Monday, August 27, 2007

Kawowe eldorado














































Nie wiem czy wszyscy wiecie, ze Kolumbia zajmuje pierwsze miejsce na swiecie pod wzgledem jakosci produkowanej kawy (pod wzgledem ilosci - drugie, po Brazylii). Ten pierwszy fakt jest powodem do dumy kazdego Kolumbijczyka. Mozna sie o tym przekonac odwiedzajac np. Nacional Parque del Cafe, ktory tez jest duma Kolumbijczykow. To naprawde swietne miejsce na spedzenie weekendowego dnia, a ze byla to sobota sciagnely tam tlumy kolumbijskich rodzin. Mozna sie tam sie zapoznac nie tylko z rodzajami kawowych krzaczkow, procesem produkcji kawy ale tez tzw. kolumbijska cultura cafetaro i jeszcze sie tam mozna zabawic. Najbardziej zaimponowala mi organizacja tego parku, obsluga, oznakowanie - todo perfectamente no i przeurocza sceneria - rozlegle uprawy kawowe z palmami bananowymi, ktore daja cien roslinkom kawy, lasy bambusowe, rzeczka, mnostwo kwiatow... Pieknie! a to wszystko mozna podziwiac rowniez z gory - z wyciagu krzeselkowego. W miedzyczasie zalapalamm sie na show narodowych tancow Kolumbii - szalenstwo - na scenie jak i kolumbijskiej widowni - wszyscy spiewali dumnie ´Soy Colombiano hasta morir..´ Bylo tez show orchidei. Aha, bo orchidea to symbol/narodowy kwiat Kolumbii. Kolejna statystyka - Kolumbia jest chyba drugim na swiecie producentem/exporterem kwiatow!
Moim malym nieszczesciem byl fakt, ze wykupiony nie do konca swiadomie pakiet to byl all inclusive. A na terenie parku znajdowaly sie tez obiekty wesolego miasteczka - kolejki, karuzele itp. Byly tez takie lodki jak w Liseberg w Gbg, ktore wciaga sie do gory a one potem z duza predkoscia spadaja po torze wodnym do glebszej wody. Usadowilam sie jako pierwsza w lodce i - jak tak mozna bez uprzedzenia! - lodka spadla do wody a mnie cala przykryla fala wody! i po chwili jeszcze raz to samo tylko z wieksza sila i fala, ze juz nic nie mialam suchego na sobie:( w rezultacie zamiast dzikiej radosci ogarnela mnie dzika wscieklosc (ale nie wiedzialam kogo zabic); tym bardziej, ze 10 min pozniej zaczelo lac i nie bylo mi dane wyschnac ani sie przebrac przez kolejne 4 godziny. No i nic juz mnie potem nie bawilo procz filizanki cafe campesino z Juan Valdez Cafe (najbardziej znany brand w Kolumbii)... chociaz tesknie czasem za herbata, bo herbaty tu wlasciwie nigdzie nie widzialam... chyba, ze z lisci koki... Wszedzie tylko kawa i to straszliwie slodka (cukier lub panela) - jak sie nie uprzedzi ze bez cukru, por favor.
W Parku poznalam pewna Kolumbijke z Cali, ktorej syn mieszka w Anglii i pare m-cy temu ozenil sie z Polka. Los Colombianos... oczywiscie mam zaproszenie do Cali.

Nie latwo dotknac sniegu w Kolumbii
















A teraz o wyprawie na wulkan Nevado del Ruiz. Wprawdzie liczy sobie sporo ponad 5000m ale przyznaje sie od razu ze "zdobylam" go nie do konca o wlasnych silach (tylko i wylacznie z braku czasu:)... ale ten glowny odcinek prowadzacy na szczyt - taaak, to zrobilam sama! i na 5100 stalam!
Standardowo wjezdza sie dzipem (straszna mordega ta trasa) do bazy na 4800m a potem jak czlowiek jeszcze panuje nad organizmem trzeba pokonac na pieszo te 300m wzwyz. Niby nic... Ale po wjezdzie na 4800m organizm zaczyna sie buntowac i odzywa sie soroche tj. choroba wysokosciowa... mozna miec np. mdlosci, problemy z oddychaniem, trzaskajacy bol glowy, mozna wymiotowac itp... ja sie czulam conajmniej dziwnie - o czym nieopatrznie napomknelam i zaraz zjawil sie gosc z opieki medycznej, zeby mi cisnienie zmierzyc. Ale cisnienie bylo w porzadku, dla poprawy wytrzasnelam 3 herbatki z lisci koki. Potem ogarnela mnie sennosc. A tu trzeba wyruszac... Byla nas piatka - ja, 2 pary kolumbijskie plus przewodniczka. Jedna Kolumbijka wymiekla od razu. Dzieki temu jej maz Fernando zatroszczyl sie na trasie o mnie. Wysilek byl niesamowity, po kazdych 10-20-30 krokach serce bilo jak szalone (dzieki temu upewnilam sie ze je mam:), trzeba bylo zlapac oddech, opanowac mdlosci, napic sie wody i ruszac dalej. Przewodniczka - straszna malpa - nie kazala nam gadac i ciagle nas poganiala; wkurzalo mnie to, bo chcialam isc w swoim naturalnym tempie. No ale raczej trzeba bylo trzymac sie razem z powodu mgly tzn. gestych chmur, bo pare kilomentrow npm to juz chmury sa...
Wejscie zajelo nam ponad godzine a moze i poltora... Dodam, ze bylo makabrycznie zimno, tak strrrasznie zimno... To bylo drastyczne posuniecie z mojej strony - jeszcze dzien wczesniej o poranku w tropikach, a na drugi dzien tarzam sie w sniegu. Bo tam na szczycie byl snieg. Nawet sporo - ze 20cm - ale nic ciekawego ten snieg - zaden puch tylko taki twardy, zamarzniety. Przed nami weszla tam ekipa studentow kolumbijskich i najwiecej fanu sprawil mi ich widok, szalejacych na tym sniegu jak male dzieciaki. Oni rzeczywiscie sie tarzali, biegali, trzaskali foty, rzucali sniezkami, robili motyle... ich przewodnik stal bezradny, bo nie byl w stanie ich wywrac stamtad. Coz prawdopodobnie to byl ich pierwszy raz... pierwszy kontakt ze sniegiem. Az mi sie ta euforia udzielila;) Hmmm ludzie maja rozne marzenia, 10-letnia corka Sol-Lilly powiedziala mi, ze tak bardzo pragnelaby dotknac, potrzymac w garsci odrobine sniegu...
Przy powrocie (inna droga) odwdzieczylam sie Fernandowi. Przy zejsciu bylo mokro i slisko - ja mialam dobre buty na taka powierzchnie ale moj towarzysz raczej nie - i gdybym nie zlapala go za szmaty tj. za kolnierz kurtki to zjechalby kilkanascie metrow po blocie... To byl jedyny incydent warty napomkniecia jezeli chodzi o powrot; no moze jeszcze te cudowne, ksiezycowe widoki, bo chmury sie rozzstapily nagle i zaswiecilo slonce. Jak juz zeszlismy standardowo zaczelo lac i chcialo mi sie juz tylko spac.
A jeszcze slowko o Nevado del Ruiz... ten wulkan to potwor! jest przyczyna najwiekszej tragedii w dziejach Kolumbii - w 1985 explodowal zmiatajac z powierzchni Ziemii miasteczko i zabijajac 25000 ludzi, raniac kolejne tyle... A tak niewinnie sie prezentowal...
Fernando i Lucy oburzyli sie jak powiedzialam, ze nie znalazlam nic ciekawego w Medellin, gdzie oni mieszkaja. Mam wiec zaproszenie do Medellin - ale ten bezlitosny czas:(

Sunday, August 26, 2007

Rodzinnie w Pereirze





























W Pereirze oczekiwala mnie zona mojego kumpla z Bahia Solano (Edisona, tego od budowy lodzi), bo tam mieszkaja. Ten dzien spedzilam wiec rodzinnie z Sol-Lilly i dwojka ich corek - w sumie tak troche po babsku - poszlajalysmy sie po miescie, jakies zakupy, kafeja. Dzieki temu dowiedzialam sie, ze Kolumbia jest czolowym swiatowym producentem bielizny damskiej i meskiej. Dziewczyny! jaka jakosc i jakie wzory! Triumph sie chowa... Naprawde! Jak sie kompletnie nie splucze to zrobie zakupy w Bogocie... Wieczorem sporzadzilysmy moj przysmak - patacony - tj. smazone platany; platany to taka warzywna wersja bananow (se wieksze i zielone). Latwizna: pokroic, podsmazyc, rozgniesc (tj splaszczyc) i usmazyc jeszcze raz. Posolic i zjesc. Mniami! W Bahia Solano codziennie na sniadanie, obiad i kolacje jadlam patacony ze smazona ryba... nie do znudzenia!W Pereirze mialam wiec mete, tymczasem na drugi dzien wybieralam sie na wulkan i w przeddzien musialam sie przemiescic do Manizales. Okazalo sie, ze w Manizales studiuje kuzyn Sol-Lilly i tam mnie poslala... Musielismy sie zmiescic z Cheo w malutkim pokoju jakies chyba 3x2.5m:) Goscinnosc Kolumbijczykow nie ma granic... Cheo odstapil mi lozko a sam umiescil sie na cienkim materacu. Cheo studiuje ortodoncje, to bardzo popularny kierunkek tutaj, bo tu maja schize na punkcie uzebienia (generalnie wygladu) i niemal wszyscy maja naprawde piekne zeby a domniemam, ze jakies 3 osoby na 10 dzieciakow, starszej i mlodszej mlodziezy nosi aparaty korygujace... Gabinety i kliniki mozna spotkac niemal na kazym rogu w miescie. To byla dygresja o ortodoncji:) Tak sie mowi w ogole - ortodoncja?
Potem jeszcze jedna noc spedzilam w domu Sol-Lilly, bo po wulkanie wybralam sie na jeden dzien do pobliskiego Parque del Cafe. W miedzyczasie moja gospodyni juz mnie anonsowala u swojej siostry w Bogocie... Przytulnie i milo tak z rodzina - ale to tez oznacza obowiazki... a to trzeba zadzwonic ze zyje, ze wszystko OK, ze jestem tu i tu i wroce o tej i o tej, itp... jak to normalnie z rodzina;) Prawda rodzino?:)

Lotnisko w Bahia Solano - czy jest tam ktos?

Odlot z Bahia Solano mialam bardzo wczesnie rano; napisano mi, ze mam byc na lotnisku o 7.30. Wiec poranek byl ciezki, bieganina tu i tam, proba zlapania jakiegos transportu (udalo sie - motor) tak, ze w koncu dotarlam na lotnisko o 7.45... Wpadam lekko zestresowana - a tam - cisza! Nikogo! Otwarta wiata i zupelnie nikogo! Samolotu tez nie bylo. Co jest, pomyslalam sobie, odlecial beze mnie czy co? ale gdzie sa wszyscy... jakas obsluga na przyklad albo chociaz zolnierze, kontrolujacy wszystko co popadnie... Zadnej zywej duszy! Tylko przed lotniskiem stalo jedno auto z kims, wiec podchodze i pytam, a gosc mowi - a nieee, zamkniete jest, o 8mej otwieraja... Que?!!! Porque? Szlag moze czlowieka trafic...Stres minal, ale ja sie k. pytam po co, no po co kazano mi przyjsc tam o 7.30 jak otwieraja o 8mej? Reszta pasazerow w wiekszej ilosci pojawila sie ok. 8.30... hmmm, czyzby linie lotnicze zakladaly godzinny poslizg swoich pasazerow? Powinni uprzedzac, ja chetnie pospalabym dluzej! W koncu o 9tej przylecial samolot z pasazerami z Medellin i odlecial z nami o prawie pelen o 9.15 do Quibdo (z Quibdo do Pereiry bylo nas czworka na pokladzie plus dwoch piolotow).
A tak poza tym to linie lotnicze Satena sa bardzo elastyczne - nie przeszkadzal im moj nadbagaz w ilosci 8kg, zapomnieli skasowac mnie po 10usd za kazde z dwoch przebukowan i nie mialam problemow ze zmiana miejsca przylotu - zamiast wracac do Medellin lecialam do Pereiry. Tym sposobem przemiescilam sie do tzw Zona Cafetera.

W glebinach Pacyfiku



































































W Bahia Solano niemal sie osiedlilam; po hotelowym rachunku zajarzylam, ze nad Pacyfikiem zabawilam...6 nocy! Za szybko sie przyzyczajam do tego co fajne i mile, bo czulam sie tam prawie jak w domu, a znajomych wokol wiecej niz w Szwecji po roku czasu... Nigdzie indziej dotychczas nie przebywalam dluzej niz dwie a i tak kazda noc zawsze w innym hotelu... Otoz na pare godzin przed odlotem ponownie przelozylam go na nastepny dzien, bo okazalo sie, ze moge miec mozliwosc zanurkowania... Hmmm, nurkowanie w Pacyfiku - nic mnie nie powstrzymalo! A mialam juz spakowany plecak (a duzy jest i ciezki Endrju!)! Jednak na recepcji zjawil sie po mnie gosc, bo dzien wczesniej tak niezobowiazujaco z kims rozmawialam, ze bylabym zainteresowana... Problem polegal na tym, ze trzeba bylo oplacic transport lanczia (taka lodz z motorem) do rajskiej plazy Huini, gdzie stary Holender od kilkunastu lat ma swoje miejsce na ziemii - a tam cos w stylu szkolki nurkowej. Miejsce bylo rzeczywiscie rajskie, glownym zmartwieniem mieszkancow wydalo sie byc to aby ich dzeci nie bawily sie pod palmami kokosowymi (a tam wszedzie palmy kokosowe!); sama mialam okazje zaobserwowac sile spadajacego kokosa - po nurkowaniu skrylam sie pod liscmi ale w miare bezpieczej odleglosci od serca palmy - ale po tym jak kokos niczym wielki kamien spadl 3 metry ode mnie postanowilam sie jeszcze bardziej przemiescic... Statystyki sa znane - wiecej ludzie ginie od spadajacych kokosow niz w wypadkach lotniczych...To nurkowanie tam to bylo najdrozsze nurkowanie jakie mialam okazje miec dotychczas... a jednoczesnie na najgorszym sprzecie. W ogole bylam przejeta, bo baaardzo dawno nie nurkowalam a tu Pacyfik, spora glebokosc, bo uparlam sie na wrak a on byl na 35m i przewodnik, ktory nie do konca wzbudzal moje zaufanie. Uwierzono mi na slowo ze jestem divemaster i nikt nie poprosil o jakakolwiek licencje... a co tam, luuuzior. Ja tez nie poprosilam o licencje mojego przewodnika, bo wiedzialam ze jest tylko OWD... ale wiedzialm tez ze jest dobry w nurkowaniu na bezdechu... Przewodnik spytal mnie tylko czy widzialam juz duze ryby, bo zebym sie nie przestarszyla jak sie pojawia jakies wieksze sztuki:)Nurkowanie bylo super, chociaz zadnych skarbow:( ale wrak, wielkie i male ryby wokol - wszystko jak trzeba (w ogole nurkowanie jest super, nie wiem czemu zaniedbalam ten temat ostatnio). Chyba tylko nie zrobilismy wystarczajcej dekompresji (kto by tam mial komputer, dobrze ze zegarek pozyczylismy), bo na drugi dzien w samolocie odczuwalam cos jakby podskorne mrowienie jakby troche azotu mi zostalo... ale moze to z zalu - reakcja organizmu na opuszczenie tych cudownych okolic selwy i oceanu. A miejsce jest rzeczywiscie cudowne - i pomyslec, ze dwa dni przed moim przyjazdem wystapilo tam zagrozenie tsunami i cale pueblo byo ewakuowane na najwyzsze wzgorze i lotnisko... Mam nadzieje,ze nic nie zburzy tej krainy, bo zamierzam tam wrocic.

Saturday, August 25, 2007

Wciaz lepiej byc nie moze

Siemanko! Wciaz zyje i wciaz mam sie wspaniale! Nie bylo mnie tu z powodu koniecznosci ciaglego przemieszczania sie ostatnimi dniami i roznych zajec poznawczo-rozrywkowych wypelniajacych te dni; a troche dzialo w miedzyczasie... zanurkowalam w Pacyfiku, przenioslam sie w inna strafe klimatyczna (zona cafetera), zahaczylam o kraine prawie wiecznych sniegow i o kawowe eldorado. A jeszcze zamieszkalam z pewna rodzina. Szczegoly potem...
Ale z tym ´lepiej byc nie moze´ to przesadzilam - moglo by na przyklad nie lac tak okrutnie codziennie po poludniu...

Tuesday, August 21, 2007

Nie do konca samodzielna wyprawa nad wodospad




Ludzie sa tu po prostu niemozliwi… kazdy chce pomoc, pokazac cos, zaprowadzic… Bardzo to mile jednak ja czasem mam kaprys zrobic cos sama… najczesciej jednak – chyba na szczesce- nie zawsze jest mi to dane…
I tak np dzis o poranku postanowilam wybrac sie nad wodospad, oddalony o jakies 20 minut od centrum. Jak tylko wyruszylam zaczelo lac, tak tropikalnie czyli jakby wiadrami… Trudnosc w dotarciu do wodospadu polega na tym ze prawie przez caly czas idzie sie rzeka (przynajmniej nie mozna zabladzic). Nieustajaca ulewa martiwla mnie z powodu prawdopodobienstwa zamoczenia mi aparatu, no i mialam swidomosc, ze rzeka staje sie troche niespokojna… Po drodze minelam goscia o wygladzie rozbitka 10 lat po rozbiciu (Jose). Jose obserwowal moje zmagania z rzeka i poinformowal, ze do Quebrady juz niedaleko. Dotarlam wreszcie do celu. Tylko 5 metrowa kaskada okazala sie nadspodziewanie poteznym wodospadem – woda spadala z taka sila jakby cos ja u gory sztucznie spietrzalo… poniewaz powiedziano mi, ze mozna sie tu wykapac, to postanowilam to zrobic. Nie udalo mi sie zblizyc bardziej niz na odleglosc 6m a i tak taplajac sie i poddajac naturalnemu masazowi porzadnie musialam trzymac sie skaly (czego sie nie robi dla jedrnego ciala;) A ulewa trwala… Wiedzialam ze sytuacja – poziom i nurt rzeki – moze zmienic sie nie do poznania po godzinie ulewy; trudno jednak uwierzyc w to, ze minuty maja tu znaczenie… Po pewnym czasie ujrzalam komiczny (tragikomiczny?) widok ´rozbitka´ z parasolka (naprawde nie wiem po co mu ta parasolka byla) wymachujacego energicznie rekami jakby statek zobaczyl na horyzoncie; jednak chodzilo mu o to ze mam sie natychmiast ewakuowac spod wodospadu.. Wyrwal mnie wiec z kapieli, potem akcja byla szybka - ledwo pozwolil sie ubrac, chwycil za reke i natychmiast pociagnal za soba… Po sobie znanych rzecznych sciezkach i schowanych pod woda kamieniach przyprowadzil na skraj puebla. Jose, mi salvador! Gracias Tylko skad wiedzialam, ze przyjdziesz po mnie?
Potem pewna napotkana dziewczynka ochoczo odprowadzila mnie do hotelu oferujac kawalek swojego ogromnego parasola a jacys klienci hotelowej resatauracji zaprosili na kawe i ciacho… No i powiedzcie mi ludzie jak tu nie pokochac Kolumbii…
Na zdjęciu - wybawiciel we wlasnej osobie!!!

Kolejny dzien z zycia nad Pacyfikiem





























Wczoraj bylam w Balle – uroczej miejscowosci oddalonej o godzine jazdy ledwo przejezdna droga od Bahia Solano. Jazda motorem to prawdziwy motocross; bezgraniczne zaufanie do kierowcy niezbedne, jednak pewne odcinki wolalam przejsc na pieszo.
Wlasnie tam w Balle mozna biegac boso po ogromnych, pieknych plazach Pacyfiku, chociaz czarnych i troche dzikich. Tam tez mozna mieszkac w hamaku na plazy. Z tym bieganiem boso po plazy trzeba troche uwazac, bo biegaja tam tez setki malych czerwonych czy pomaranczowych krabow, uciekajacych w rozne strony prawie z predkoscia swiatla (poruszaja sie tak jak te kraby z ostatniej czesci Piratow Karaibow jak ktos widzial) Na wybrzezu zdarzaja sie czane skaly porosniete… bialymi orchideami. Que buena vista…
Z Balle mialam plynac lanczia do Nuqui ale trzeba bylo czekac pare godzin az wody Pacyfiku pozwola; wtedy zajarzylam jak duzo tu zalezy od matki natury i kaprysu Pacyfiku , co przekladalo sie na to ze nie bylo pewnosci czy uda mi sie wrocic na drugi dzien, zeby na kolejny dzien zdazyc na samolot. Postanowilam wiec sila sie powstrzymac i zrezygnowac z tej kuszacej przygody… Moj towarzysz i motocrossowy kierowca Leo musial jednak plynac a ja wracac sama prawie 5 godzin na pieszo droga wycieta w dzungli. W sumie to moglam zorganizowac sobie transport ale chcialam sie przejsc;) Powolilam sie tylko podrzucic kawalek nalegajcemu motorzyscie, ktory probowal przekonac mnie ze przed zmierzchem nie dotre na miejsce. Kolega po drodze w ciagu paru minut zaglaskal moja lewa noge, prawa zaniedbal - pewnie dlatego ze prawa reka musial trzymac kierownice;) W miedzyczasie jeszcze kilkukrotnie odmowilam kuszacej propozycji skrecenia w prawo aby obejrzec wodospad. Ostatecznie poprosilam, zeby pozwolil juz mi isc. Dopiero jak powtorzylam swoja prosbe kilkanascie razy zrozumial, ze chyba rzeczywiscie tego chce. No i sie odczepilam i poszlam dalej na pieszo; do Bahii dotarlam rzeczywiscie w lekkich ciemnosciach… padnieta… a tu fiesty czas! Wino choc czerwone trzeba bylo dlugo schladzac w lodowce, ech jak pieknie smakowalo... Raczylam sie w towarzystwie Carlosa (barman) i Edisona (ten od budowy lodzi). Milutko… A teraz tym zwierzeniem skaze sie na potepienie ale mam nadzieje, ze bedzie mi to wybaczone z powodu urodzin. Otoz Edison postanowil mi zrobic niespodzianke i podarowal odrobine koki wraz ze szkoleniem co z tym zrobic. Wzielam, sprobowalam i nic, i zyje, i nie jestem uzalezniona:) Musialam sprobowac, bo nikt by mi nie uwierzyl, ze bylam w Kolumbii i nie sprobowalam. Koka to zaden luxus tutaj – potwierdzila sie teza o wylawianiu prze mieszkancow zatopionego towaru z dna zatoki. Gram kosztuje 5USD…

Sunday, August 19, 2007

wciaz Pacyfik - dzis lekcja survivalu w selvie
























































Hurra! Lot przebukowany! Urodziny obchodze wiec nad Pacyfikiem... Tak sobie pomyslalam, ze to miejsce troche lepsze niz inne zeby celebrowac wieczor butelka(ami) wina:)
Dzis jestem po kilkugodzinnej szkolce survivalowej pod tytulem jak zorganizowac sobie zycie w selvie:) Zalatwiono mi super-przewodnika, chlopaka z puebla (Dzamel), ktory o dzunglii wie chyba wszystko.
Swoja wiedza zdumiewal mnie na kazdym kroku, z maczeta w dloni sie chyba urodzil (m.in.blyskawicznie wyciosal ´stol´ i ´siedzenia´ zeby spozyc lunch w nalezytych warunkach), do tego rozpoznawal rozne magiczne rosliny, uzywane przez szamanow i czarownice... a ja coz - niekoniecznie wszystko pamietam i niekoniecznie wszystko zrozumialam... ale chyba wiem jak dobrac liscie z wlasciwej palmy zeby zbudowac dach nad glowa (tak, by deszcz nie przeciekal!); bardzo praktyczna umiejetnosc, ktora na pewno przyda mi sie w zyciu;) szczegolnie w Szwecji, gdzie ciagle pada;) Zawsze tez mialam ochote pobujac sie na prawdziwych lianach - jak tarzan - i dzis moglam bujac sie do upadlego; doslownie do upadlego, bo niektore liana niekoniecznie byly ´zamontowane´ na drzewach tak jak by sie oczekiwalo...Pokonalismy niezly kawalek dzunglowych bezdrozy, jednak nie udalo nam sie niestety natrafic na zadne mniej lub bardziej jadowite weze czy wieksze dzikie zwierza. I tak - nie wiem kiedy (oboje bylismy bez zegarkow) - ale zeszlo nam ponad 8 godzin, wliczajac jakies pol godziny bezruchu w oczekiwaniu az minie makabryczna ulewa i ok. polgodzinne taplanie sie w rzece w ubraniu i butach, zeby pozbyc sie troche blota...
Dzamel po drodze opowiedzial mi jak to paramilitares zabili mu brata pare miesiecy temu; byl sternikiem lanczii, ktora transportowala ´towar´ do Panamy.
Aha - no bo tutaj z racji bliskosci granicy z Panama (6godz statkiem)- punktu przerzutowego koki do Stanow, przebiega trasa przemytnicza. Podobna pare tygodni temu przechwycono ladunek 6-7 ton. Przy okazji troche towaru zatonelo i mieszkancy rzucili sie zeby wylawiac a potem pierwotny wlasciciel odkupowal od nich za wciaz niezla cene - relacja z lokalnego baru przy hotelu. Na potwierdzenie znajomy pokazal mi zolnierska lajbe z beczkami - podobno - pelnymi koki... Dzamel wczesniej pracowal w selvie, ale od niedawna tez jest sternikiem lanczii i tez plywa do Panamy - nie wiem z czym - mowil, ze z
´towarem´byl tylko dwa razy, bo go brat namowil...
Ech, ciekawy to zakatek na Ziemii... bawie tu do srody.
Jutro byc moze udam sie w podroz do Nuqui motorem (raaany, kiedy ja ostatnio na motorze siedzialam... a tu prawie wszyscy tu jezdza motorami) a potem lanczia (mam nadzieje ze sie nie przewroci:)

Saturday, August 18, 2007

Wybrzeze Pacyfiku - raj odnaleziony





































No coz... a jednak jest tu pieknie! Zamierzam przebukowac powrotny lot na pozniejszy termin (nie ten do domu, tylko do Medellin) - chociaz moze byc ciezko:( Po prostu rozbraja mnie bliskosc selwy (100m od hotelu) i to selwy takiej konkretnej w postaci zielonej sciany, no i oceanu - ok.200-400m ale zalezy od przyplywu/odplywu. Poziom wody w oceanie zmienia sie co 6 godzin i raz odkrywa a raz zalewa obszar okolo 200m (tj. o ok.2-4 metrow przy skalach). Tak wiec spacerujac w jedna strone wybrzezem po kilku godzinach sie nim nie wroci bo jest zalane...
Dzis opiekowal sie mna Leo z mojego hotelu. Rano odwiedzilismy jego znajomego w domu przy samym brzegu w porcie i 20 m od selwy - i to co zobaczylam jest zupelnie nie do wiary - gosc mieszka w totalnie opajeczonym domu! Przysiegam!oczywiscie nie ma okien (bo po co tutaj) ale nie ma tez moskitier - caly taras, okna sa spowite niebieskawa pajeczyna, produkowana przez dziesiatki wielkich pajakow. Sa tez w srodku mieszkania ale wlasciciel przemieszcza je w bardziej potrzebne miejsca - normalnie schiza - musialam uwazac na kazdy ruch, potem sie przyzwyczailam. Coz, jedni hoduja rybki... Jednak pajaki sprawiaja, ze mieszkanie jest kompletnie odizolowane od wszelkich insektow i robactwa, co biorac pod uwage lokalizacje (miedzy dzungla a oceanem) jest super rozwiazaniem (jak ktos nie ma aranofobii czy jak sie to nazywa..).
Potem odwiedzilismy innego znajomego zajmujacego sie produkcja lodzi (i to naprawde niezlych). Nawdychalam sie tam troche oparow klejow - chlopaki akurat kladli 5 warstw wlokna szklanego na burty. Strasznie zmudna robota... Nie moglam patrzec jak nie uzywaja masek, wiec zrobili mi przysluge i zalozyli;) Jedna srednia lajbe robia w tydzien.
Lodki zwie sie tutaj lancziami. Wczoraj w okolicach Nuqui jedna lanczia miala wypadek, podobno grupa turystow spanikowala z jakiegos powodu i lodka sie wywrocila - jedna babka utknela pod lodka i zginela. Lepiej wiec wloczyc sie solo niz podrozowac ze spanikowanymi turystami;)
Obecnie tu w zatoce jest sezon na wieloryby - nie wiem dokladnie czy to jest czas ich rozmanazania czy zalotow - moze bede miala szczescie zobaczyc... Dosc liczne sa tez delfiny. Poza tym jest to totalne eldorado dla entuzjastow wedkowania (czyli nie dla mnie:)
Leo byl mi tez przewodnikiem po pobliskiej selwie - nie pozwolili mi poszlajac sie samej po okolicy chociaz sciezka byla calkiem wydeptana na wielkie zadzunglone wzgorze. Spacer - czad! Chyba jestem dzieckiem dzungli;) Tylko z powodu licznych jaszczurek, wielkich mrowek, gasienic i pajakow ciagle musze sobie przypominac ze zanim podepre sie o jakies drzewo czy zlapie jakas galaz musze je dokladnie obejrzec...
Kapiel w kaskadzie z widokiem na ocean i z bajorkiem o glebokosci 1.2m - sluzacym jako naturalne jakuzzi - dopelnia piekno dzisiejszego dnia...
A na jutro mam zorgzanizowany 5godzinny przemarsz przez glebsza selwe, mam nadzieje, ze taka dzika, ze bez maczety ani rusz:))

Friday, August 17, 2007

Wybrzeze Pacyfiku... gdziez ten raj?

Ale pojechalam na maxa z tym Pacyfikiem a jeszcze bardziej Bahia Solano… Z tym uwiezieniem sie tutaj to zartowalam ale okazalo sie ze nie koniecznie;) Dwugodzinny obsuw na lotnisku sprawil ze mialam troche czasu pomyslec o tym gdzie sie wlasciwie wybieram i musze przyznac troche sie niepokoilam… W koncu zabrala nas dwudziestoosobowa awionetka i wyladowalismy in the middle of nowhere… Lotnisko to w rzeczywistosci maly plaski budynek z podworkiem, na ktorym znajdowaly sie pasy startowe - klimat znany mi z Rurenabaque w Boliwijskiej dzuglii – na oko lekki chaos jednak o swoistym porzadku. Udalo mi sie odzyskac przetrzepany bagaz, zarzucilam go na plecy i - no coz - najzwyczajniej w swiecie nie wiedzialam co dalej (co jest uczuciem dosc dziwnym:) Do ´miasta´ jakies 30 min pieszo sie dowiedzialam – wiec dojechalam czyms w stylu budy na 3 kolkach. Pierwsze pytanie do kierowcy to czy jest tu internet café, bo chcialam poczytac cos wiecej o tym gdzie jestem, znalezc moze jakis nocleg etc… w duchu jednak liczylam (i licze nieustannie:) na jakis przypadek. Gosc byl pomocny i pokazal ewntualne miejsca gdzie moglam sie zatrzymac – ale zostawil mnie tam gdzie chcialam –w kafei (niezla, 8 kompow ale maaakabrycznie wolne i literki z klawiatury poscierane, co utrudnia mi pisanie –bo biegam i sprawdzam na innych klawiaturach). No i przypadek sprawil ze mama goscia od internetu prowadzi hotel… wiec mam dach nad glowa (za 2-3 razy tyle co wczesniej placilam).
Taaak, Bahia Solano, nazwa brzmiala mi tak pìeknie, wyobrazalam sobie hamak na pieknym wybrzezu z selwa w tle… Jednak okazalo sie ze jest to zwyczajne male pueblo, zamieszkane w 95% przez czarna ludnosc (wiekszosc kolumbijskiego wybrzeza Pacyfiku zamieszkuja potomkowie fali zwiezionych tu niewolnikow z Afryki) i zolnierzy. Woda przy wybrzezu Bahia Solano bardzo mulista, nie nadaje sie do kapieli – jakis smutny widok ten Pacyfik tutaj. Ale podobo pol godziny stad jest pieknie… jutro zobacze. Jeszcze piekniej jest jakies 3-4godz stad w Nuqui – miejscowosci do ktorej postanowilam nie poleciec (majac do wyboru Bahie Solano), bo wydala mi sie zbyt turystycznym kierunkiem… Przespacerowalam sie wzdluz lekko skalistego wybrzeza, napotkani po drodze zolnierze pokazali ukryty wodospad wpadajacy prosto z selwy do oceanu (ponoc jest ich tu multum). Tu musze przyznac ze uzbrojeni po zeby zolnierze to w rzeczywistosci mile chlopaki, choc na pierwszy rzut oka wygladaja tak jakby byli w tym miejscu w ktorym sa, po to zeby Cie zabic. Jednak pogadanka z gringa – no wlasnie, tutaj mowia na mnie gringa! – to dla nich rozrywka.
Generalnie w pueblo klimat niesamowity… zderzenia cywilizacji – drewniane ledwo trzymajace sie, polatane chaty na nogach (czasem ocean wylewa), w srodku TV, na zewnatrz mieszkancy domu (zycie toczy sie na zewnatrz) czesto z komorami przy uchu. Jednak przewaza bieda… Po poludniu mozna bylo zobaczyc gosci wracajacych z roboty z wielkimi maczetami w dloniach i przybijajacych do brzegu rybakow.
Ja tymczasem obok hotelu mam juz ¨swoja¨ restauracje – po prostu boooska rybe mi gosc zaserwowal a na jutro obiecal cos jeszcze lepszego… Mam rowniez kumpla – Marco Antonio alias Tony, ktory po minucie od poznania opowiedzial mi swoja historie o zyciu w ukryciu od 20 lat... pochodzi z Medellin (rzeczywiscie, za bialy jak na lokalnego) zaszyl sie tutaj po tym jak zostal wrobiony/wspoloskarzony o morderstwo exburmistrza Medellin… Historie oskarzenia i ucieczki zreacjonowal mi dzien po dniu – nie wszystko zrozumialam, bo sie troche jaka. W sumie mily czlowiek jak na kogos, kto kogos zabil – ale mowi ze nie zabil, wiec moze nie zabil;)
Niezwykle radosnym popludniowym odkryciem bylo dla mnie wyczajenie mojego ulubionego wina na polce w sklepie przy hotelu… Mniej radosna jest cena – jakies 2.5 raza wyzsza niz placi sie w Szwecji (za butelke chilijskiego Casillero del Diablo). Mialabym tu za ta kase 3-4 butelki niezlego rumu. Jednak zrobilam rezerwacje – ide sprawdzic czy jeszcze jest;)
Ciekawe, co przyniesie jutrzejszy dzien…

Thursday, August 16, 2007

Bez szczegolnego zachwytu o Medellin

Nic nadzwyczajnego to Medellin... ale trudno zeby mnie zachwycilo po Cartagenie - najpiekniejszym miescie Kolumbii .. Z pozytywow to mialam calkiem przyzwoity hotel z rozowa posciela a nawet tv i radio w pokoju (nie skorzystalam ale mialam) a nawet - uwaga! z ciepla (goraca) woda! Sprawdzilam ksiege gosci - zawsze to robie w poszukiwaniu Polakow - i odkrylam ze dzien wczesniej przez 2 dni mieszkal tu niejaki Adam Kotlinski. Sie minelismy...
Medellin zwane jest miastem wiecznej (calorocznej) wiosny jednak w tej chwili ta wiosna jest bardzo upalna... Odespalam nocna podroz, poszwendalam sie troche po miescie ale nic tak naprawde nie zwiedzilam, bo mi sie nie chcialo. Jakies muzea mi polecano ale jakos nie bylam w nastroju (a co sie bede zmuszac). Mialam tez przejechac sie metrem (taak! Medellin ma metro! normalnie jak Warszawa:), bo to jedna z bezpiecznych atrakcji jednak wydala mi sie malo atrakcyjna. Wieczorem zajrzalam do knajpy z muza live jednak z racji zageszczajacej sie atmosfery wycofalam sie szybko. Generalnie chyba mit miasta ogarnietego nieokielznana przemoca sprawil ze mniej odwaznie stawialam tu kroki.... Z istotnych dla mnie spraw zalatwionych tego dnia byla wizyta u fryzjera. Po warkoczykach wlosy mi sie skoltunily okrutnie i chodzilam od paru dni z dwiema duzymi kulkami koltunow na glowie. Chcialam je wyciac ale pani fryzjerka sie zawziela i rozczesala co zajelo jej jakies 2godziny (+ 2godz moich prob). Pani wczesniej przeprowadzila interwju i to co mi uratowalo wlosy to fakt ze w te dni (swoje lub klientki ) pani wlosow nie scina; ciekawe...
W miedzyczasie zalatwilam podroz nad Pacyfik. W prezencie na swoje urodziny i na okolicznosc ze mnie dotad nie okradziono zafundowalam sobie przelot w obie strony. Zreszta tam sie raczej nie dojedzie droga ladowa (przynajmniej nie zawsze)... Uwiezilam sie tam do poniedzialku lub wtorku. Lece zwijac manele - za jakies trzy godziny laduje w wilgotnej strefie tropikalnej... hmmm, brzmi niezle:) Miejscowosc nazywa sie Bahia Solano i kompletnie nic o niej nie wiem...

Uroki Cartageny

Cartagena mnie po prostu urzekla! Do tego stopnia, ze postanowilam poswiecic jej jeszcze jeden dzien (razem dwa). Faktem jest, ze pierwszego dnia w ekipie nie zobaczylam tego wszystkiego co chcialam (te kompromisy) ale potem towarzystwo sie rozjechalo.
Ze Starego Miasta nie chce sie wychodzic... malownicze, waskie uliczki z kolorowymi budynkami z okwieconymi balkonami wciagaja; sa pelne ulicznych sprzedawcow oferujacych wszystko co mozliwe, rowniez afrykanek z tacami owocow na glowie. Wloczac sie tu i tam zajrzalam nawet do Katedry. Ale doskonaly cien mozna zlalezc na laweczkach pod drzewami na Placu Boliwara, gdzie lokalni starsi panowie prowadza rozgrywki szachowe, pucybuci pucuja buty a obnosni sprzedawcy kawy w termosach oferuja najslodsza kawe na swiecie. Mimo to gorac straszna. Nawet w nocy, pomimo niewykonywania zadnego wzmozonego wysilku, krople potu wystepuja na czolo....
Troche wytchnienia mozna doznac na wybrzezu, morska bryza i woda robi swoje... Spotkalam tam kolesia z Bogoty, kroty obiecal byc mym przewodnikiem jak juz dotre do stolicy. W Cartagenie odbylismy wycieczke poznawcza po supermarkecie, bo wyszlo na jaw ze nie jarze pewnych typowych kolumbijskich produktow (czasem byla to kwestia niejarzenia hiszpanskiego/latynoskiego slownictwa)
O poranku obowiazkowo wybralam sie do slawnego bastionu San Felipe - majacego niegdys chronic skarby Cartageny przed ciaglymi atakami piratow. Budowla naprawde robi wrazenie, mozna poczuc te krwawa historie. W miedzyczasie wynajety z 6usd przewodnik nie odklejal sie ode mnie w ciemnych podziemnych korytarzach po ktorych wloczylismy sie troche bez sensu, bo nic nie bylo widac przy slabym swietle jego latarki. Kolumbijczycy sa niemozliwi, potem w autobusie uwodzil mnie starszy gosc, profesor prawa, w naprawde dosc zaawansowanym wieku, tj ladnie po szescdziesiatce).
W koncu nadszedl smutny czas rozstania, rozstania z karaibskim wybrzezem. Teraz bawie w oslawionym Medellin, tzn. dopiero tu dotarlam, 13 godz nocnym autobusem - ha! i zadnego rabunku po drodze! a jednak mozna podrozowac po Kolumbii noca... Oj trace czujnosc w tej oazie bezpieczenstwa (ale jakby co to zawsze noz w plecaku prawie pod reka:).
No dobra, to ide sie po rozejrzec po miescie, ktore tak wiele zawdziecza Escobarowi...


Wednesday, August 15, 2007

Short update - Lost City, Tayrona Park & lovely Cartagena...

I went to Ciudad Perdida and after 6 days managed to come back. Still alive, still in one piece and still no guerilla met. I have to make sure I´m in Colombia;) It was really interesting and quite exhausting adventure this trip to lost city. The prize was amazing views and magic feeling there in our destiny. Haven´t seen so far sth like this - hidden in the jungle rest of civilisation; great experience just to be there for couple of hours despite 3 days walking each way in heavy morning sun and heavy afternoon rains, crossing rivers milion times (most time nothing dry) and neverending fighting with mosquitos meantime. The only few more drastic experiences was an attack of albino (white) frog which just jumped on me, tarantula in one of our camps and crossing one really dangerous river when coming back (too much rain meantime). But hanging in hammocks each night & listening to vallenato songs (vocal -our guide) helped out to be ready each morning for next adventures.On our way in a small ´tent laboratory´ we had also possibility to go through the training of cocaine production process which I found quite similar to paper production process. Some different chemicals were used and of course coca leaves instead of pulp... Due to good profitability I would suggest to think over diverification at AP;) On our way we could also meet Kogis Indians living there like ages before although nowadays for example can listen to the radio... They wear traditional hand-made clothes and maybe it was not the bast idea to give them my Tshirt which I didn´t need anymore (it was with AP logo - so I did it in frame of promotion:)
After Ciudad Perida and making myself againg human being (long shower, laundry service etc..) with some people met on the trip we went to do nothing and chill out in National Tayrona Park, located on the coast and called paradise. I can only agree with this name as indeed it was paradise. Alost empty marvellous beaches & bautiful bays, meantime terrible sun & rains and then unforgotten night in una hamaka 20m from the sea.
Now I´m in Cartagena. I´m completely amazed by this city, especially old town. Just couldn´t stop taking pictures there and no much memory left on my card. But those very narrow streets, colorful buildings with balconys looked so wonderful (lack of vocabulary to describe). On my photos probably less wonderful, not only because Im a bad photographer but it´s also a matter of being here and feeling the history. Just came back from the San Felipe bastion the object of neverending attacks of pirates and also French & English colonists - very bloody stories. I took a guide to listen some of them. He was taking me to the most dark corridors and taking care of me very much. Still feel his breath on my neck:)
Today while walking around I´m tasting all the fruits I could buy on the small market. Can not remember names... it´s quite exiciting - I never know if will just love it or have to spit out (tak sie pisze wypluc?) immidiatelly:)
Yesterday I was also taken for a tour to Supermarket (Gracias Nicolas!) and had possibility to see & taste some typical Colombian products. Sweet bocadillos (of guayaba taste) with milk... yammi, yammi. Also found out that good cup of coffee - only in JuanValdezCafe, only with canela.
My last hours in Cartagena... so nice in internet cafe with air-conditioning but I better go out to enjoy even more old town views although suffering so much calor. Next station - Medellin! Then - could be that Pacific coast...

BTW - I met a Swidish girl two days ago and I practised my Svenska! As promised! I aksed her ¨hur mar du?¨ and for the same question I answered ¨Jag mar jattebra!¨ Task realised:)

Monday, August 13, 2007

Krotki wypad do Parku Tayrona (w ramach rekonwalestencji po dzungli)

no wlasnie... nie dokonczylam o Ciudad Perdida wczoraj, bo (po domyciu sie i odebraniu rzczy z pralni) w poznanym tam izraelskim towarzystiwe wybylismy na prawie 1.5 dnia i jedna noc do Parku Narodowego Tayrona. Park Tayrona to zachwycajace wybrzeze porosniete buszem i palmami, z rajskimi plazami i boskimi zatoczkami. W sumie nic nadzwyczajnego tam sie nie wydarzylo (procz awantur na trasie z taxowkarzem): slonce prazylo do poludnia, po poludniu lalo, morze bylo wzburzone (ale w zatoczkach blogie), komary kasaly umiarkowanie; udalo nam sie znalezc kokosy wiec mielismy co jesc, spalismy jakies 20m od morza - ja w hamaku pod strzecha (5usd, bo z moskitiera) (inni w namiocie ale noc mieli niespokojna z powodu robactwa), poplywalismy i wrocilismy do Santa Marty po to by zabrac manele, bo - tym razem w towarzystwie jednej Izraelki i Brytyjki - przemieszczamy sie do Cartageny (4,5 h autobusem). A o Cartagenie jutro a potem o Medellin, moim kolejnym celu podrozy... a c.d. o Ciudad Perdida jakos potem... no hay tiempo:)
Hasta luego!

Sunday, August 12, 2007

6 dni w dzungli na tropie zaginionego miasta Indian Tayrona

Bylam, wrocilam, przezylam! Niezapomniane 6 dni minely niepostrzezenie ale godziny wedrowki ciagnely sie w nieskonczonosc! Cala wyprawa skladala sie z roznych "part of adventures" (czesc skladowa przygody) jak okreslali wszelkie dogodnosci lub niedogodnosci - przewidziane lub nieprzewidzine nasi przewodnicy. ¨Impreza¨ byla zorganizowana przez jedyna sluszna agencje obslugujaca wyprawy do Ciudad Perdida; wszyscy bylismy kompletnie zaskoczeni jak okazalo sie ze nasza grupa liczy... 20 smialkow! (widzicie? Kolumbia to jednak turystyczna kraj!) Prawie jak wycieczka szkolna! Potwierdzil sie fakt ze Zaginione Miasto odwiedza coraz wiecej osob i w tej chwili jest to okolo 2000-3000 osob na rok, jak na taka atrakcje arecheologiczna to wciaz nie duzo w porownaniu z Machu Pichu gdzie tyle osob pewnie wpada na dzien… Towarzystwo bylo bardzo miedzynarodowe najwiecej trafilo sie Amerykanow, Australijczykow,Holendrow i Kolumbijczykow. Oto niektore ¨parts of adventurte¨
Czekanie – czekanie bylo jednym z glownych czesci skladowych wyprawy; czesto nie wiedzielismy na co czekamy (moze dla samego czekania). Pierwszego dnia mielismy stawic sie o 9,30 w biurze; moze wyjechalismy ok 11,30 (formalnosci, platnosci, zapakowanie bagazy i inne nieznane sprawy organizacyjne a todo tranquilo, muy tranquilo); a potem po drodze bylo wiele jeszcze innych spraw do zalatwienia na miescie (wiec +1h) a potem prawie odpadlo kolo w jeepie (standard - part of adventure) wiec trzeba bylo je naprawic (+1h); ostatecznie do bazy wypadowej dotarlismy ok 16tej (a to tylko 2h z hakiem czystej jazdy); i w bazie kolejna godzina czekania ale tu juz nie wiedzielismy na co…. Skonczylo sie tym ze pierwszego dnia 2 godziny z czterech szlismy w kompletnej ciemnosci i rzesistym deszczu; kazdy sobie… nie wiem jak to sie stalo ze sie nie pogubilismy….
Deszcze niespokojne – bo epoke deszczowa mamy teraz...kazdego popoludnia wiec lalo; ale lalo tak na maxa – tak, ze bardziej sie nie da! Naturalnie nie chowalismy sie po drzewami lecz maszerowalismy, bo pod drzewami tez lalo… a moja mysla przewodnia byla nadzieja ze jeszcze nie zamokl mi spiwor w plecaku (raz zamokl a potem lekko sie podpiekl podczas suszenia nad ogniem)
Rzeki – z powyzszego powodu (deszczy) z kazdym dniem rzeki wzbieraly i coraz trudniej bylo je forsowac; apogeum nastapilo dnia piatego – lina i asekuracja dwoch osob byla niezbedna; dodam ze sciezka wiodla w ten sposob ze np. te sama duza rzeke - Buritace - przekraczalismy okolo 3-4 razy idac w jedna strone...
Kokainowa Szkolka – to temat na osobny post wlasciwie… tak czy owak drugiego dnia za dodatkowe 12 $ mielismy mozliwosc zapoznac sie z procesem produkcji kokainy (moze potem opisze). ¨Wykladowca¨ zademonstrowal kazdy etap dokladnie a otrzymany produkt (ale jeszcze nie proszek) mozna bylo zdegustowac. Odrobina, ktorej skosztowalam zadzialala jak miejscowe znieczulenie u dentysty – paraliz wewnetrznej czesci jamy ustnej. Podobno lokalnie uzywa sie tego srodka do celow znieczulajacych jak trzeba wyrwac zeba. Koke w Sierra Navada uprawia sie masowo – tak jak ryz, juke, kukurydze i inne rosliny… Jest czescia plonow praktycznie kazdego gospodarstwa i nikt tego nie kryje. Liscie a najczesciej czesciowa przerobiona mase sprzedaje sie do glebiej ukrytych laboratoriow. Po ¨szkoleniu¨ doszlam nawet do wniosku ze proces jest dosc zblizony do produkcji papieru – tylko glowny surowiec inny i pewne dodadki (tu benzyna odgrywa istotna role i silnie zracy kwas ale - by uspokoic konsumentow - te substancje sie potem neutralizuje). Ale tez trzeba je rozwloknic, ´´uszlachetnic´´ chemikaliami i wysuszyc by wyszedl gotowy bialy produkt;) (dywesyfikacja w AP?)
Ciudad Perdida (main part of adventure) - kiedy trzeciego dnia po 6 godzinach mordegi dotarlismy prawie do celu tj. do podnoza Ciudad Perdida czekala nas nagroda, spodziewana niespodzianka w postaci ponad tysiaca schodkow wasko pnacych sie w gore; na ktorych latwo mozna bylo sie zabic (jeszcze gorzej bylo przy schodzeniu). ¨Wczolgiwanie¨ sie po schodach zajelo nam sporo czasu ale w koncu zaczely nam sie ukazywac - zatopione w max deszczu pozostalosci po cywilizacji Tayrona. Ciudad Perdida trzedba odkrywac etapami - nie jest tak spektakularne jak Machu Pichu ze calosc mozna ogarnac wzrokiem (nie bylam ale wnioskuje ze zdjec i zeznan swiadkow, ktorzy tam byli). Bo kamienne Ciudad Perdida zlozone jest z setek ¨tarasow¨, polozonych na roznych poziomach i poloczonych waskimi schodkami; caly teren porosniety jest buszem, drzewami wiec jedno spojrzenie nie wystarczy... trzeba sie powloczyc przez pare godzin. Jednak jedno spojrzenie z glownego, najwyzszego tarasu - skad widac otaczajace mniejsze a wszystko zatopione w dzungli - normalnie powala, na kolana. Niewiele wiadomo o istniejacej tam cywilizacji, bo nie znala pisma a pewne info o ich obrzedach i zyciu wyczytali archeolodzy ze znalezisk - glownie ceramiki. Miasto odkryto w 1973 (mas o menos, nie wiem czy dokladnie zapamietalam). Spedzilismy tam noc i pol nastepnego dnia. Bylo magicznie...
Perspektywa czasowa ¨mas o menos¨ czyli ¨mniej wiecej¨– dokladnie tyle trwalo pokonywanie pewnego odcinka trasy; tzn. taka byla przewaznie odpowiedz na pytanie ile jeszcze? godzine? ¨si, mas o menos¨ dwie godziny (inny przewodni)? ¨si, mas o menos¨ trzy??? (kolejny zapytany) ¨si, mas o menos¨:))) Lepiej po prostu nie pytac....

Aj, a teraz musze leciec - potem dokoncze story.

Sunday, August 05, 2007

Just a few words for those who can not understand my Polish

Here I am: Colombia, Carribean Coast, Santa Marta. It took me 36 hours to arrive here (by plane to Caracas, then by buses, collectivos, por puestos even metro - metro in Caracas). That was really challenging, I didin´t even imagine that it can be phisically possible, i must have been desperated:)
From Colombian border I´m accompanied by Venezuelan couple which does some businesses here in Santa Marta (trading artesanias, hand-made products by Indians & rastamans) and decided to take care of me & show me some interesting surroundings. Nice of them. Have to buy a bottle of wine tonight.
It´s just a first real day in Colombia so still not much experience but I have some observations:
- no guerlilla so far (disappointing:)
- hot, sun (if no clouds) has no mercy
- wind from the sea and palm tree leaves which give enough shaddow help to survive
- afternoon rains just like in Goteborg during all July
- mango sweetest then anywhere
- ron, cerveza y otras bebidas available without limits, anytime & coolest then anywhere
- music is part of air
Well, you must agree I´m in paradise:) especially if I add to above list a nice feeling that I don´t have to anything:))) Just thought I deserve a piece of luxery after neverending travel.. probably tomorrow it would be borring. So meantime I booked a trip to the Tayrona lost city in the jungle in Sierra Nevada de Santa Marta (Ciudad Perdida). Manana me voy! Nobody said it will be easy but for sure will be safe (last kidnaping there took place 4 years ago). I´ll be lost in lost city and somewhere around for coming 6 days. Bye!



Odrobina karaibskiego luxusu

Dzisiejszy dzien tj. ND byl plazowo-organizacyjny. Moj pierwszy normalny (caly) dzien w Kolumbii (aha, moze wlasnie powinnam zaczac od tego ze tu jest normalnie:)
Rano zalatwilam sobie wyprawe do dzungli, potem juz spokojnie dokonalam niezbednych zakupow i poszlam sobie na plaze na pare godzin. Dzieki temu ten dzien spedzilam prawie jak kazdy inny urlopowicz na karaibskim wybrzezu. Na plazy bardzo spodobal mi sie obwozny barek z muza na maxa serwujacy odjechane trunki w orzechach kokosowych (a u nas nad Baltykiem tylko lody i lody.. i nalesniki czasem;). Bylo milo i blogo przez co moja asertywnosc na plazy byla oslabiona... nie odmowilam wiec sobie i ¨obnosnym¨ sprzedawcom: 1. polgodzinnego masazu relaxacyjnego, 2. uslugi fryzjerskiej, polegajacej na zaplecieniu ze 30 warkoczykow na mojej glowie (ktore mam nadzieje uratuja mi wlosy przed skoltunieniem w dzungli) 3. serwisu uzdrawiajacego moja dusze - to poniekad przez przypadek - polegalo to na godzinnej rozmowie z wyslannikiem Boga (pod kamuflazem sprzedawcy wycieczek); te sprawe traktuje dosc powaznie i musze cos z tym zrobic, bo to juz drugi przypadek w ciagu pol roku, kiedy to mam do czynienia z wyslannikiem Boga (wczesniejszy kamuflaz to okulistka).
Tak czy owak dzis pozwolilam sobie na odrobine luxusu, zeby odzyskac szacunek do siebie (czesciowo nadszarpniety po sponiewieraniu sie w podrozy:) Pewnie jutro byloby juz nudno... Ale nie bedzie!, bo jutro rano zatopie sie w dzungli wedrujac w kierunku Ciudad Perdida - pochlonietego przez dzungle miasta Indian Tayrona. Tak wiec znikam na 6 dni i 5 nocy. Moze nie bedzie latwo ale na pewno bezpiecznie... Ciao!

Nieproszony wspollokator

Pierwsza noc w hotelu w Kolumbii jak sie okazalo nie spedzilam sama. Wspollokator ujawnil sie o poranku... pod prysznicem. Byl olbrzymi! Coz nie pierwszy raz taka historia..nie wpadlam w panike na jego widok ale nie byl mi tez obojetny - bacznie obserwowalam jego ruchy. Byly dosc niespokojne.Chyba strumien wody mu przeszkadzal. Woda byla zimna i w pewnym momencie mialam wrazenie ze probowal sie wymknac. Jednak pozostal.. Kontynuowalam prysznic nie spuszczajac go z oczu po czym wrocilam do pokoju. A ten niepostrzzenie za mna! Zupelnie nie wiem w ktorym momencie przemiescil sie obok mojej stopy i wszedl pod lozko! To przesadzil. Wtedy wlasnie postanowilam go zabic! tego wstretnego, obrzydliwego 3cm-owego... karalucha;)
Ale nie chcial wyjsc... dzis znow nie bede sama:)

Prawie jak niekonczaca sie podroz

A wiec jestem u celu ale oczywiscie na starcie nie na mecie… Po 36godzinach nieustannej podrozy (trzeba byc zdesperowanym:) znalazlam sie w Kolumbii a dokladniej na karaibskim wybrzezu w Santa Marcie. Maraton byl dosc wyczerpujacy... Najpierw przelot Goteborg-Frankfurt-Caracas (w sumie 13h), Po przylocie i zalatwieniu formalnosci musialam dokonac tego czego nie lubie – wymienic kase na czarnym rynku a przy tym nie dac sie okrasc i oszukac.... bo kase w Wenezueli trzeba wymianiac na czarnym rynku. Chavez usztywnikl kurs dolara, ktory oficjalnie wynosi 2150Bolivares, a cena u cinkciarzy to 3000 wzwyz. Bylam dumna ze wynegocjowalam 3200bvs (ale potem dowiedzialam sie ze mozna dostac nawet 3500bvs...). Akcja wymiany kasy na lotnisku potoczyla sie szybko - zawsze tak jest - wpada sie w czyjes rece i po nawiazaniu dialogu ciezko sie uwolnic dopuki (czy o¨¨ zamkniete?) sie nie dokona transakcji... A tu czlowiek jak sie przed wyjazdem naslucha i naczyta wszelkich ostrzezen to ma sie manie przesladowcza... wszyscy wygladaja podejrzanie (lacznie z moim kontrahentem) Wszytko poszlo jednak gladko i pomyslnie a gosc byl tak uprzejmy i podejrzanie pomocny ze jak odchodzilam rozgladalam sie wokol przez jakis czas czy nie wyslal za mna kogos zeby mnie zabic i okrasc;) ale nie...potem zlapalam autobus i metro na dworzec autobusowy.
A dworce autobusowe w Wenezueli (wlasciwie calej Am.Pld.) to prawdziwe wyzwanie... szczegolnie w pt po poludniu...zawsze trzeba sie zgrywac ze sie wie o co chodzi:)
Ostatecznie zakupilam bilet do Maracaibo (jakies 2.5h od granicy z Kolumbia) z poczuciem pewnego sukcesu bo za 14usd a wczesniej konkurencyjne lini oferowaly mi 3-4 usd drozej... Mina mi zrzedla jak zobaczylam swoj autobus (zlom, po prostu zlom) i ten konkurencji - luxusowy full wypas.. Jednak postanowilam sie nie zdenerwowac;) pomyslalam tylko ze nie mam szacunku do siebie i swoich kosci:) Autobus odjechal pol godziny przed czasem (gdzie ta manana?:) I bujal sie przez jakies 11godzin (z dwoma przerwami na jedzenie w przydroznych jadlodajniach) i byl godzine przed czasem! Z Maracaibo zlapalam por puesto (a raczej por puesto zlapalo mnie, a por puesto to cos w stylu taxowek, stare amerykanskie krazowniki, zabierajace 5 pasazerow, ruszajace jak sie auto napelni). W ciagu dwoch godzin jazdy do granicy przeszlismy okolo 7 kontorli dokumentow przez wenezuelskich zolniezy/celnikow/policjantow, na szczescie nie trzepali naszych bagazy... Na granicy wszystko bylo OK, oprocz tego ze pewien rozgoryczony koles opuszczajacy Kolumbie, opowiedzial mi jak to dzien wczesniej w Cartagenie na dworcu przystawiono mu lufe do skroni i zwyczajnie obrabowano; przykra historia, i przykro bylo mi ja slyszec w tamtym momencie..potem sie zastanawialam przez jakis czas nad swoj a reakcja w takich okolicznosciach ale nic do tej pory nie wymyslilam, bo to chyba nieprzewidywalne, ale mam w sobie ducha walki (i noz w kieszeni:) tylko nie wiem na ile ta bron przystawiana do niezorientowanego obcokrajowaca to blef... Tak czy owak nie zawrocilam i tymze por puesto dotarlam do Maicao a stamtad przez kilka kolejnych dlugich godzin kontynuowalam tulaczke autobusem, w miedzyczasie poznalam pare Wenezuelczykow, ktora jechala w interesach do Santa Marty (trudnia sie handlem roznymi rekodzielami, wyrobami indianskimi i rastamanskimi); namowili mnie na ten sam hotel, zlokalizowany troche na przedmiesciach ale blisko morza i w miare tani a potem ciagali po ciekawych zakamrkach, gdzie odwiedzali swoich znajomych i wstepnie dokonywali transakcji... a ja po prostu chcialam znalezc sie w lozku i spac...

Tylko troche o planach

Myslalam ze mam dosc sprecyzowane plany wyprawy ale jak tu juz jestem na miejscu to trace te pewnosc... Jednak pewne punkty programu zrealizuje na pewna a pewnych miejsc/przygod/zabaw bede raczej unikac. I tak np. niniejszym obiecuję, że nie będę walczyć z guerillą (rowniez sie do nich nie przylacze), zahaczę tylko o ich tereny żeby trzasnąć parę fotek chłopakom – mam nadzieje, że się pojawią (z karabinami koniecznie). Nie planuję również robić żadnych interesów z ziomalami Escobara (no właśnie – przy okazji powtarzam - żadnych zamówień na towar nie przyjmuję!)ale wpadnę do jego rodzinnego miasta Medellin się rozejrzeć... i tak główni obecni kokainowi mafiozi przenieśli się do Cali. Właściwie do Cali też pojadę, bo to przecież kolumbijska stolica salsy, aczkolwiek nie zamierzam zapisywać sie na żaden kurs (antytalencie). Nie bede też nadużywać żadnych białych prochów – z resztą jak wiadomo kokaina to w Kolumbii towar czysto exportowy, lokalnie żuje się liście koki, które jak powszechnie wiadomo mają działanie kojąco-łagodzące, usuwają zmęczenie i pozwalają przetrwać w trudnych andyjskich warunkach. Liście są w porządku ale mało smaczne i ranią dziąsła więc ja raczej będę rozkoszować sie kolumbijskim towarem exportowym numer dwa – czyli kawą. Hmmm, co jeszcze kojarzy się z Kolumbią... czy aby nie szmaragdy? Taaaak, wielu przyjeżdża tu na 'szmaragdowe' zakupy... ja zakupów nie mam w planach ale chciałabym w międzyczasie zanurkować sobie w Morzu Karaibskim - z ukierunkowaniem na jakis piracki wrak – a nuż pare tych kamieni i inne skarby ostały się na dnie... A propos skarbów – Kolumbia to przecież teren nieustających poszukiwań eldorado - zatopionych, zaginionych skrabów Mwisków i innych Indian... ale zbyt wielu poległo bym i ja ruszyła ich śladem J(jednak nie omieszkam wybrac sie do zaginionych w dzungli ruin miasta Indian Tayrona - niestety dawno juz oszabrowanych:(

Thursday, July 12, 2007

QUE VIVA COLOMBIA!


Ech Kolumbia... No wieeem, brzmi groźnie... bo niby guerilla, porwania, rozboje, narcotrafico... Oczywiście tak brzmi, bo tylko takie wieści docieraja do nas wraz z najświeższymi innymi krwawymi newsami. A tak poza tym – prócz tych mniej lub bardziej marginalnych incydentów z pogranicza raczej kryminalnego – Kolumbia to przecież magiczny, sielsko-anielski kraj Marqueza z rajskim wybrzeżem karaibskim, z bujna krainą Amazonii, andyjskim górami, niekończącymi się przestrzeniami los llanos z wypasionymi anakondami i kajmanami. A poza tym – a moze przede wszystkim – znajduje się tu kilka pre-kolumbijskich kompletnie odklejonych od rzeczywiśtości tajemniczych miejsc jak Ciudad Perdida – pochłonięte przez dżunglę miasto Indian Tayrona (podobno Machu Pichu to pikuś przy nim:), San Agustin, Tierradentro – m.in. cele mojej wyprawy... Całość to przecież wymarzony cel turystyczno-wycieczkowy!;) Im więcej o tym czytam tym bardziej nie mogę pojąć dlaczego żadne czartery tam nie docieraja (i za bilety trzeba przepłacać...) Tak sobie myślę, że może za sprawą moich pełnych zachwytu spostrzeżeń, które będę tu regularnie zarzucać, uda mi sie stworzyc odpowiednie lobby na rzecz polsko-kolumbijskiego mostu powietrznego do przerzutu spragnionych południowoamerykańskiego słońca i innych wrażeń polskich turystów(co bedzie w drugą strone transportowane to sie ustali:)
Zobaczymy...