doswiadczylam - przed odjazdem do autobusu wpadl gosc z kamera i objechal wszystkich pasazerow, filmujac ich twarze...wczesniej sfilmowal tablice rejestracyjna i numer rejsu. Ta sama historia powtorzyla sie pare godzin pozniej w wiekszym miescie, gdzie sporo pasazerow sie wymienilo... Az mialam poczucie, zo to jakas ostatnia podroz, ostatnie zdjecia - pieknie sie usmiechnelam na wszelki wypadek:) Jak przez mgle przypominam sobie, ze wczesniej w ktoryms autobusie trzaskano zdjecia wszystkim - ale juz troche spalam i potem myslalam, ze mi sie snilo... chyba jednak nie;)W takich wiec niemal ´luxusowych´ warunkach po 10h dotarlam do Bogoty. I czekam sobie na dworcu na dzien. Calkiem fajnie na tym dworcu - mozna wziac prysznic, sa chyba dziesiatki sklepikow i knajp, no i kafeja internetowa, jakby co to mozna zamieszkac;) Kolejnej nocy planuje przemiescic sie na granice z Wenezuela a kolejnej do Caracas. Chyba, ze wymiekne i pozostane jeszcze jeden dzien w Bogocie i jakis przelot skoluje... a tego jeszcze nie wiem a zaraz musze cos postanowic, a tymczasem nic nie wiem co jest dostepne, ile godzin stad tam i co najwazniejsze za ile... Jedno wiem - trzeba mi dotrzec do Caracas w sobote... Tymczasem na 10ta umowilam sie z Nicolasem (tym poznanym w Cartagenie), ktory ma mi pokazac Bogote. W ciagu jednego dnia niewiele zobacze, bo Bogota to duze miasto jest (nie wspominajac o ciekawych okolicach) - glowny punkt programu to bedzie jedno z najbardziej znanych i bogatych muzeow - Museo del Oro (muzeum zlota prekolumbijskiego). Potem sie zobaczy... Bienvenidos Bogota!

Tuesday, August 28, 2007

W San Agustin zatrzymalam sie...

Dzis o poranku okazalo sie, ze nie ma ludzi chetnych na wyprawe dzipem (moze beda jutro). Ja odkrylam w miedzyczasie, ze nic mi sie nie chce. Nadciagnela burza mysli, bo pojawil sie kolejny, odwieczny podczas podrozy problem, zwiazany z podjeciem decyzji - should I stay or should I go now... tylko, ze teraz czas sie zageszcza... niewiele dni pozostalo a ja powinnam zmierzac juz w kierunku granicy z Wenezuela... Ostatnio sporo czasu spedzam na obliczaniu czasu jaki potrzebuje aby dostac sie do Caracas na czas, zeby zlapac swoj powrotny samolot. Postanowilam jednak sie zatrzymac, wyluzowac - ostatnio bylo intensywnie - sie usprawiedliwilam przed soba;) wielka ulga i radosc po podjeciu decyzji;) ale oznacza to ze praktycznie odpuszczam sobie Bogote i interesujaca mnie kraine Mwiskow...co oznacza, ze do Kolumbii trzeba bedzie powrocic.Ja sie wiec dzis zatrzymalam a miasteczko San Agustin wraz ze mna. Budze sie rano, nie ma swiatla. Jak nie ma swiatla to i cieplej wody. Tutaj noce sa chlodne wiec mialam ochote wziac prysznic w cieplej wodzie, skoro juz jest dostepna w tym hotelu. Czekam na 8ma bo moze bedzie po 8mej, mialam nadzieje... ale zapytana gosciowa mowi, ze dzis nie bedzie caly dzien w calym miescie do 18tej. Wrrr, okropnie zaluje - hmmm nie wiem czy sie przyznawac jaki ze mnie brudas - ze wczoraj padlam zmeczona i prysznic sobie odpuscilam... Poranny prysznic byl wiec zimny, wynurzam sie na miasto a tam jakos dziwnie, cicho, muza nie tetni na maxa jak to zawsze z kazdego, sklepu, salonu fryzjerskiego, knajpy... nawet soku z mango nie moglam sie napic, bo sokowirowki nie chodzily. Bylo sennie, to i mi chcialo sie spoczac gdzies na trawce i poczytac ksiazke - zeby nie bylo, ze na darmo ciagam ja przez 4 tygodnie (przywiozlam dwie a nawet w polowie pierwszej nie jestem). Zgodnie z rekomendacjami mojego nowego opiekuna (niejaki Lukas zajal sie planowaniem mojego czasu) wybralam sie na spacer za miasto, do przeleczy, ktora leniwie-porywiscie plynal sobie gorski potok. Tam znalazlm malenka, czesciowo kamienista czesciowo piaszczysta plaze - mowie Wam - jakze tranquilo i uroczo. Wprawdzie mialo byc pol godziny marszu a bylo poltora... Ale milo sie szlo, po drodze moglam obserwowac kawowe zniwa... Droga byla uslana owocami spadlymi z przydroznych drzew. Postanowilam sprobowac co zacz. Rozpolawiam, patrze, probuje - guajawa. Tylko troche mniejsza niz widzialam na targu, moze dzika. Ale jaka pyszna - rozowiutka w srodku a w smaku przypominala mi dojrzale poziomki. Czemu tak leza bezpanskie pomyslalam sobie... ale rzucilam sie na nie bez dalszego zastanawiani; hmmm zdobyczne jeszcze lepiej smakuja:) Jak juz kilka sztuk pochlonelam, zwolnilam tempo, powoli rozpolawiam kolejna, powoli degustuje, przygladam sie dluzej... a tu ni stad ni zowad z delikatnego rozowego miazszu wynurza sie... robaczek. Taki wypasiony, dlugi pedraczek. O zgrozo! Moze przypadek... Zeby upewnic sie, ze nie we wszystkich tych owocach zyja robaczki rozpalawiam po kolei te ktore spoczywaly juz w moim plecaku. Coz... oblesne robaczki mieszkaly we wszyskich... a mnie opanowaly mdlosci:( ale juz mi przeszlo. Wrocilam do miasta i po pewnym czasie przez miasto przeszlo wielkie OOOOOO, wrocil prad, i wszystko wrocilo do normy - muzyka poplynela zewszad...Mam szczescie do pieknych wieczorow w tym magicznym miescie. Wczoraj pelnia ksiezyca; burdel byl przez to w moim ukwieconym hotelu, bo jego wlascicielka z tego powodu przesadzala wszystkie kwiaty, bo ponoc jak sie je przesadzi po pelni ksiezyca to beda pieknie rosly. A przed chwila wrocilam z parady. W miescie jest fiesta z okazji Dnia Patrona San Agustin. Parada to byl przemarsz dzieci ubranych w rozne mundurki z lampionami w rekach. Byla tez dziecieca orkiestra wygrywajaca dudniace dzwieki na bebnach, jakby indianskie albo mi sie tak wydawalo... Ciemnosc, lampiony i te rytmy - wygladalo to na jakis tajemniczy obrzed. Parade otwieraly aniolki - naprawde! nic nie palilam! - mialy biale, opierzone skrzydelka... tak byly przebrane najmlodsze dzieci:) Do tego fajerwerki i w ogole uroczysta atmosfera, a parada konczyla sie msza w kosciele. Ech, to byl calkiem blogi dzien...

Me gusta galopar! Zwiedzajac konno San Agustin...

San Agustin - jedno z najwazniejszych miejsc archeologicznych w Ameryce Poludniowej. Odnaleziono tu setki tajemniczych posagow, wyciosanych glownie ze skal wulkanicznych. Posagi spoczywaly pod ziemia, ukryte przy grobach co wazniejszych czlonkow jednej z bardziej tajemniczych prekolumbijskiej cywilizacji, zyjacych na tych ziemiach na przestrzeni -3000 do 1500roku. Posagi moga przypominac te bardziej znane z Wyspy Wielkanocnej. Kilkadziesiat z tych posagow jak i muzeum tej cywilizacji mozne obejrzec w pobliskim Parku Archeologicznym. Cos niezwyklego ujrzec to na wlasne oczy... Te czesc mozna bylo zwiedzic w pol dia na pieszo. Inne miejsca archeologiczne stanardowo zwiedza sie podczas poldniowej wyprawy konnej i te dalsze - podczas calodniowej wycieczki dzipem.Nie podobala mi sie idea przejazdzki konnej, bo za jazda konmi nie przepadam. Lekcje jazdy zawsze konczyly sie niepowodzeniem czy raczej znudzeniem - ciagle tak w kolko na lazy i reprymendy instruktora. Ale tu nie bylo innej opcji. W poludnie zjawil sie gosc - jak sie okazalo moj przewodnik, zaaranzowany przez wlascicielke hotelu. Mial wlosy lekko dluzsze, przygladzone wyraznie na jeden bok, pociagniete brylantyna i brak 4 dolnych zebow, na imie mu bylo Uriel, i na metr od niego jechalo alkoholem (przez co chyba mialam pewne trudnosci ze zrozumieniem co mowi). Aha, bo tutaj sie sporo pije, i to tak od rana - przed poludniem, liczne, male, ciemne knajpki sa zaludnione i nawet ja mialam opory zeby tam wejsc chociazby po to, zeby sie rozejrzec. Coz tutejsi gorale, tak jak u nas za kolnierz nie wylewaja;)Tak czy owak umowilismy sie z Urielem na 14ta. Punkt 14ta wyruszylismy. Uriel tylko zapytal czy mam jakies doswiadczenie z konmi. Jakies tam mam mowie, ale nie za duze... Ale calkiem niezle mi szlo. Wiec juz za miastem Uriel pyta "Te gusta galopar?" Czy ja lubie galopowac? Claro, que si! No i zaczela sie prawdziwa jazda! Jaki czad! Kto by mi w Polsce pozwolil galopowac... tam tylko siedz prosto, kolana tu, kostki tam, palce obciagnie i anglezowanie, nudy... A tutaj trzeba bylo sie skupic na tym zeby sie utrzymac na grzbiecie. Po pierwszej godzinie nabawillam sie odciskow na rekach i otarc od kurczowego trzymania sie siodla. Potem, po zaobserwowaniu jak robi to moj mistrz lejc, zmienlam taktyke i profesjonalniej panowalam nad sytuacja, nad koniem niekoniecznie - caly czas nie bardzo sie mnie sluchal. No wiec mknelismy sobie na tych koniach jak cowboye po prerii. To byla jedna z fajniejszych przygod tu w Kolumbii. Bo procz szalonej jazdy (oczywiscie nie caly czas szalonej, bo kon sie zmeczyl:) caly czas towarzyszyly nam fantastyczne krajobrazy - szczegolnie w przeleczy/przewezeniu rzeki Magdaleny i te magiczne prekolumbijskie miejsca, do ktorych zajezdzalismy - a tam swiatynie, tumby i posagi... A wszystko nie do konca poznne, wyjasnione, istnieja tylko pewne hipotezy... Uriel, jak sie okazalo tylko zional alkoholem ale umysl mial trzezwy i mial dosc szeroka wiedze historyczna na temat odwiedznych miejsc i istniejacych hipotez.
Ech, bylo naprawde super! Jeszcze troche umiejetnosci jak panowac nad koniem i czlowiek moze poczuc sie dziko wolnym:)) W kazdym razie od tej chwili jestem fanka jazdy konnej...

Monday, August 27, 2007

tranzyt jeszcze bardziej na poludnie - Andy

No, to nadrobilam troche zaleglosci... bo w tej chwili bawie w zupelnie innych klimatach - andyjskich - w San Agustin. Po dosc wyczerpujacej podrozy dzien i noc czy noc i dzien. Po drodze zahaczylam o miasteczko Popayan, bo wypadalo... przewodnik LP nazwal je perla kolonialnej architektury, bialym miastem a jeszcze ktos mi powiedzial,ze jest ladniejsze niz Cartagena. No i rzeczywiscie bylo urocze, klimat jak sprzed setek lat ale troche senne, pewnie dlatego ze byl to niedzielny poranek. Pokrecilam sie z 2 godz i nic tam po mnie - jak dla mnie - Cartagena ciekawsza. Z Popayan busem wyruszylam do miasteczka ukrytego za 7 gorami i 7 lasami - San Agustin. Podroz busem trwala 7 godz i miala swoj urok - z powodu pieknych zmieniajacych sie andyjskich krajobrazow i muzy na maxa jaka raczyl nas kierowca (glosnik wisial mi nad glowa), do tego jedna z pasazerek byla kura. Jedna, jedyna kura - nie wiem czy ktos wiozl ja ze soba z powodow sentymentalnych (jak Borat) czy tez na rosol. Bus po tych kretych, gorskich drogach poruszal sie z predkoscia 25-35 km/h... (pasazerowie wszystkich autobusow tutaj moga monitorowac predkosc, bo zawsze wyswietla sie cyfrowo w widocznym dla pasazerow miejscu). Ech, zamykaja kafeje - zobaczcie sobie http://www.sanagustin.com.co/, jeszcze jutro tu jestem, jutro w nocy przemieszczam sie do Bogoty..

Kawowe eldorado














































Nie wiem czy wszyscy wiecie, ze Kolumbia zajmuje pierwsze miejsce na swiecie pod wzgledem jakosci produkowanej kawy (pod wzgledem ilosci - drugie, po Brazylii). Ten pierwszy fakt jest powodem do dumy kazdego Kolumbijczyka. Mozna sie o tym przekonac odwiedzajac np. Nacional Parque del Cafe, ktory tez jest duma Kolumbijczykow. To naprawde swietne miejsce na spedzenie weekendowego dnia, a ze byla to sobota sciagnely tam tlumy kolumbijskich rodzin. Mozna sie tam sie zapoznac nie tylko z rodzajami kawowych krzaczkow, procesem produkcji kawy ale tez tzw. kolumbijska cultura cafetaro i jeszcze sie tam mozna zabawic. Najbardziej zaimponowala mi organizacja tego parku, obsluga, oznakowanie - todo perfectamente no i przeurocza sceneria - rozlegle uprawy kawowe z palmami bananowymi, ktore daja cien roslinkom kawy, lasy bambusowe, rzeczka, mnostwo kwiatow... Pieknie! a to wszystko mozna podziwiac rowniez z gory - z wyciagu krzeselkowego. W miedzyczasie zalapalamm sie na show narodowych tancow Kolumbii - szalenstwo - na scenie jak i kolumbijskiej widowni - wszyscy spiewali dumnie ´Soy Colombiano hasta morir..´ Bylo tez show orchidei. Aha, bo orchidea to symbol/narodowy kwiat Kolumbii. Kolejna statystyka - Kolumbia jest chyba drugim na swiecie producentem/exporterem kwiatow!
Moim malym nieszczesciem byl fakt, ze wykupiony nie do konca swiadomie pakiet to byl all inclusive. A na terenie parku znajdowaly sie tez obiekty wesolego miasteczka - kolejki, karuzele itp. Byly tez takie lodki jak w Liseberg w Gbg, ktore wciaga sie do gory a one potem z duza predkoscia spadaja po torze wodnym do glebszej wody. Usadowilam sie jako pierwsza w lodce i - jak tak mozna bez uprzedzenia! - lodka spadla do wody a mnie cala przykryla fala wody! i po chwili jeszcze raz to samo tylko z wieksza sila i fala, ze juz nic nie mialam suchego na sobie:( w rezultacie zamiast dzikiej radosci ogarnela mnie dzika wscieklosc (ale nie wiedzialam kogo zabic); tym bardziej, ze 10 min pozniej zaczelo lac i nie bylo mi dane wyschnac ani sie przebrac przez kolejne 4 godziny. No i nic juz mnie potem nie bawilo procz filizanki cafe campesino z Juan Valdez Cafe (najbardziej znany brand w Kolumbii)... chociaz tesknie czasem za herbata, bo herbaty tu wlasciwie nigdzie nie widzialam... chyba, ze z lisci koki... Wszedzie tylko kawa i to straszliwie slodka (cukier lub panela) - jak sie nie uprzedzi ze bez cukru, por favor.
W Parku poznalam pewna Kolumbijke z Cali, ktorej syn mieszka w Anglii i pare m-cy temu ozenil sie z Polka. Los Colombianos... oczywiscie mam zaproszenie do Cali.

Nie latwo dotknac sniegu w Kolumbii
















A teraz o wyprawie na wulkan Nevado del Ruiz. Wprawdzie liczy sobie sporo ponad 5000m ale przyznaje sie od razu ze "zdobylam" go nie do konca o wlasnych silach (tylko i wylacznie z braku czasu:)... ale ten glowny odcinek prowadzacy na szczyt - taaak, to zrobilam sama! i na 5100 stalam!
Standardowo wjezdza sie dzipem (straszna mordega ta trasa) do bazy na 4800m a potem jak czlowiek jeszcze panuje nad organizmem trzeba pokonac na pieszo te 300m wzwyz. Niby nic... Ale po wjezdzie na 4800m organizm zaczyna sie buntowac i odzywa sie soroche tj. choroba wysokosciowa... mozna miec np. mdlosci, problemy z oddychaniem, trzaskajacy bol glowy, mozna wymiotowac itp... ja sie czulam conajmniej dziwnie - o czym nieopatrznie napomknelam i zaraz zjawil sie gosc z opieki medycznej, zeby mi cisnienie zmierzyc. Ale cisnienie bylo w porzadku, dla poprawy wytrzasnelam 3 herbatki z lisci koki. Potem ogarnela mnie sennosc. A tu trzeba wyruszac... Byla nas piatka - ja, 2 pary kolumbijskie plus przewodniczka. Jedna Kolumbijka wymiekla od razu. Dzieki temu jej maz Fernando zatroszczyl sie na trasie o mnie. Wysilek byl niesamowity, po kazdych 10-20-30 krokach serce bilo jak szalone (dzieki temu upewnilam sie ze je mam:), trzeba bylo zlapac oddech, opanowac mdlosci, napic sie wody i ruszac dalej. Przewodniczka - straszna malpa - nie kazala nam gadac i ciagle nas poganiala; wkurzalo mnie to, bo chcialam isc w swoim naturalnym tempie. No ale raczej trzeba bylo trzymac sie razem z powodu mgly tzn. gestych chmur, bo pare kilomentrow npm to juz chmury sa...
Wejscie zajelo nam ponad godzine a moze i poltora... Dodam, ze bylo makabrycznie zimno, tak strrrasznie zimno... To bylo drastyczne posuniecie z mojej strony - jeszcze dzien wczesniej o poranku w tropikach, a na drugi dzien tarzam sie w sniegu. Bo tam na szczycie byl snieg. Nawet sporo - ze 20cm - ale nic ciekawego ten snieg - zaden puch tylko taki twardy, zamarzniety. Przed nami weszla tam ekipa studentow kolumbijskich i najwiecej fanu sprawil mi ich widok, szalejacych na tym sniegu jak male dzieciaki. Oni rzeczywiscie sie tarzali, biegali, trzaskali foty, rzucali sniezkami, robili motyle... ich przewodnik stal bezradny, bo nie byl w stanie ich wywrac stamtad. Coz prawdopodobnie to byl ich pierwszy raz... pierwszy kontakt ze sniegiem. Az mi sie ta euforia udzielila;) Hmmm ludzie maja rozne marzenia, 10-letnia corka Sol-Lilly powiedziala mi, ze tak bardzo pragnelaby dotknac, potrzymac w garsci odrobine sniegu...
Przy powrocie (inna droga) odwdzieczylam sie Fernandowi. Przy zejsciu bylo mokro i slisko - ja mialam dobre buty na taka powierzchnie ale moj towarzysz raczej nie - i gdybym nie zlapala go za szmaty tj. za kolnierz kurtki to zjechalby kilkanascie metrow po blocie... To byl jedyny incydent warty napomkniecia jezeli chodzi o powrot; no moze jeszcze te cudowne, ksiezycowe widoki, bo chmury sie rozzstapily nagle i zaswiecilo slonce. Jak juz zeszlismy standardowo zaczelo lac i chcialo mi sie juz tylko spac.
A jeszcze slowko o Nevado del Ruiz... ten wulkan to potwor! jest przyczyna najwiekszej tragedii w dziejach Kolumbii - w 1985 explodowal zmiatajac z powierzchni Ziemii miasteczko i zabijajac 25000 ludzi, raniac kolejne tyle... A tak niewinnie sie prezentowal...
Fernando i Lucy oburzyli sie jak powiedzialam, ze nie znalazlam nic ciekawego w Medellin, gdzie oni mieszkaja. Mam wiec zaproszenie do Medellin - ale ten bezlitosny czas:(

Sunday, August 26, 2007

Rodzinnie w Pereirze





























W Pereirze oczekiwala mnie zona mojego kumpla z Bahia Solano (Edisona, tego od budowy lodzi), bo tam mieszkaja. Ten dzien spedzilam wiec rodzinnie z Sol-Lilly i dwojka ich corek - w sumie tak troche po babsku - poszlajalysmy sie po miescie, jakies zakupy, kafeja. Dzieki temu dowiedzialam sie, ze Kolumbia jest czolowym swiatowym producentem bielizny damskiej i meskiej. Dziewczyny! jaka jakosc i jakie wzory! Triumph sie chowa... Naprawde! Jak sie kompletnie nie splucze to zrobie zakupy w Bogocie... Wieczorem sporzadzilysmy moj przysmak - patacony - tj. smazone platany; platany to taka warzywna wersja bananow (se wieksze i zielone). Latwizna: pokroic, podsmazyc, rozgniesc (tj splaszczyc) i usmazyc jeszcze raz. Posolic i zjesc. Mniami! W Bahia Solano codziennie na sniadanie, obiad i kolacje jadlam patacony ze smazona ryba... nie do znudzenia!W Pereirze mialam wiec mete, tymczasem na drugi dzien wybieralam sie na wulkan i w przeddzien musialam sie przemiescic do Manizales. Okazalo sie, ze w Manizales studiuje kuzyn Sol-Lilly i tam mnie poslala... Musielismy sie zmiescic z Cheo w malutkim pokoju jakies chyba 3x2.5m:) Goscinnosc Kolumbijczykow nie ma granic... Cheo odstapil mi lozko a sam umiescil sie na cienkim materacu. Cheo studiuje ortodoncje, to bardzo popularny kierunkek tutaj, bo tu maja schize na punkcie uzebienia (generalnie wygladu) i niemal wszyscy maja naprawde piekne zeby a domniemam, ze jakies 3 osoby na 10 dzieciakow, starszej i mlodszej mlodziezy nosi aparaty korygujace... Gabinety i kliniki mozna spotkac niemal na kazym rogu w miescie. To byla dygresja o ortodoncji:) Tak sie mowi w ogole - ortodoncja?
Potem jeszcze jedna noc spedzilam w domu Sol-Lilly, bo po wulkanie wybralam sie na jeden dzien do pobliskiego Parque del Cafe. W miedzyczasie moja gospodyni juz mnie anonsowala u swojej siostry w Bogocie... Przytulnie i milo tak z rodzina - ale to tez oznacza obowiazki... a to trzeba zadzwonic ze zyje, ze wszystko OK, ze jestem tu i tu i wroce o tej i o tej, itp... jak to normalnie z rodzina;) Prawda rodzino?:)

Lotnisko w Bahia Solano - czy jest tam ktos?

Odlot z Bahia Solano mialam bardzo wczesnie rano; napisano mi, ze mam byc na lotnisku o 7.30. Wiec poranek byl ciezki, bieganina tu i tam, proba zlapania jakiegos transportu (udalo sie - motor) tak, ze w koncu dotarlam na lotnisko o 7.45... Wpadam lekko zestresowana - a tam - cisza! Nikogo! Otwarta wiata i zupelnie nikogo! Samolotu tez nie bylo. Co jest, pomyslalam sobie, odlecial beze mnie czy co? ale gdzie sa wszyscy... jakas obsluga na przyklad albo chociaz zolnierze, kontrolujacy wszystko co popadnie... Zadnej zywej duszy! Tylko przed lotniskiem stalo jedno auto z kims, wiec podchodze i pytam, a gosc mowi - a nieee, zamkniete jest, o 8mej otwieraja... Que?!!! Porque? Szlag moze czlowieka trafic...Stres minal, ale ja sie k. pytam po co, no po co kazano mi przyjsc tam o 7.30 jak otwieraja o 8mej? Reszta pasazerow w wiekszej ilosci pojawila sie ok. 8.30... hmmm, czyzby linie lotnicze zakladaly godzinny poslizg swoich pasazerow? Powinni uprzedzac, ja chetnie pospalabym dluzej! W koncu o 9tej przylecial samolot z pasazerami z Medellin i odlecial z nami o prawie pelen o 9.15 do Quibdo (z Quibdo do Pereiry bylo nas czworka na pokladzie plus dwoch piolotow).
A tak poza tym to linie lotnicze Satena sa bardzo elastyczne - nie przeszkadzal im moj nadbagaz w ilosci 8kg, zapomnieli skasowac mnie po 10usd za kazde z dwoch przebukowan i nie mialam problemow ze zmiana miejsca przylotu - zamiast wracac do Medellin lecialam do Pereiry. Tym sposobem przemiescilam sie do tzw Zona Cafetera.

W glebinach Pacyfiku



































































W Bahia Solano niemal sie osiedlilam; po hotelowym rachunku zajarzylam, ze nad Pacyfikiem zabawilam...6 nocy! Za szybko sie przyzyczajam do tego co fajne i mile, bo czulam sie tam prawie jak w domu, a znajomych wokol wiecej niz w Szwecji po roku czasu... Nigdzie indziej dotychczas nie przebywalam dluzej niz dwie a i tak kazda noc zawsze w innym hotelu... Otoz na pare godzin przed odlotem ponownie przelozylam go na nastepny dzien, bo okazalo sie, ze moge miec mozliwosc zanurkowania... Hmmm, nurkowanie w Pacyfiku - nic mnie nie powstrzymalo! A mialam juz spakowany plecak (a duzy jest i ciezki Endrju!)! Jednak na recepcji zjawil sie po mnie gosc, bo dzien wczesniej tak niezobowiazujaco z kims rozmawialam, ze bylabym zainteresowana... Problem polegal na tym, ze trzeba bylo oplacic transport lanczia (taka lodz z motorem) do rajskiej plazy Huini, gdzie stary Holender od kilkunastu lat ma swoje miejsce na ziemii - a tam cos w stylu szkolki nurkowej. Miejsce bylo rzeczywiscie rajskie, glownym zmartwieniem mieszkancow wydalo sie byc to aby ich dzeci nie bawily sie pod palmami kokosowymi (a tam wszedzie palmy kokosowe!); sama mialam okazje zaobserwowac sile spadajacego kokosa - po nurkowaniu skrylam sie pod liscmi ale w miare bezpieczej odleglosci od serca palmy - ale po tym jak kokos niczym wielki kamien spadl 3 metry ode mnie postanowilam sie jeszcze bardziej przemiescic... Statystyki sa znane - wiecej ludzie ginie od spadajacych kokosow niz w wypadkach lotniczych...To nurkowanie tam to bylo najdrozsze nurkowanie jakie mialam okazje miec dotychczas... a jednoczesnie na najgorszym sprzecie. W ogole bylam przejeta, bo baaardzo dawno nie nurkowalam a tu Pacyfik, spora glebokosc, bo uparlam sie na wrak a on byl na 35m i przewodnik, ktory nie do konca wzbudzal moje zaufanie. Uwierzono mi na slowo ze jestem divemaster i nikt nie poprosil o jakakolwiek licencje... a co tam, luuuzior. Ja tez nie poprosilam o licencje mojego przewodnika, bo wiedzialam ze jest tylko OWD... ale wiedzialm tez ze jest dobry w nurkowaniu na bezdechu... Przewodnik spytal mnie tylko czy widzialam juz duze ryby, bo zebym sie nie przestarszyla jak sie pojawia jakies wieksze sztuki:)Nurkowanie bylo super, chociaz zadnych skarbow:( ale wrak, wielkie i male ryby wokol - wszystko jak trzeba (w ogole nurkowanie jest super, nie wiem czemu zaniedbalam ten temat ostatnio). Chyba tylko nie zrobilismy wystarczajcej dekompresji (kto by tam mial komputer, dobrze ze zegarek pozyczylismy), bo na drugi dzien w samolocie odczuwalam cos jakby podskorne mrowienie jakby troche azotu mi zostalo... ale moze to z zalu - reakcja organizmu na opuszczenie tych cudownych okolic selwy i oceanu. A miejsce jest rzeczywiscie cudowne - i pomyslec, ze dwa dni przed moim przyjazdem wystapilo tam zagrozenie tsunami i cale pueblo byo ewakuowane na najwyzsze wzgorze i lotnisko... Mam nadzieje,ze nic nie zburzy tej krainy, bo zamierzam tam wrocic.